Przejdź do zawartości

Krzesiwo

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Krzesiwo
Pochodzenie Baśnie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron




KRZESIWO



Gościńcem maszerował żołnierz: Raz... dwa... raz... dwa... miał na plecach tornister i szablę u boku, bo właśnie wracał z wojny do domu. W tem spotkał starą czarownicę. Była szkaradna. Dolna warga zwisała jej aż na piersi. Powiedziała doń:
— Jak się masz, żołnierzu? Śliczna ta twoja szabla i taki ogromny masz tornister na plecach. Prawdziwy z ciebie wojak! Czekaj, dam ci tyle złota, ile sam zapragniesz.
— Dzięki serdeczne, szkaradna czarownico! — odparł grzecznie żołnierz.
— Widzisz tam to stare drzewo? — spytała czarownica, wskazując stojącą u drogi wierzbę. — Wypróchniały ma cały pień. Wyjdź na szczyt, a zobaczysz dziurę, którą będziesz mógł dostać się głęboko pod ziemię, aż pod korzenie. Uwiążę cię na sznurze i wyciągnę na wierzch, gdy zawołasz.
— Pocóż mam tam iść? — spytał.
— Po pieniądze, — rzekła czarownica. — Wiedz, że pod drzewem jest długi ganek, oświetlony stu lampami. Zobaczysz tam troje drzwi. Możesz je otworzyć, bo klucze tkwią w zamkach. We wnętrzu pierwszej komory zobaczysz na podłodze wielką skrzynię. Siedzi na niej pies, który ma oczy wielkie jak filiżanki, ale nie bój się go wcale. Dam ci fartuch w niebieską kratkę. Połóż go na ziemi, schwyć prędko psa, posadź go na nim, otwórz skrzynię i weź tyle pieniędzy, ile chcesz. Są to miedziaki. Jeśli wolisz srebro, to idź do drugiej komory. Siedzi tam na skrzyni pies o oczach wielkich, jak kamienie młyńskie. Ale nie bój się go, posadź tylko na moim fartuchu i bierz, ile ci się podoba. Złoto jest w trzeciej komorze. Pies, siedzący na skrzyni ma oczy, jak krągłe wieże. Jest to prawdziwy pies, ale nie bój się, nie zrobi ci nic, gdy go posadzisz na fartuchu, i będziesz mógł zabrać złota, ile tylko unieść zdołasz.
— Wcale to ponętne, — rzekł żołnierz. — Ale powiedz, co chcesz za to wszystko?
— Niczego nie chcę, — powiedziała czarownica. — Nie chcę ani grosza. Masz mi tylko przynieść krzesiwo zapomniane na dole przez moją babkę, gdy była tam poraz ostatni.
— Dobrze! — zadecydował żołnierz i przewiązał się sznurem.
Czarownica dała mu swój fartuch w niebieskie kratki. Wspiął się na wierzbę, zesunął na dół i stanął w długim chodniku oświetlonym setką lamp.
Otwarł pierwsze drzwi. Uu! Zobaczył psa wlepiającego weń oczy, wielkie jak filiżanka.
— Śliczny z ciebie psiak! — zawołał, posadził go na fartuchu czarownicy, napchał kieszenie miedziakami, zamknął skrzynię, wsadził psa zpowrotem na wierzch i ruszył do drugiej komory.
Aj! Aj! Zobaczył tam psa z oczami jak kamienie młyńskie.
— Nie patrz się tak na mnie, bo możesz oślepnąć! — powiedział mu, posadził go na fartuchu, zobaczywszy zaś srebro w skrzyni, wyrzucił miedziaki i nabrał tyle srebrniaków, ile wlazło w kieszeń. Napełnił także srebrem tornister i ruszył do trzeciej komory.
Przestraszył się w pierwszej chwili, bo rzeczywiście pies, siedzący na skrzyni miał oczy podobne dwu krągłem wieżom, a obracały mu się one w głowie w sposób okropny.
— Dobry wieczór! — powiedział żołnierz i przyłożył palec do daszka czapki, bo nigdy psa takiego nie widział. Stał czas pewien salutując, ale potem powiedział sobie — Dość tego! — zdjął psa na ziemię i otworzył skrzynię.
— Ach, mocny Boże! — krzyknął. — Cóż za masa złota. Mógłbym za to kupić całą Kopenhagę, razem z wszystkiemi cukierkami, piernikami, żołnierzami cynowemi, batami i końmi na biegunach. Mógłbym nawet może zakupić świat cały!
Wysypał srebro z kieszeni i tornistra i napełnił je złotem, sypiąc ponadto do czapki i butów, tak że ledwo mógł chodzić. Miał mnóstwo złota. Posadził psa z powrotem na skrzyni, zamknął drzwi komory i zawołał, zwracając się ku wierzchołkowi drzewa:
— Wyciągnijże mnie teraz, kochana, śliczna czarownico!
— Czyś zabrał krzesiwo? — spytała.
— Zaprawdę, całkiem o niem zapomniałem! — odkrzyknął. Potem wziął krzesiwo a czarownica wyciągnęła go na wierzch. Stanął wreszcie na gościńcu, mając pełno złota w kieszeniach, butach, tornistrze i czapce.
— Na cóż to krzesiwo? — spytał czarownicy.
— Nie twoja rzecz! — powiedziała. — Masz złoto, oddaj mi teraz krzesiwo.
— Głupie gadanie! — odkrzyknął. — Mów mi zaraz, na co ci potrzebne krzesiwo, albo utnę ci głowę.
— Nie powiem! — oświadczyła czarownica.
Wówczas dobył żołnierz szabli i uciął jej głowę, a ona legła martwa na drodze. Rozłożył fartuch, wsypał weń złoto, zarzucił ten tobołek na ramię, wsadził krzesiwo w kieszeń i ruszył prosto do miasta.
Było to piękne miasto. Żołnierz poszedł do najpiękniejszej gospody i zażądał najpiękniejszego pokoju i potraw, jakie mu najlepiej smakowały. Był bogaty i mógł sobie na wszystko pozwolić.
Pachołkowi, który mu czyścił buty, wydało się dziwnem, że tak wielki pan nosi takie paskudztwo, ale żołnierz nie miał jeszcze czasu sprawić sobie nowych. Nazajutrz dopiero kupił piękne trzewiki i ubranie i stał się eleganckim młodzieńcem. Opowiadano mu o wspaniałościach miasta, o królu i ślicznej królewnie.
— Gdzieżbym ją mógł zobaczyć? — spytał.
— Nikt jej nie ogląda! — powiedziano mu. — Siedzi zamknięta w pałacu z miedzi, otoczonym murami i wieżami, a nikt prócz króla nie ma do niej przystępu. Istnieje proroctwo, że poślubi zwyczajnego żołnierza, a król nie chce tego dopuścić.
— Chciałbym ją zobaczyć! — powiedział sobie żołnierz, ale nie uzyskał pozwolenia.
Żył sobie wesoło, bywał często w teatrze, jeździł po królewskim parku oraz dawał biednym hojną jałmużnę. Czynił to, wiedząc z doświadczenia, jak to źle nie posiadać grosza. Był bogaty i pięknie ubrany, pozyskał tedy wielu przyjaciół. Wszyscy go wychwalali, a jemu to sprawiało przyjemność wielką. Ponieważ jednak ciągle wydawał, a nic nie zarabiał, zostały mu jeszcze w końcu trzy grosze. Musiał opuścić piękny pokój, gdzie dotąd mieszkał i przenieść się na poddasze, a przyjaciele nie zachodzili już doń teraz, bo schodów było dużo aż do jego izdebki, a to ich męczyło. Także musiał sam sobie czyścić trzewiki i zeszywać szydłem, gdy się rozdarły.
Siedział tak samotny pewnego wieczoru, po ciemku, bo nie miał za co kupić świecy. Nagle przypomniał sobie krzesiwo czarownicy, w którem spodziewał się znaleść jeszcze kawałek knota. Wziął je do ręki i skrzesał ognia. Nagle, ledwo błysły pierwsze iskierki, drzwi rozwarły się z trzaskiem i stanął w nich pies z oczyma jak filiżanki, którego widział w pierwszej komorze podziemnego kurytarza.
Pies stanął w drzwiach i spytał:
— Co rozkaże mój pan?
— A to co?! — zdziwił się żołnierz. — Dziwne zaprawdę moje krzesiwo. Widzę, że przy jego pomocy mogę otrzymać wszystko, czego zapragnę. Przynieś mi trochę pieniędzy! — rozkazał psu, a pies znikł i wrócił za chwilę z wielkim workiem pieniędzy w pysku.
Przekonał się tedy żołnierz, jak cudowne posiada narzędzie. Gdy raz skrzesał ognia, zjawiał się pies siedzący na skrzyni z miedziakami, gdy dwa razy potarł krzesiwo, przybywał pies z srebrem, a za trzecim razem pies z złotem.
Żołnierz przeniósł się znowu do paradnych pokoi, przywdział piękne suknie, a przyjaciele przyznali się doń na nowo i byli zeń dumni.
Pomyślał raz:
— Dziwna to rzecz, że nie mogę zobaczyć królewny! Podobno jest ona nadzwyczaj piękna. Ale cóż z tego, kiedy siedzi zamknięta w zamku z miedzi otoczonym murami. Czyż jej nigdy nie ujrzę? Od czegóż mam moje krzesiwo?
Skrzesał ognia i zaraz stanął przed nim pies z oczyma jak filiżanki.
— Jest wprawdzie noc, — powiedział mu żołnierz — ale mimo to radbym zobaczyć królewnę, bodaj na małą chwileczkę.
Pies znikł, a za moment wrócił z królewną. Siedziała, śpiąc na grzbiecie psa, a była tak piękna, że każdy musiał w niej poznać prawdziwą królewnę. Żołnierz nie mógł się przemóc, by jej nie pocałować, bo był on prawdziwym żołnierzem.
Pies oddalił się potem z królewną. Gdy nastał ranek, zasiedli król, królowa i królewna do śniadania. Pijąc kawę, opowiadała królewna rodzicom, że miała dziwny sen. Oto jechała w nocy na grzbiecie psa, a potem pocałował ją żołnierz.
— Ładna historja! — oburzyła się królowa.
Polecono jednej starej damie dworskiej czuwać przy łóżku królewny, aby stwierdzić, czy był to sen, czy może coś innego.
Żołnierz zapragnął także następnej nocy widzieć królewnę. Pies porwał ją, ale stara dama wdziała kalosze i pobiegła za nim. Spostrzegłszy, że pies wpadł do jednego z domów, pomyślała:
— Już wiem, gdzie jest królewna.
Potem zrobiła na drzwiach domu kredą krzyż i poszła spać, a pies niedługo potem odniósł królewnę do zamku. Pies zauważył jednak znak krzyża zrobiony kredą na drzwiach domu, gdzie mieszkał żołnierz, wziął tedy także kawałek kredy i porobił znaki krzyża na wszystkich domach miasta. Mądrze postąpił pies, bo przeto stara dama nie mogła odnaleźć właściwego domu.
O wczesnym ranku zebrali się król, królowa, stara dama i wszyscy oficerowie, by zbadać, gdzie była w nocy królewna.
— Tutaj! — powiedział król, ujrzawszy pierwsze drzwi naznaczone krzyżem.
— Nie, tam, drogi mężulku! — rzekła królowa wskazując drugie.
— Patrzcie! — zawołali wszyscy. — I tu i tam mnóstwo krzyżyków po drzwiach domów.
Całe miasto było poznaczone i w końcu królestwo przekonali się, że wszelkie szukanie daremne.
Ale królowa była to mądra kobieta i umiała coś więcej, niż tylko jeździć w złotej karecie. Wzięła złote nożyczki, wykroiła z jedwabiu mały woreczek, zeszyła go, napełniła go kaszą pszenną, przytwierdziła królewnie do pleców, a potem zrobiła w woreczku małą dziurę, tak że kasza sypiąc się, musiała naznaczyć całą drogę, jaką odbyła królewna.
W nocy zjawił się pies, porwał królewnę i zaniósł znowu żołnierzowi, który ją bardzo pokochał i żałował tylko, że nie jest księciem, by ją pojąć za żonę.
Pies nie zauważył, że kasza sypie się w czasie jazdy od zamku aż do mieszkania żołnierza, ale spostrzegli to nazajutrz król i królowa i wiedząc, u kogo była w nocy córka, porwali biednego żołnierza i wtrącili do więzienia.
Siedział w ciemnem więzieniu i nudził się strasznie, przytem doniesiono mu, że ma być powieszony. Nie sprawiło mu to radości. W dodatku zostawił w mieszkaniu w gospodzie owe czarodziejskie krzesiwo. Rankiem zobaczył przez małe okienko tłumy, spieszące na jego śmierć. Usłyszał też bicie bębnów i kroki maszerującego wojska. Pośród tłumu był pewien chłopak szewski w fartuchu i pantoflach. Pędził tak szybko na miejsce stracenia, że pantofel spadł mu z nogi i uderzył w mur w pobliżu okienka, przez które wyglądał właśnie skazaniec.
— Słuchajno, chłopcze! — zawołał nań żołnierz. — Niepotrzebnie się tak spieszysz. Póki ja nie przyjdę, nic z widowiska nie będzie. Dostaniesz cztery grosze, jeśli skoczysz do gospody, gdzie mieszkałem i przyniesiesz mi zapomniane tam krzesiwo. Ale leć co tchu, bo będzie za późno.
Chłopiec rad dostać cztery grosze, pomknął jak strzała, przyniósł krzesiwo i podał je żołnierzowi.
Co się potem stało, zobaczymy.
Poza miastem ustawiono wysoką szubienicę. Otoczyło ją wojsko i masy widzów. Król i królowa zasiedli na wspaniałych tronach, a naprzeciwko nich zebrali się sędziowie i radni państwa.
Żołnierz stał już na najwyższym szczeblu drabiny i miano mu założyć stryczek na szyję. Nagle jednak poprosił, by spełniono, jak się to zawsze dzieje z największym nawet złoczyńcą, jego ostatnie, niewinne pragnienie. Chciał wypalić przed śmiercią fajkę, ostatnią fajkę w życiu.
Król nie chciał mu tego odmówić, więc żołnierz dobył krzesiwa i skrzesał ognia... raz... dwa... trzy... razy.
Nagle zjawiły się przed nim wszystkie zaczarowane psy.
— Ratujcie mnie od szubienicy! — zawołał żołnierz.
Psy rzuciły się na sędziów i radnych, chwytały ich za nogi, za gardła i rzucały w powietrze wysoko, tak że spadając rozbili się na miazgę.
— Nie chcę! — zawołał król. Ale czarodziejski pies porwał go wraz z królową i rzucił pod niebiosy w ślad za innymi.
Żołnierze przestraszyli się, a lud zawołał:
— Drogi żołnierzu, bądź naszym królem i weź piękną królewnę!
Posadzono żołnierza w karetę królewską, a psy tańczyły wokoło niej i krzyczały: Hura! Ulicznicy gwizdali na palcach, a żołnierze prezentowali broń.
Potem wyszła królewna z miedzianego zamku i została królową, co ją wielce uradowało.
Wesele trwało tydzień, a psy siedziały także przy stole i przewracały ogromnemi oczyma.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Franciszek Mirandola.