Królewska miłośnica/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Królewska miłośnica
Podtytuł Dalsze losy pani Dubarry
Rozdział Zburzona sielanka
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1928
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XV.
Zburzona sielanka.
Jakże nieoczekiwany jest ton tej korespondencji. To już nie jest kurtuzana, ani faworyta. To jest tylko kochająca kobieta.
J. i E. Goncourt‘owie („Dubarry“) Rozdz. XII.).

Lord powrócił. Przywiózł ze sobą dwóch lekarzy angielskich, mających sławę europejską. Skonstatowali, że pielęgnowana przez panią Dubarry dzieweczka ponownie wyszła z niebezpieczeństwa. Kochająca się para promieniała, łącząc usta pocałunkiem narzeczeństwa ponad łóżkiem śpiącej słodko, rozkosznej córeczki lorda.
Wschodziło nad nimi radośnie słońce. Zachodziło, tonąc w morzu, w ciche wieczory błogosławiąc im tysiącem barw. Fale, szemrząc na wybrzeżu, bijąc łagodnie o skały, naszeptywały im pieśń o wiecznej miłości.
Ale fatum spiskowało przeciw ich szczęściu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pewnego dnia w willi pani Dubarry zameldował się kawaler de Morande. Zniewolona była go przyjąć, gdyż uprzedził ja listem, że przybywa „w interesie pełnym wagi dla jej przyszłości“.
Przed kilku dniami, zgrawszy się w ruletkę w kasynie do ostatniej nitki, powziął był ważną decyzję.
— Mam zaszczyt być nieco znanym pani hrabinie — rozpoczął.
— Nie przypominam. Zdaje mi się, że pan się myli.
— Kawaler de Morande, przyjaciel matki pani. Jakkolwiek widziała mnie pani przelotnie, ale napewno pani mnie zna.
— Niestety! — zachmurzyła się złem przeczuciem. Sprowadza pana z pewnością jakiś brzydki interes. Proszę mówić krótko. Słucham.
— Krótko. Przegrałem ostatniego luidora. Pojmuje pani?
— Pojmuję. Ale to mnie wcale nie obchodzi.
— A jednak powinno panią obejść. W mojem położeniu człowiek uczciwy zdolny jest do popełnienia wszelakich czynów.
— Pan... uczciwy?
— Względnie. W każdym razie natyle uczciwy, że po przegranej zakupiłem w sąsiedniem miasteczku prasę drukarską na kredyt, nająłem zecera na kredyt... i pragnę długi zapłacić, a i dla siebie zyskać skromny dodatek.
— Zechciej pan prędzej wyjaśnić zagadkę.
— Chętnie!... Oto korekta znajdującej się pod prasą broszury, która może rozejść się w kilku tysiącach egzemplarzy i... trafić do rąk przyjaciela pani, lorda Seymour. Przypuszczam, że pani nie będzie sobie tego życzyła. Od pani zależy, aby złożona robota drukarska została na maszynie rozrzucona i oryginalny rękopis znalazł się w jej ręku.
Wyciągał z kieszeni, jakby znęcając się nad nią, jeszcze mokre arkusze. Ręce jej drżały nerwowo, gdy je brała. Starczyło rzucić okiem, aby rozpoznać treść.
— Skąd pan ma moje listy? — krzyknęła.
— Nieboszczka matka pani ofiarowała mi je na pamiątkę w chwilach naszego upojenia szczęściem.
— Pan kłamie! Wykradłeś je mojej matce. Przyznaj się!
— Przypuśćmy — odparł cynicznie. Ale to nie zmienia stanu rzeczy. Zresztą są tu też listy późniejsze, których mama pani nie posiadała. Nabyłem je uczciwie od lokaja hrabiego Dubarry — i naówczas bezinteresownie — tylko dla kompletu i estetycznych zamiłowań. Przyzna panii, żem winien odzyskać z procentem znaczny, wyłożony przezemnie, kapitał. Na moją korzyść mówi fakt, że czekałem tak długo z ogłoszeniem tych listów... Dopóki nie zgrałem się do ostatniego centyma. Ale teraz...
— Chce pan szantażować.
— Terminologia pani trafia w sedno. Pani zechce wykupić mój skarb.
Opanowała wzburzenie. Wiedziała, że ma do czynienia z bezwstydem, którego nic nie wzruszy. Była nazwyczajona przez życie do nikczemności ludzkiej. Stała się dumna i zimna, jak lód.
— Co mi gwarantuje, że jeżeli te listy wykupię, broszura, która już jest złożona, nie ukaże się z pod prasy?
— Słowo honoru kawalera de Morande.
— Nie kpij pan. Błoto niema wartości!
Zagryzł wargi i zlekka zarumienił się.
— Jest pani za surowa. Nawet łotr posiada granicę nikczemności, której nie przekracza. Dla mnie tkwi ona w słowie honoru. Ale dla spokoju pani hrabiny — dam jej dwie inne gwarancje. Pierwszą jest to, że po zwróceniu jej oryginałów, wydawca, którym ja będę, lub ktoś uprawniony przezemnie ryzykuje, iż wytoczy pani mu proces — przy braku dowodów broszura ulegnie konfiskacie i narazimy się na długie lata więzienia. Potwarz jest u nas surowo karaną.
— To jest poważniejsza gwarancja. A druga?
— Wielka suma, którą mi pani zapłaci.
— Naprzykład?
— 50000 liwrów!
— Pan oszalał! — krzyknęła, przerażona olbrzymiością sumy, wymienionej przez zuchwałego szantażystę.
— Wcale nie!... Miłość naiwnego lorda Seymour warta jest więcej. Od lorda Seymour mógłbym żądać takiej samej sumy, gdybym... w interesie pani hrabiny nie przełożył pertraktacji z nią samą.
— Podły!
— Jest to tylko dźwięk, który rozpływa się w powietrzu. Listy pani są realnością, która trwa dłużej i działa mocniej — odparował, zieleniejąc ze złości.
— Tyle nie zarobi pan na broszurze.
— Niewiadomo! Świat jest ciekawy. Jeżeli wydrukować na okładce ponętny tytuł... to interesująca rzecz rozejdzie się po całej Europie. Możemy wydać broszurę w przekładach na wszystkie języki. Radzę pani zdecydować się, zanim... lord Seymour cofnie swoją propozycję małżeńską. Wiem o niej od pewnej gadatliwej starej kobiety, Irlandki.
Znajdowała się w potrzasku. Siliła się stłumić łzy gniewu i żalu, cisnące się jej do oczu. Zaaferowana przeszła się po salonie. Zastanawiała się. Naraz zwróciła się doń porywczo:
— Kiedy mam to panu zapłacić?
— Ależ... jutro! Ma się rozumieć — jutro. Pani hrabina sama będzie szczęśliwa, że prędzej zakończy ten przykry dla obu stron interes.
Załamała ręce. Przyciśnięta do muru zniżyła się do tonu prośby:
— Panie Morande!... miej wzgląd!... Ja nie rozporządzam w tej chwili taką gotówką.
— Ach! wiem o tem... Byłbym świnią, gdybym o tem nie pomyślał wcześniej. Na miejscu bawi bankier alzacki, bogacz żyd Oulif, który zawdzięcza wstawiennictwu pani ocalenie przed długoletniem więzieniem i codzień modli się o szczęście dla pani. Ten człowiek zapłaci chętnie za podpis pani z zabezpieczeniem na bogactwach Luciennes skromną sumkę, jakiej zażądałem.
— Ma pan listy przy sobie?
— Nie!... są w bezpiecznem schowaniu. Ale mogę uprzedzić dostojnego bankiera, że stawimy się oboje u niego jutro w południe. Tam uskutecznimy wymianę czeku na listy. Czy zgoda?
— Zgoda! — odetchnęła ciężko.
Morande powstał:
— Uprzedzam panią, że lubię solidność w interesach. O ile pani nie stawi się punkt na dwunastą, będę uważał, że tranzakcja została unieważnioną, i... mam ręce wolne w poszukiwaniu innych dróg zdobycia potrzebnej mi nagwałt sumy.
— Pan jest okropny!
— Ach! pani... czego nie zrobi z człowiekiem nikczemność ludzka? Okropniejszym jest gospodarz, który zagroził mi, że jutro stanowczo wyrzuci mnie publicznie z hotelu i poda skargę na mnie do sądu... jestem dłużny za lokal od kilku miesięcy. Byłby to skandal okrutny dla honoru nazwiska Morande.
— Dobrze!... Odejdź pan!... Jutro w południe spotkamy się u bankiera Oulifa...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nazajutrz działała fatalność. Stan zdrowia Lili pogorszył się nagle. Nastąpił jeden z tych napadów choroby, które grożą hemofilitykom ujściem krwi...
Lorda nie było. Uspokojony złudną poprawą stanu zdrowia Lili, udał się swoim zwyczajem do kasyna na szklankę grogu.
Hrabina o jedenastej wybierała się do Oulifa, którego adres pozostawił jej wczoraj Morande. Wtem wpadła do jej mieszkania stara Irlandka zapłakana, krzycząca, rozdzierająca na sobie szaty.
— Dziecko umiera!... Niech pani idzie zaraz!...
— Na miłość Boską! czy doktór jest przy niej?
— Jest... tutejszy... Powiada, że źle... dziecko może lada chwilę skończyć!
— Lord Seymour znajduje się przy Lili?
— Nie!... lokaj poszedł go szukać... Zdaje się, jest w kasynie. Ale mała krzyczy, żeby jeno pani przyszła. O mój Boże! dziecko pomrze...
Pani Dubarry bez tchu biegła do willi Seymoura. Stara Irlandka, zalewając się łzami i zawodząc, ledwo mogła podążyć za nią...
Hrabina zapomniała o wszystkiem, o sobie, o panu de Morande... Po jej nadejściu dziecku zrobiło się lepiej. Wstrząs radości, że jej „droga markiza Iza (tak ją zawsze nazywała) znalazła się przy niej, wywarł na chorą zbawienny wpływ moralny. Podtrzymał słabnące siły fizyczne.
Hrabina chciała odejść od dziecka. Miała jeszcze pół godziny czasu do określonego terminu. Zerwała się z miejsca. Ale Liii uczepiła się kurczowo jej ręki:
— Złota pani, nie odchodź! Bo bez ciebie mała Liii umrze.
Bezwładnie upadła na fotel przy łóżku ukochanej przez nią dzieciny. Przepełniały jej serce tajona trwoga i rozpacz. Ale nie mogła odejść od dziecka, które przygarnęło ją i objęło za szyję pieszczotliwie. Zdała wszystko na łaskę losu.

Stała się rzecz okrutna.
Zawiedziony Morande popadł w stan wściekłości. Oczekiwał „szlachetnie“ u bankiera jeszcze przez kwadrans na przybycie hrabiny. Oulif, wiedzący, że chodzi o wykup jakichś listów hrabiny, oświadczył mu:
— Widocznie hrabina przyszła do wniosku, że z takimi gałganami, jak pan, kawalerze de Morande, nie godzi się wchodzić w stosunki i nie lęka się pańskich gróźb. Znajdzie opiekę przeciw panu w lordzie Seymour. Mówią, że pojutrze ma się odbyć ich ślub w tutejszym kościółku. Były zapowiedzi. Radzę panu rychlej wynosić się stąd, bo z lordem Seymour niema żartów...
Morande przeraził się. Nadzieja wielkiej wygranej na szantażu mogła go minąć. Zmilczał, kiedy bankier Oulif rzekł doń chłodno, powstając:
— A teraz racz pan uwolnić mnie od swojej obecności.
Przygnębiony udał się do kasyna, licząc na to, że jeszcze mu tu skredytują obiad z winem. Ujrzał przy jednym ze stolików lorda Seymour.
Błysnęła mu naraz zuchwała idea, która zresztą kłuła się w jego mózgu już poprzednio. Przystąpił do lorda.
— Szlachetny lordzie! wybacz nieznajomemu, iż waży się cię zaczepiać. Ale chodzi o honor pańskiej przyszłej żony, pani Dubarry!
Lord wzdrygnął się. Morande bez pytania zajął krzesło przy jego stole i poinformował go wykrętnie, że „jakiś nikczemnik zamierza wydać paszkwil, godzący w cześć jego narzeczonej“. On, Morande, powstrzymał wydawcę, przyrzekając mu, że lord Seymour, o którego bliskim ślubie z hrabiną głosi fama w N. po zapowiedziach, które zdradziły incognito pani Dubarry — z pewnością zechce interwenjować wykupieniem listów, stanowiących materjał do broszury.
Zaniepokojony lord zamknął się w gabinecie z Morandem i odczytał druk, noszący tytuł, wpisany ręką Moranda przy bufecie przed przystąpieniem do lorda:

„Tajemnica publicznej kobiety, czyli próba odtworzenia wizerunku pani Dubarry na mocy jej listów i odsłonięcia szczegółów jej życia od kołyski aż do honorowego łoża królewskiego“.[1]

Czytanie trwało długo. Lokaj nie znalazł zamkniętego w gabinecie z Morandem Seymoura... Oszołomiony tem, co przeczytał, lord udał się na kilkugodzinny spacer nad morzem...
Kiedy powrócił, zastał córkę uśmiechniętą na kolanach pani Dubarry. Dziecko przywitało go wesołym szczebiotem:
— O mało tu nie umarłam. Ale kochana pani zatrzymała mnie na ziemi dla tatusia, chociaż mi już jest tęskno do mamusi w niebie.
Panią Dubarry zdziwiło, że lord wbrew zwyczajowi nie uśmiechnął się do niej, ani do córki. Dziwniejszem było, że niemal szarpnął zdumione dziecko za rękę — jakby je oddarł od niej — i położył na łóżku. Był pochmurny.
Przeszedł ją zinmy dreszcz. Odgadła, że zaszło coś fatalnego.
— Pragnę z panią pomówić na osobności.
— Służę ci, lordzie. Odprowadź mnie do domu. Pomówimy.
Szli w milczeniu śród nizkich nadmorskich krzaków, depcąc nogami wodorosty i meduzy, przynoszone przez przypływ. Lord zbierał myśli. Ogarniał w pamięci jej listy do Duvala, Lamet‘a, pani Rançon, hrabiego Dubarry, d‘Aiguillon‘a, Maupeou, Terray‘a — kartki z jej pamiętnika — odpowiedzi jej korespondentów i t. p. Gruby pot wystąpił mu na czoło. Zdecydował się wreszcie mówić o tych okropnościach.
— Pani! — rzekł — niejaki kawaler de Morande, nie mając odwagi wyrządzić ci przykrości, a chcąc ochronić twój honor, narażony przez nikczemnych paszkwilistów, zwrócił się do mnie.
— Przedtem był u mnie, aby mnie szantażować — przerwała mu.
Twarz lorda rozpromieniła się.
— A więc to nieprawda, Joanno!...
Milczała.
— Joanno! — jęknął — błagam cię powiedz, że to nieprawda!.... A wszystko będzie dobrze.
Tobie jednej uwierzę.
Nie chciała skłamać przed tym, kogo kochała.
— To jest prawda, lordzie Seymour.
Pobladł — w kątach jego ust pojawiło się płaczliwe drganie. Zarzuciła mu ręce na szyję, pragnąc skuć go tym uściskiem.
— Najdroższy! czy ci nie wszystko jedno, jaką jest przeszłość?
Pochmurny wyzwolił się niemal szorstko z obręczy jej rąk.
— Dla rozmaitej hałastry ludzkiej istnieje tylko przyszłość. Lordowie Seymour jednak zniewoleeni są żyć przeszłością.
— I nie każda przeszłość pasuje do nich — rzekła, bezradnie opuszczając czoło i ramiona. Ach! rozumiem.
Zatrzymali się.
— Co zamierzasz uczynić, lordzie? — spytała.
— Jeszcze... nie wiem... Nie chcę wiedzieć! — odparł, nie patrząc jej w oczy. Jutro się dowiesz na wybrzeżu.
— A zatem... do jutra! — rzekła. Zostań lordzie... Nie odprowadzać mnie... Muszę być sama.
Łkanie dławiło jej gardło. Lord uszanował jej wstyd.
Rozstali się. Lord Seymour udał się wieczorem do kasyna i wykupił listy Joanny, jako że były prawdziwe, od Morlande‘a za 1000 luidorów. Nie przypuszczał, że Morlande go oszuka. Doręczył mu sfałszowane zręcznie odpisy. Oryginały zachował. Ukazały się tegoż roku z pod prasy berlińskiej w przekładzie niemieckim, wywołując sensację i szalony pokup.[2]

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nazajutrz na wybrzeżu w tem miejscu, gdzie schodzili się we czworo stale — pani Dubarry nie znalazła nikogo. Zapukała do drzwi willi Seymour‘a sądząc, że choroba Lili przeszkodziła mu przyjść.
Otrzymała odpowiedź, że wczesnym rankiem lord odjechał z dzieckiem i piastunką do Londynu.
Napisała do niego list.
Biograf pani Dubarry wymownie a pięknie określił ton jego następnemi słowy:

„Jakaż pokuta brzmi tu w każdym wyrazie. Ile przebaczenia jest tutaj ze strony głęboko kochającego serca! Ile poddania się, wstydliwości niemal dziewczęcej, ile łez wyrzeczenia się, ile westchnień, zdławionych mocą duszy! To pisze ofiara! Jakie urocze światło pada z tego listu na wizerunek kobiety, która potrafiła znaleźć tak rzewne i czułe słowa prawdziwej miłości“.
Podajemy tu ten list, napisany do człowieka, który nie uznał jej za godną słowa wyjaśnienia, a przecie, wstrząśnięty, zrezygnował z poselskiego stanowiska, aby powrócić do swojego starego i posępnego zamczyska w Szkocji, gdzie zagrzebał ból swego zawodu.
Pani Dubarry pisze:

„Nie mam potrzeby pisać Panu o głębiach mojej miłości i przywiązania. Znasz je. Ale o czem nie wiesz, to o mem cierpieniu... Temu, co żyje w mem sercu, dałeś pan stanowczą odpowiedz... Szczęście i pokój mej duszy mało pana wzruszają. Głowa moja widzi te rzeczv jasno, ale serce cierpi. Jednak wysilę się odważnie, aby mi powiodło się zdławić je. Zadanie jest ciężkie i bolesne, ale jest koniecznością. Jest to ostatnia ofiara, którą ponieść muszę, narzucona mi przez rozsądek. Bądź szczęśliwy, lordzie Seymour. Uwierz mi, że ty jeden dzierżysz w więzach moje serce!“

Ten list zwrócony został — nierozpieczętowany. Może lord Seymour poprostu nie chciał myśleć o miłości, okryty świeżą żałobą. Jego Lili umarła.
Pani Dubarry udała się do Luciennes.
W drodze powrotnej spotkała księżnę Folcarquier. Szlochająca, złamana, rzuciła się, jej w objęcia i zwierzyła jej tajemnicę swej miłości i tajemnicę swego bólu. W końcu spowiedzi dodała:
— To jest najprzykrzejsza rana w mojem sercu.
Księżna Folcarquier zauważyła:
— Ten człowiek postąpił niegodziwie, uciekając bez słowa i odsyłając ci list nieprzeczytany.
— Nieprawda! — zaprotestowała żywo Joanna... On nie może postąpić nieszlachetnie. Zaślubić mnie nie mógł, bo wierzy w opinję mogił lordów Seymour. Postąpił najrozumniej. Gdyby nie uderzył we mnie piorunem swojej wzgardy nigdy nie wyleczyłabym się z cierpień mojej miłości dla niego. A tak... muszę... potrafię zapomnieć...
— Cóż teraz uczynisz, hrabino?
— Zamknę się ze wspomnieniami błyskawic mojej świetności w Luciennes. Nie pożądam dzisiaj niczego więcej, jeno ciszy i odpoczynku dla duszy. To była już ostatnia burza w mojem życiu. Mam nadzieję, że Bóg pozwoli mi dokonać życia w spokoju...
Omyliła się...
Los gotował jej jeszcze burze serca.
Historja przygotowywała burzę katastrofy, w której miała zginąć śmiercią okrutną.
Bóg drogi swoje osłonił tajemnicą!


Przypisy

  1. Tytuł ten znajdujemy w liscie P Morande (P. A.)
  2. Dołączono kilka listów, których prawdziwość krytyka historyczna podważyła mimo zręczności podrabiaczy (P. A.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.