Królewska miłośnica/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Królewska miłośnica
Podtytuł Dalsze losy pani Dubarry
Rozdział Gra. Powrót męża do praw małżeńskich
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1928
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XIII.
Gra.
Powrót męża do praw małżeńskic
h.

Kłopoty finansowe dały się zażegnać przez sprzedaż kilku dóbr nieruchomych, oraz nowonabytego majątku Saint-Vrain, który pani Dubarry początkowo zamierzała zatrzymać w swojem ręku. Ale jej plany zajęcia się gospodarką w tym majątku prysły. Zbyt lekkomyślną była z natury i wychowania, aby potrafiła wogóle jakiś plan życia przeprowadzić cierpliwie i poważnie i trudy agronomiczne przerastały zasób jej wiedzy i zdolności. Co dnia kładła się spać z myślą o tem, że od jutra rozpocznie rządzić i rachować — brała się nazajutrz do kontroli wydatków; ale cyfry nudziły ją, zawstydzanie nieuczciwych administratorów sprawiało jej mękę i dzień pracy nie dawał rezultatów.
Wkrótce pochłonęła ją dawna manja robienia szalonych wydatków na głupstwa — wymiany wspaniałych obrazów, które posiadała, pędzla Casanowy i Drouais na inne, które jej podsuwano w charakterze dzieł rzekomo wyższej wartości. Zjeżdżali się do niej znajomi, którzy wciągnęli ją w grę karcianą. Uprawiała ją z początku z nudy; rozbawiona dała się jej porwać; nie postrzegała, jak szulerzy wyzyskali jej lekkomyślność. Trudno wierzyć, że porwana szałem odgrywania strat, umiała ona jednego wieczoru w dziecinną grę „Trou-Madame“, przy stawce kilkanastu sous, przegrać majątek — do 80.000 liwrów! W ten sposób porobiła nowe długi, ale wyszumiała się w nowej namiętności, po tej skandalicznej przegranej zarzuciła karty — i znowu zapragnęła spokoju. W tym czasie, pozwolono jej, utrzymując nadal zakaz wstępu do stolicy i odwiedzania Wersalu, zbliżyć się do Paryża: zamieszkała w swoim czarodziejskim zameczku w Luciennes — jedynem miejscu, za którem szczerze tęskniła w klasztorze. Luciennes zastępowało jej Paryż... Pędziła tu życie samotne, lubując się zbiorem artystycznych drobiazgów, które budziły w niej tęskne reminiscencje o bezpowrotnie minionej przeszłości. Uważano, że nieco zdziwaczała i na pewien czas zaprzestano ją odwiedzać. Właściwie trapiły ją bóle żołądkowe, nakazujące surową djetę, i lekki nerwowy rozstrój, wymagający odpowiedniego leczenia. Wypadało zaniechać hucznych biesiad, przeciągających się późno w noc, uznać tryby porządku do czasu wyzdrowienia. Wkrótce nastąpiła znaczna poprawa w stanie jej zdrowia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ale oto zaszedł fakt, który nadał nowy kierunek jej życiu.
Pewnego dnia zjechał do niej mąż. Była zdumiona jego nagłą wizytą. Jeszcze bardziej zdziwiła się zaszłej w nim zmianie.
Zameldował się, jako markiz d‘Isle. Przybył w eleganckim powoziku. Jego lokaj Giuseppe, Włoch, bez pytania wniósł do przedsionka za swoim panem kuferek. Służba hrabiny uważała, że kuferek był bardzo lekki, choć Giuseppe nadrabiał miną, aby unieść jego ciężar. Ale zrzucił go z ramion z takim niedbalstwem i kuferek tak bezdźwięcznie upadł na podłogę, że nie należało podejrzewać w nim znacznej zawartości. W istocie, prócz szlafroka i pewnej ilości wytwornych narzędzi do robienia toalety męskiej, nic w nim nie było. Markiz d‘Isle, czyli hr. Wilhelm Dubarry, był odziany wykwintnie. Ale był to wykwint, na który wydano resztkę majątku, puszczonego na grę i kobietki w zajazdach, podczas trwającej bez potrzeby kilka miesięcy podróży, której ostatnim etapem było Luciennes.
Markiz posłał żonie bilecik, na którym skreślił tylko słów parę:
„Stęskniony za ojczyzną Francuz — niegdyś znajomy hrabiny Dubarry — prosi przejazdem przez Luciennes o nocleg.“
Przyjęła go. Była przyjemnie zdziwiona przeobrażeniem ordynarnego żołdaka i niezgrabnego grubasa, jakim był ongi, w szykownego markiza. Sprawiał wrażenie innego człowieka. Siadłszy w fotelu, oświadczył:
— Prosiłem o jeden nocleg, ale to nie wyklucza zgody Twojej, hrabino, na dalsze. Albowiem na widok Twojego czaru, nie rozumiem, jak mogłem oddać cię... królowi. Był to błąd nie do darowania, którego już naprawić nie można. Ale skoro Ludwik XV umarł... nic nie stoi na przeszkodzie, abym upomniał się o moje prawa małżeńskie.
Ubawiła ją ta spóźniona pretensja. Była w dobrem usposobieniu, wdała się z nim w rozmowę, przekomarzając się figlarnie. Zaimponował jej nabytą w ciągu lat podróży ogładą, umiejętnością szermowania dowcipem, niepodejrzewaną dotąd w dawnym mruku zdolnością causierie. Opowiadał tak zajmująco o swoich podróżach po Hiszpanji, Włoszech, Polsce, Rosji, że hrabina — zdawna nie widująca gości — zasłuchała się w jego barwnej gawędzie. Rozmowa przeciągnęła się poza północ. I hrabina, która wyrzekła się od czasu wyjazdu do klasztoru stosunków bliższych z płcią męską, dopuściła go niespodzianie dla siebie samej do swojej sypialni.
Jeden nocleg pociągnął za sobą następne, nader miłe. Hrabia Wilhelm Dubarry oświadczył, że został oczarowany z kretesem przez swoją małżonkę, w której odkrył nieznane mu czary i zrzeka się zamiaru udania się w podróż dalszą:
— Nie spodziewam się piękniejszych odkryć — zakończył — i zostaję... zwłaszcza, że na zamierzoną podróż do bieguna nie mam środków... a nawet na bliższą — do sąsiedniego miasteczka.
I sypialnia hrabiny stała się naraz w określone przez nią dni sypialnią małżeńską.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dalsze perypetje tej oryginalnej historji o powrocie marnotrawnego męża nadawałyby się do noweli włoskiej w stylu Boccacia. Zarzucamy na nie zasłonę dyskrecji. Podajemy tylko szkielet takiej noweli dla wyjaśnienia jej związku z następującą potem sprawą życia pani Dubarry, noszącą już znamiona sielanki... tragicznej, rzuconej na piękne tło wybrzeży francuskich północnego morza.
Pani hrabina miała dwie fertyczne garderobiane, które serdecznie lubiła. Obie zdawały się nieskazitelnie czystemi. Pewnego dnia przyszedł do hrabiny lokaj Giuseppe i dyskretnie prosił o pomoc, albowiem pan jego odbija mu kochankę, czarnobrewą Józefinę. Pani Dubarry nie chciała wierzyć. Jej Wilhelm tak ją upewniał, że wobec jej czarów zbrzydły mu wszystkie inne kobiety, iż postanowiła rzecz zbadać osobiście. Albowiem nie zamierzała, ani konkurować ze swoją służbą, ani dzielić się z nią przywróconym przez cud małżonkiem. Postanowiła schwytać go na gorącym uczynku przy przekradaniu się do uroczej Józefiny. Ale napróżno czatowała na schodach prawego skrzydła pałacu, gdzie na piętrze mieszkała czarnobrewa Józefina. Panowała cisza zupełna. Sądziła, że Giuseppe oskarżył swego pana bezzasadnie i nazajutrz w dzień zwykłej wizytacji chętnie przyjęła małżonka w swoje ramiona.
Nadmieńmy, że Wilhelm Dubarry sypiał oddzielnie. Bywał u niej tylko trzykroć w tygodniu, gdyż oboje zgodzili się, że częstsze wizyty mogą zaszkodzić jego delikatnemu zdrowiu i znajdują się w sprzeczności z mądremi zasadami Kon-fu-tse, Zoroastra i Mojżesza, natomiast rzadkim nadaje uroku romantyczna wędrówka nocna męża do żony.
Po tej nocy, w której oszczędni kochankowie bez szemrania wypełnili nieuciążliwe obowiązki małżeństwa, czerpiącego urok w opóźnieniu konsumpcji skutkiem interwencji Ludwika — zjawił się nad ranem u hrabiny lokaj Salenave i również poprosił ją o pomoc. Oto markiz bałamuci mu jego ukochaną jasnowłosą Charlotkę. I znowu hrabina, w pragnieniu zbadania prawdziwości obrażającego ją podejrzenia, przestała godzinkę na schodach — tym razem, lewego skrzydła — w porze, wskazanej przez lokaja, jako moment umówionego rendez-vous. Lecz przekonała się, że Charlotta zamknęła drzwi swej dziewiczej sypialni, przemknąwszy do niej samotnie. Była tedy pewna, że Salenave przesadził oczyma zazdrości, jakąś niewinną zaczepkę swej ukochanej przez figlarnego markiza. Oszczędzający się mąż-kochanek w dalszym ciągu cieszył się ufnością hrabiny.
Nie przyszło jej na myśl, że dziewczęta były w zmowie, podzieliwszy między sobą dni wolne markiza, zgoła bez zazdrości względem siebie i w przekonaniu, że nie krzywdzą hrabiny: pozostawiały jej dni, obrane przez nią samą, oraz polegały na tem, że markiz podoła obowiązkom legalnym, jak i dodatkowym, gdyż natura obdarzyła go siłami doskonalszemi, niźli sądziła hrabina wobec jego skromnej opinji o sobie. Tedy nie odgadła, że nocy, kiedy szpiegowała Józefinę, markiz przypadkiem wykładał poglądowo kursa miłości Charlocie; owej zaś nocy, kiedy hrabina stała na czatach pod drzwiami Charlotty, markiz wprawiał się w sztukę miłości z Józefiną.
Rzecz się odkryła dopiero wówczas, kiedy obie panny służące nie mogły podołać ściskaniu stanów, aby nie wydała się ich jednaka tajemnica. Przywołała je do siebie — i obie, płacząc, przyznały się, że kochają markiza; dołączyły zapewnienie, że markiz jedynie dlatego nie przełożył żadnej z nich nad drugą, iż napewno kocha tylko drogą panią hrabinę, o czem zapewniał je nieraz w przerwach pomiędzy uściskami.
Były tak szczere w tych wyznaniach, że poczciwa Dubarry nie uznała za możliwe oddalić żadnej z nich ze służby. Zamknęła tylko drogę do swojej sypialni markizowi, prosząc, aby wyjechał. Lecz małżonek oświadczył jej, że opuszczenie żony po raz wtóry uważałby za złośliwość, nie mającą już miary, i że nie może opuścić Lucienes, w którem jest mu niezmiernie wygodnie. Hrabina przeniosła obie dziewczyny wraz z markizem do oficyny i zakazała mu pojawiać się w salonie, lub w parku, poza godzinami określonemi, kiedy nie mógł jej spotkać. Giuseppe i Salenave znaleźli rekompensatę utraconych praw miłości w licznym personelu służby żeńskiej, mieszkającej w pałacu.
I wszystko poszłoby najlepszym rzeczy porządkiem, gdyby nie to, że pewnego dnia obie dziewczyny poczęły narzekać na bóle porodowe. Zabrała je do jednej z sal zamku — pielęgnowała z poświęceniem... Aż przyszła noc tak okrutnych krzyków i jęków, odciągających ją od jednego łóżka do drugiego, że dobrotliwa hrabina, me będąca w stanie dać sobie rady i oburzona na barbarzyńskie wymogi macierzyństwa — uciekła rankiem z Luciennes, udając się nad morze.
Na wyjezdnem pozostawiła list do hrabiego Dubarry, w którym zapowiedziała, że jej Amsterdamski bankier p. Vandenyver wypłaci mu sumę 5.000 liwrów, o ile markiz d‘Isle podniesie ją osobiście, zobowiązawszy się uprzednio uwolnić ją od swego widoku.
Warunki były ponętne; dalszy pobyt w Luciennes nie miał sensu. On także był wrażliwy na lęki i krzyki kobiet. Ważył propozycję zaledwie przez 24 godzin, poczem napisał list do hrabiny pod adresem, wskazanym przez nią, jako miejsce jej wypoczynku po trudach pielęgnowania dwóch kobiet, jednocześnie pobłogosławionych przez niebo; w liście tym przyrzekał, że hrabina za powrotem nie zastanie go w Luciennes, gdzie „kobiety zachowują się skandalicznie, swemi krzykami odrywając go od pracy“. O jakiej pracy mówił — nikt nigdy się nie dowiedział.
W przypisku wspomniał, że „suma, przeznaczona mu za zrzeczenie się praw do tak czarującej małżonki obraża go i dowodzi, jak mało szanowała się ona zawsze“. Należy mu się „przynajmniej podwójna suma“.
Hrabina roześmiała się, wysłała mu czek na zdwojoną sumę, a dowiedziawszy się, że wyjechał i że porody zakończyły się szczęśliwie, oraz „oba bębny oddane zostały do przytułku“ i nic już nie zakłóci ciszy w Luciennes — zamierzała powrócić z N... do domu, gdy zatrzymał ją nagły a miły wypadek: zaznajomienie się na wybrzeżu morskiem arystokratycznego uzdrowiska, które obrała za miejsce swego wytchnienia — z lordem Seymour.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.