Królewska miłośnica/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Królewska miłośnica
Podtytuł Dalsze losy pani Dubarry
Rozdział Dymisja faworyty. Pokuta w klasztorze
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1928
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XII.
Dymisja faworyty.
Pokuta w klasztorze.

Jeszcze przez dwa dni tliło się światełko życia w bezprzytomnym mózgu — i zgasło. „Tylko ci, co są z tamtej strony życia, mogą tego żałować!“ — streścił opinję o nim współczesny złośliwiec. Wyjątkiem był ten dworak, który wyraził się: „Potem, gdy król umarł, można wszystkiemu uwierzyć!“
Ludwik XV umarł 5 maja r. 1774.
A w tydzień potem już faworyta otrzymała przez umyślnego posłańca z Wersalu list następującej treści z podpisem nowego ministra: „Pani!

Mam nadzieję, iż nie będziesz powątpiewać, że z ogromną przykrością komunikuję Jej zakaz zjawiania się na dworze. Zniewolony jestem wykonać rozkaz Najjaśniejszego Pana, upoważniający mnie do oświadczenia Pani — aż do dalszych rozporządzeń — że zezwolono Pani udać się w odwiedziny do opactwa Pont-aux-Dames. Napiszę do Przeoryszy, aby nie czyniła trudności w przyjęciu Pani. Proszę potwierdzić przez posłańca, że Woli Majestatu stanie się zadość.

Najpokorniejszy sługa
Książę de Lavrilliere.

Pani Dubarry w pierwszej chwili po śmierci Ludwika była zdruzgotana niepewnością swego losu. Potem ożywiła się nadzieją, że d‘Aiguillon wyjedna jej prawo do swobody ruchów i do zachowania dawnego blasku osoby, przyjętej u dworu. W istocie książę szlachetnie ujął się za nią. Poprosił nowego króla o audjencję w cztery oczy i oświadczył mu, że Ludwik XV powierzył mu swoją ostatnią wolę: prośbę, aby Dubarry po jego śmierci nie była pokrzywdzoną.
— Mam nadzieję — rzekł d‘Aiguillon — że Wasza Królewska Mość uzna, iż ta kobieta, która jest brylantem pierwszej wartości tak przez piękność, jak i przez dobroć swoją, będzie miała możność nadal błyszczeć na przyjęciach Wersalskiego dworu.
Król zażądał trzech dni do namysłu. Postanowił poradzić się z królową. Marja Antonina rzekła:
— Ten d‘Aiguillon przychodził już raz do mnie, aby mnie kupić. Imieniem pani Dubarry zapytywał mnie, czy pozwolę zrobić sobie dar z kolczyków wartości 200000 liwrów, które metresa Twego dziada chciała zakupić dla mnie od hrabiny de Noailles. Wiesz, co odpowiedziałam?
— Wiem. Źe masz swoje brylanty. Tak jest, ale to stara historja. Pytam cię, co mam odpowiedzieć d‘Aiguillonowi?
— To samo, co ja wówczas.
Więcej nie rzeczono słowa. Rezultatem tej rozmowy był list, obwieszczający pani Dubarry „dymisję“ i nakaz udania się na stały pobyt w klasztorze. Jakkolwiek gorzka pigułka została jej podana w malinowym soku grzeczności de Lavrillère‘a, był to dla niej cios okrutny, niespodziany. Wyraziła gniew w klątwie, której styl przypominał dawne narowy obywatelki z bruku. Nie krępując się, oświadczyła posłowi ministra:
— Obrzydliwe, przeklęte rządy, zaczynające się od gabinetowych rozkazów!
— Czy mam powtórzyć to, co słyszałem?
— Wszystko mi jedno! — wzruszyła ramionami. Traktują mnie, jak nieczystość, którą się usuwa miotłą. Możesz pan powiedzieć swemu królowi, że Majestat Ludwika XIV stał wysoko, chociaż ulicznicy robili nieczystości pod murami Wersalu. Dobra szlachta zwoływała wówczas swoich uliczników, by to samo robili pod murami ich zamku przez uszanowanie dla króla, którego brali sobie za wzór. Wątpię, czy czyściciel dworu, wasz Ludwik XVI zyska sobie taką powagę lękiem przed opinją!
Na ten raz poseł ministra wzruszył ramioinami. Rozumiał jej rozgoryczenie, ale zdziwił go jej nietakt.. wobec samej siebie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W istocie od daty listu (12 maja) zaczęło się czyścicielstwo, które zresztą nie tyle było „sanacją majową“ — jak to określiła pysznie Marja Antonina — ile przepędzaniem przez nową klikę, operującą imieniem Choiseula bez dostatecznej podstawy, kliki, żerującej pod skrzydłam i d‘Aiguillona. Naprzód ten popadł w niełaskę, z powodu nietaktownego wstawiennictwa za Dubarry, potem Terray i Maupeou. Rozpoczęła się masowa ucieczka skompromitowanych łaskami pani Dubarry. Niektórzy wyrzekali się bezwstydnie wszelkiej z nią styczności, zmieniali liberję służby, naśladującą kolory Dubarry. Inni ukrywali się w swoich zameczkach na prowincji. Hrabia Jan Dubarry — największy z trwonicieli — uciekał, aż się za nim kurzyło. Zalękniony, że będą rewindykować u niego nagrabiony majątek, spieniężył w mig, co mógł, zabrał torbę pełną klejnotów, najął ekstrapocztę — i nie oparł się aż w Szwajcarji.
Lokaj po jego wyjeździe wyłamał skrytą szufladkę biurka, znalazł tam listy pani Dubarry i sprzedał je za wysoką cenę geszefciarzowi, który poszukał bogatego nabywcy i miał ochotę zająć się szantażem. Był nim kawaler Morande, przechowujący już zdawna listy panny Joanny Vaubernier-Lançon-Lange i wyczekujący stosownej chwili do ogłoszenia ich drukiem, o ile nie zostaną wykupione. Jeżeli nie uczynił tego dotąd, to dlatego, że opływał jeszcze w dostatki ze źródeł innych szelmostw i bawił wciąż w podróżach zagranicznych.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Pani Dubarry wstępowała w mury starożytnego klasztoru Pont-aux-Dames z sercem rozdarłem, przerażona myślą o nudzie, mającej zastąpić jej gwar i blask dworu, wolność i rozkosze pałacu Luciennes, spłakana, jak ongi, gdy otworzył się przed nią, naówczas podlotkiem, klasztor St. Aure.
Wszelako przewrót w jej życiu niespodziewanie okazał się nie tylko mniej bolesnym, niż sądziła, ale nadto miłym i dodatnio wpływającym na jej charakter i umysłowość. To nie było wcale okrutne uśpienie, w którem miała dokonać pokutnie dni żywota, opłakując minione szczęście. Przeciwnie, zmiana ta wyszła na dobre jej usposobieniu. Odczuła naraz, że była już zmęczona wyuzdaną swawolą, intrygami dworu, wieczystą trwogą o swoją pozycję faworyty, ustawiczną walką o serce króla, niespodziankami namiętności d‘Aiguillon‘a, pochlebczem nadskakiwaniem dworaków. Polubiła pogodę, spokój, ciszę klasztoru. Znalazła tu spoczynek dla duszy, której zmęczenia — w ciągłej wichurze balów dworskich, w ustawicznej pogoni za rozkoszami sama nie podejrzewała.
Co prawda do tej nagłej zmiany duchowej, do przełożenia słodkiego lenistwa ciszy klasztornej nad dotychczasowe denerwujące wieczną ruchliwością próżniactwo, przyczynił się w najwyższym stopniu wpływ moralny sympatycznej, pobożnej bez fałszu, przeoryszy klasztoru Pontaux Dames. Była to osoba, posiadająca urok wielkiej równowagi ducha, daleka od dewocji, szczera chrześcianka, bez fanatyzmu, nadto intuicją odczuwająca serca ludzi świeckich, mądrze wyrozumiała na błędy ludzkie. O jej przeszłości mówiono różnie. Jedni twierdzili, że wstąpiła do klasztoru, ponieważ człowiek, którego kochała, jakiś cudzoziemiec — podobno syn magnata polskiego, podróżujący zagranicą, zabił się pod jej oknami, zrażony pozorną obojętnością, która była poszanowaniem praw kochającej go małżonki; słowem miała być okazem niezwykłym w swojem zepsutem stuleciu. Inni napozór twierdzili, że przeciwnie była zamłodu kusicielką, która uprawiała sport rozłączania zakochanych mężów z kochającemi żonami, przyprawiła kilka z nich o samobójstwo i syta zbrodni miłosnych, wstąpiła dla pokuty do klasztoru. Tak, czy inaczej, czy zrzekła się uciech miłości na skutek jakiejś ciemnej tragedji dziewiczego serca, czy powodem jej skruchy był przesyt miłości — miała ona dar czytania w duszach ludzkich i koiła cudze cierpienia, nie odkrywając tajemnicy swoich, opowiadanych li w modłach Bogu.
Pod wpływem przeoryszy klasztoru przyrodzona dziecinna dobroć Joanny przybrała słodkich odcieni mądrego pogodzenia się z losem — niemal powagi, tak kontrastowej z jej skłonnością do figlów, nie licujących już z jej wiekiem. Wchodząc do klasztoru miała lat 31.
O ile pani Dubarry była poważną w rozmowach z przeoryszą klasztoru, o tyle potrafiła zachować swoje rzeźkie wesele w stosunkach z siostrami zakonnemi, które spoglądały na nią oczyma pełnemi podziwu i mimowolnego szacunku wobec byłej miłośnicy królewskiej. Być może pod wpływem mądrej przeoryszy, a może też własnych przejść życiowych, i one także nie posiadały w sobie pruderji i dewocji. Piękna szczera i łagodna Joanna oczarowała je od pierwszej chwili. Litowały się nad jej niedolą, wyobrażając sobie bodaj z pewną przesadą krach jej szczęścia, po utracie „ukochanego króla“; a ich współczucie i sympatja sprawiały radosną ulgę sercu lubiącej wszystkich czarować pani Dubarry. Niebawem, jej wesoła paplanina wprowadziła jakiś ton słonecznej pogody w rozmowy sióstr zakonnych pod gotyckiemi arkadami starych klasztornych budowli i w cieniu wysokich topoli, które szpalerami znaczyły piękne aleje klasztornego parku.
Nadmieńmy jeszcze, że los pani Dubairy nie okazał się tak srogim, jak można było spodziewać się po pierwszych surowych rozporządzeniach dworu, zakazujących jej nietylko widzenia się z krewnymi i dawnymi przyjaciółmi, ale nawet znoszenia się z nimi na piśmie. Po niejakim czasie unieważniono ten zakaz, pozwolono jej bliskim wizytować ją w klasztorze, udzielano powoli coraz to nowych ulg i łask zwiększając ilość służebnych, które mogła posiadać przy sobie, od jednej pierwotnie osoby do kilkunastu, a wreszcie bez ograniczeń. Później przysłano na jej życzenie architekta Ledoux, który wybudował jej w uroczym zakątku parku pełną smaku willę.
Wreszcie jej przyjaciele na dworze, którzy ze zmianą kursu przywróceni zostali do swoich stanowisk, wyjednali jej prawo wyjścia z klasztoru. Król Ludwik XVI postawił tylko jeden warunek: „aby zamieszkała w odległości od Paryża i Wersalu nie mniej niż 10 lieues“.
Powodem udzielenia tego praw a było, że interesy majątkowe pani Dubarry mocno powikłały się w ciągu dłużącej się niemal rok jej nieobecności, i hrabina powzięła chęć osobistego uporządkowania swoich spraw, a nawet zajęcia się sprzedażą części dóbr ziemskich.
Co prawda, miała po tak długim pobycie w klasztorze dosyć już ciszy i odpoczynku. Odświeżona na duszy, ukojona po doznanych zawodach zapragnęła rzucić się ponownie w świat, a przynajmniej życzyła sobie zaczerpnąć tchu szerszego życia.
Kiedy przeorysza klasztoru Pont-aux-dames żegnała ją serdecznym pocałunkiem, Joanna zadała jej pytanie:
— Niech pani raczy mi szczerze powiedzieć co myślii o mnie. Albowiem czasem niepokoi mnie kwestja, co powie przyszłość o mojej roli w historii Francji?
— Dziecko — odparła przeorysza — musisz mi wybaczy wprzód, iż nazywam cię jeszcze dzieckiem, a nietylko z uwagi na to, że dzieli nas wielka różnica wieku, ale z tego względu, że wydajesz mi się symbolem wiecznej młodości. Moje dziecko! mogę rzec tylko tyle, że byłam świadkiem twojej przedziwnej umiejętności godzenia się ze złym losem. Mam wrażenie, że z taką samą lekkością zniosłaś utratę danej ci w ręce przez los władzy, z jaką wstąpiłaś z jego woli na swoje górne stanowisko. Dobrze, żeś nie nazbyt potrafiła cierpieć, i lepiej jeszcze, żeś nie była nigdy wyniosłą. Mniemam, że historja odda hołd twojemu dobremu sercu, i historyk zdumiony będzie, iż byłaś bodaj jedyną w dziejach miłośnicą królewską, która nie podżegała monarchy do czynów tyranji, nie wyzyskiwała swojej władzy ku znęcaniu się nad nieprzyjaciółmi, nie mściła się, nie starała się rządzić, nie mając ku temu danych. Wierzę w to, że przyszłość pokaże, iż nie zaciążyłaś nazbyt Francji, albowiem otrzymałaś w darze od natury prześliczną, leciutką nóżkę. Wydaje mi się, żeś przeszła przez życie, jakoby w śnie tańczącym. Jesteś nieodpowiedzialną za zło, które się stało, ponieważ będąc nieświadomem narzędziem cudzych intryg, byłaś raczej sama bezwolną ofiarą losu. Nie jesteś winną, że Opatrzność dała ci oczy marzące, wpół zawarte... Byłaś pięknem życia i nie twoją jest winą, że urodziłaś się w brzydkim czasie, który nie dorósł do bezinteresownego podziwiania arcydzieł bożych. Życzę ci szczęścia na przyszłej drodze. Ale boję się, że czas staje się coraz brzydszy, przez obciążenie grzechem dziedzicznym narastającym z dnia na dzień, i że nie zaznasz szczęścia. Daj Boże, abym się myliła!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.