Królewicz-żebrak/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Królewicz-żebrak
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wydania 1902
Wydawnictwo Księgarnia Ch. J. Rosenweina
Drukarz W. Thiell
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XXII.

Obcy wśród swoich.

Przybywszy do zajazdu, Mayles nakarmił malca, rozkazując mu, aby odpoczął. Następnie włożył nań ubranie, nabyte przezeń na moście Londyńskim, gdzie również kupił sobie dwóch osłów.
Na kłapouchych tych stworzeniach jechali oni wolno przez dzień cały dążąc do własności Maylesa, zamku w Gondon.
Mayles, aby napróźno malca nie niepokoić, unikał wszelkiego pośpiechu. Co zajazd prawie zatrzymywano się, gdzie jak wprzódy Mayles stał zawsze po za królem, usługując mu. Zarówno rozbierał śpiącego królewicza, kiedy ten kładł się do łóżka, sam zaś spał na gołej podłodze przy drzwiach, owinięty w prześcieradło.
Jadąc tak z Maylesem Edward opowiedział mu wszystkie swoje przygody, jakich doznał u włóczęgów i u pustelnika.
Opowiedział i Mayles zarówno Edwardowi, jak był przez dzień cały prowadzony po lesie przez pustelnika, jak wreszcie przywiódł go wraz z sobą i jak pod wieczór skoro Edward powrócił, znów udał się na poszukiwania.
Jadąc tak przez dni dwa, trzeciego nareszcie zajechał do zamku w Gondon. Mayles przez całą drogę opowiadał o swojej rodzinie, o ojcu staruszku, o bracie Janie, o lady Annie, a nawet i o złym Gwidonie.
Wreszcie z przygórka dostrzegli cały szereg siedzib.
Mayles zawołał:
— Widzisz, jest więc i nasza wioska! Zamek Gondon tuż leży przy niej. Baszty jego ztąd widać. Zobaczysz jak u nas będzie dobrze, jak przyjemnie! W domu 70 pokojów, sług 27. Prędzej, prędzej, dojeżdżajmy, — wołał Mayles niecierpliwie, poganiając osłów, co sił starczyło, — pomimo jednak całego pośpiechu zaledwie w kilka godzin dopiero przyjechali do wsi.
Dalej nieco, udali się wązką wilgotną ścieżynką, następnie dostali się do ogrodu pełnego kwiatów, zkąd wjechali w szerokie podwoje o słupach marmurowych.
Przed nimi był w tej chwili wspaniały pałac starożytny.
Mayles zeskoczył ze swego osła, a zdjąwszy królewicza i pochwyciwszy go następnie jak piłkę na ręce, wbiegł wraz z nim po szerokich kamiennych wschodach do zamku.
Gdy weszli do jednej z wysokich sal, spostrzegli jakiegoś młodzieńca pracującego przy stole. Posadziwszy Edwarda Mayles, rzucił się w ramiona młodziana.
— Uściskajmy się, drogi Gwidonie! — zawołał. — Zawołaj coprędzej ojca. Pragnę widzieć jego oblicze, usłyszeć głos jego.
Na słowa te Gwidon cofnął się, jak by się przeląkł czegoś, poczem obrzuciwszy Maylesa wyniosłym spojrzeniem, rzekł:
— Umysł twój, nieszczęsny człowieku, widocznie chory. Musiałeś wiele złego przejść w życiu, co widać z całej twej twarzy i ubrania zarówno. Czyżbyś mnie znał?
— Jakto? ja... ja miałbym cię nie znać, — wołał Mayles co raz żywiej, — wszak ty jesteś Gwidonem Gondon?
— A ktoś ty taki? — zapytał Gwidon.
— Pytasz, kto ja jestem, wołał Mayles, i niepoznajesz mnie. Wszak ja jestem twym bratem, Maylesem!
Udając radość pomimowolną, Gwidon zawołał:
— I ty mówisz szczerą prawdę... i nie kłamiesz... nic! Bogu niech będą dzięki, — mówił Gwidon, skoro umarli ożywają. Zdaje mi się jednak, że mówisz nieprawdę. Pójdź do światła i pozwól, niechaj ci się przypatrzę.
Tu pochwyciwszy Maylesa za rękę, podprowadziwszy go ku oknu, zaczął bacznie oglądać ze wszystkich stron.
Mayles przez cały ten czas uśmiechał się, kiwając głową.
— Tak! tak! patrz drogi Gwidonie, to ja, twój brat kochany. No, uściskajmy się — wołał Mayles — ale tak serdecznie, poczciwie, po bratersku!
I kiedy już chciał rzucić się bratu na szyję, Gwidon opuścił ręce, załamał je a skłoniwszy smutno głowę na piersi, rzekł:
— Niestety, nie jesteś mi bratem.
— Jakto, ja nie jestem twym bratem! — zawołał Mayles, coraz bardziej zdziwiony tajemniczością słów Gwidona.
— Tak! — odrzekł Gwidon. — List mówił najszczerszą prawdę.
— Co za list, jaki list? — pytał Mayles coraz bardziej ździwiony.
— List pochodzący z bardzo daleka, z za morza. Otrzymaliśmy go lat temu siedm z wiadomością, że brat nasz zginął na wojnie.
Mayles na te słowa wzburzony, zawołał:
— To fałsz! fałsz powtarzam, brat wasz żyje! Zawołaj tylko ojca, a on mnie pozna!
— Umarli nie wstają — dodał Gwidon.
— Umarł więc mój ojciec! — wołał Mayles — o! ja nieszczęśliwy!
Usta Maylesa drżały jak w febrze, głos urywał się co chwila.
— Janka więc wołaj, rozumiesz, — błagał Mayles — ten pozna mnie niezawodnie.
— I jego również niema już na tym świecie — dodał Gwidon.
— Więc obydwa umarli, czyżby i lady Anna?
— Ta żyje — odpowiedział Gwidon.
— Bogu najwyższemu niech będą dzięki, — wołał Mayles. Spiesz bracie, coprędzej, niech tu przybywa. Ona mnie pozna, jestem tego pewien. Zawołaj także wszystkie sługi. One mnie poznają, niezawodnie.
— Już dawno powymierały — rzekł Gwidon. Żyją jeszcze jedynie: Grzegórz, Błażej, Jan, Jakób i Marya. Tych zawołać mogę!
Wyszedłszy z pokoju, skierował swe kroki do lady Anny, do której rzekł:
— Mayles powrócił i woła ciebie. Ja go wyparłem się i nie uznałem za brata, twierdząc, że zginął na wojnie, o czem nam w swoim czasie donoszono. Pamiętaj, że i ty zarówno masz to samo uczynić. W razie nieposłuchania mego rozkazu, zginiesz, pamiętaj!
Z razu lady Anna przelękła się potoku szalonych słów męża, zapanowawszy jednak nad sobą, rzekła stanowczo.
— Zabij mnie, skoro chcesz tego. Zycie obmierzło mi z takim jak ty nikczemnikiem. Niech się dzieje co chce, — wołała lady Anna, — rozumiesz, co chce, a mego najdroższego mi Maylesa po nad wszystko w świecie nie wyprę się!
— Wiedz zatem szalona! — wołał z wściekłością coraz większą Gwidon, — że kiedy tak, zamorduję go w twoich oczach!
— Więc dobrze, mścij się, pastwij nędzniku, — wołała lady Anna cichym, już zaledwie dosłyszalnym głosem, dodając z wysiłkiem po chwili:
— Dobrze więc. Przyrzekam, że go nie przyznam za brata.
Tu zakryła twarz rękoma.
— Więc pójdźmy do Maylesa! — zawołał szorstko Gwidon — pamiętaj jednak o tem, coś przyrzekła, jedno słowo nierozważne, a brat twój zginie.
W oczekiwaniu siostry, Mayles niecierpliwie chodził po sali, mówiąc do siebie:
— Zostało pięć sług, łotrów ostatniego rodzaju, dwudziestu innych umarło. Nie, — wołał — zaiste, to coś dziwnego, niesłychanego.
Tak w zamyśleniu chodził bezustannie po pokoju, zapomniawszy zupełnie o Edwardzie, który sam przypomniał o sobie.
— Nie smuć się, — rzekł do Maylesa — Bóg ci dopomoże!
Stanąwszy przed królewiczem, Mayles zawołał:
— Nie jestem oszustem, Wasza Królewska Mość, chciej wierzyć! Tu w tym zamku urodziłem się, tu następnie wyrosłem i wychowałem. Mówię prawdę i choć mi nikt wiary dać nie chce, ty mi uwierz!
— Wierzę ci! — rzekł król.
W tej chwili drzwi się otwarły, a w nich ukazała się piękna lady idąca pod rękę z Gwidonem, w otoczeniu sług kilku.
Lady szła cicho z opuszczoną głową. Z twarzy jej wiał dziwny smutek.
Ujrzawszy ją, Mayles zawołał:
— Anno, moja droga Anno.
Usunąwszy Maylesa, Gwidon zapytał lady:
— Czy poznajesz tego człowieka?
Na słowa te lady drgnęła. Twarz jej pokryła się rumieńcem. Milczała, potem podniosła głowę, a spojrzawszy prosto w twarz Maylesowi, zbladła jak płótno.
— Nie! ja go nie poznaję... — zawołała lady zaledwie dosłyszalnym głosem, poczem szybko odwróciwszy się, prawie się zataczając, opuściła salę.
Mayles padł na stół, zakrywając twarz rękoma.
Po krótkiej przerwie, Gwidon zapytał służących:
— Czy który z was poznaje tego człowieka?
— Nie poznajemy, nie znamy! — odpowiedzieli słudzy.
— A zatem — rzekł Gwidon — skończone. Słudzy nie poznali, żona ma również cię nie poznała.
W jednej chwili rozszalały Mayles zerwał się z krzesła, a przycisnąwszy Gwidona do ściany, pochwycił go za gardło.
— Żona twoja nie poznała, łotrze! — wołał zajadle — lady Anna, twą żoną? Teraz dopiero rozumiem całą podłą, nędzną intrygę. Ten list, toś ty sam napisał, oszukałeś ojca i podstępem przywłaszczyłeś sobie moją narzeczoną i moje włości.
Po chwili, wypuszczając z rąk przestraszonego Gwidona, zawołał:
— Precz mi z oczu. Nie wódź mnie na pokuszenie!
Posiniały z gniewu Gwidon padł bezsilny na krzesło. Rozkazał sługom wiązać Maylesa, nikt jednak z nich nie śmiał uczynić tego. Sługi nie ruszały się z miejsca.
— Nic panie nie wskóramy — rzekł jeden z nich — podczas gdy my jesteśmy bezbronni, ten człowiek ma szpadę.
— Więc cóż z tego, tchórze przebrzydli, — wołał Gwidon — za to on jeden, a was tylu. Pochwycić go, kiedy rozkazuję, rozumiecie!!!
Mayles zawołał groźnie:
— Poważcie tylko krok jeden postąpić, a los wasz marny!
Wówczas Gwidon zawołał:
— Precz tchórze! Dalej! Uzbrajać się! Ja posełam po żołnierzy, a ty nie próbuj przypadkiem ucieczki, — rzekł do Maylesa.

— Ja — rzekł Mayles z godnością — będąc panem zamku i ziemi tutejszych, tem samem jestem u siebie, a więc uciekać nie potrzebuję!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Samuel Langhorne Clemens.