Królewicz-żebrak/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Królewicz-żebrak
Podtytuł Opowiadanie historyczne
Data wydania 1902
Wydawnictwo Księgarnia Ch. J. Rosenweina
Drukarz W. Thiell
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


XXIII.

Zasadzka.

— Wiesz, com postanowił? — zapytał król Maylesa, długo nad czemś przemyśliwając widocznie. — Oto nie później jak jutro, pojedziesz do Londynu, wioząc z sobą dokument, jaki ci napiszę w trzech językach; łacińskim, greckim i angielskim. Skrypt ten doręczysz lordowi Hartfordowi. Z niego pozna on charakter mego pisma i pewien bądź, że przyśle wreszcie po mnie.
Mówiąc to, król wziął pióro i zabrał się do pisania.
Mayles spojrzawszy nań, pomyślał:
— No, no, tworzy jakieś hieroglify i zakrętasy i myśli, że to ma być po grecku i po łacinie. A! jak to rozkazuje dumnie. Prawdziwy król... Zkąd się mu to wzięło doprawdy!
W czasie gdy chłopczyna pisał, Mayles mówił do siebie:
— Raz zdaje mi się, iż poznała mnie lady Anna, to znów, że niepoznała. Jak bo nie mogła poznać mych rysów i głosu mego, ona, która kłamać nigdy nie umiała. Widocznie więc Gwidon przewrotny zniewolił ją do tego. Posłuchała jego rozkazu. Bądź co bądź prawdę należało wyświetlić.
Gdy Mayles zbliżał się do drzwi, ukazała się w nich lady Anna. Była bardzo blada i smutna.
Mayles rzucił się ku niej z radością, oddaliła go ruchem ręki, poczem usiadła dając mu znak, aby to samo uczynił. Zdziwiony tem postępowaniem Mayles stał jak statua, skamieniały, nie ruszając się z miejsca.
Pierwsza przemówiła lady Anna:
— Przyszłam, uprzedzić i ostrzedz pana, abyś tu dłużej nie pozostawał. Grozi ci nieszczęście. A tak jesteś podobnym do nieboszczyka Maylesa!
— Nietylko, żem podobny, lady Anno, ale wszak jestem przecież nim samym.
— Wierzę, że mówisz prawdę. Jesteś bardzo podobnym do tamtego, a być bardzo może, że jesteś nim samym, mąż jednak nie uznaje cię za swego brata, uważa cię za szaleńca, oszusta. Nikt cię tu, wierzaj, obronić nie zdoła. Mąż mój — jest panem i władcą tego kraju. Wszyscy lękają się go i drżą przed nim. Wierz więc temu co mówię.
— Wierzę, — odpowiedział Mayles smutnie.
— Raz jeszcze powtarzam i błagam uchodź ztąd nieszczęśliwy co rychlej. Zaprzysiągłszy sobie krwawą zemstę ten człowiek zgubi ciebie. Nie przebiera on w środkach, jako żona wszak mogę i muszę wiedzieć najlepiej. Oskarży cię o chęć zadrapania jego majątku, o napad w jego własnym domu. Uchodź więc prędzej nieszczęsny bo zginiesz. Jeżeli nie masz pieniędzy dam ci ile zechcesz, abyś przekupił służbę ratując się ucieczką póki czas jeszcze!
Mayles nie wziął woreczka. Zbliżywszy się blizko do lady, rzekł:
— Proszę, popatrz mi w oczy i powiedz, kto jestem, Mayles Gondon, czy też kim innym?...
— Powtarzam, że pana nie znam, odpowiedziała Anna.
— Przysięgnij na prawdę i potwierdzenie słów twoich, — zawołał Mayles.
Tu lady Anna zaledwie że dosłyszalnym głosem wyszeptała:
— Uchodź prędzej, na Boga, uchodź bo może być za późno!
Słowa lady były prorocze. W tej chwili wpadła do sali banda żołnierzy, zawiązując z Maylesem bój zażarty.

Niedługo jednak trwała ta nierówna walka, która się ukończyła schwytaniem Maylesa wraz z królem i uwięzieniem obydwóch.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Samuel Langhorne Clemens.