Kotka śmieciarka/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest Thompson Seton
Tytuł Kotka śmieciarka
Pochodzenie Zajmujące czytanki przyrodnicze Nr 5
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wyd. 1931
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Arct-Golczewska
Ilustrator Ernest Thompson Seton
Tytuł orygin. The Slum Cat
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.

Wiosna nadeszła i z nią zaczęły się polowania kocie na wróble i inne ptaszki, oraz głośne koncerty nocne na dachach. Królowa Analostan, dość spokojna przez całą zimę, zaczęła znowu objawiać swą tęsknotę do podwórka i swobody, ale ani razu nie mogła wymknąć się z domu.
Nadeszły ciepłe dni — i dostojni państwo postanowili wyjechać do swej wsi.
— Naszej grymaśnej kotce będzie tam z pewnością lepiej — rozmawiały panie między sobą — tu brak jej świeżego powietrza!
Pewnego dnia zajechała wielka kareta, wsiadła do niej cała rodzina z „Piątej alei“, a na przednim siedzeniu postawiono koszyk, w którym siedziała zamknięta królowa Analostan. Tylko łebek jej wystawał przez umyślnie zrobione okienko.
Kareta zajechała na dworzec kolei żelaznej — tutaj przesiedli się wszyscy do wagonu i nasza Mizia pojechała w świat daleki. Okrutnie było jej nieprzyjemnie siedzieć w tym dziwnym pokoju, który ciągle jechał i tak nią w koszu wstrząsał.
Zkolei wsiedli wszyscy na statek parowy, który pomknął po szerokiem morzu. Tutaj było Mizi dużo przyjemniej — a nawet chwilami dochodziły ją zapachy ojczyste — zwłaszcza na wybrzeżu. Po parogodzinnej jeździe wysiedli znowu na brzeg i stąd przybyli powozem do jakiejś pięknej willi, otoczonej ogrodami. Wreszcie wyjęto królowę Analostan z podróżnego kosza, nakarmiono sowicie i puszczono na wolność w jednym z wielkich pokojów.
Z nakazu dostojnej pani wszyscy domowi byli ogromnie uprzejmi dla jej królewskiej mości, ale ona okazywała największą przyjaźń jednej jedynej osobie, która jej przypominała rodzinne podwórko t. j. kucharce. Najmilszy jej kącik był przy kominie, a najsmaczniejsze jedzenie było to, które sobie znalazła w kuble z pomyjami. Panie patrzyły zdumione na to dziwne przyzwyczajenie królewskiej kotki, ale przebaczały jej i pozwalały na tę przyjaźń, pod tym warunkiem jednak, że kucharka będzie pilnować ją jak oka w głowie.

Ernest Thompson Seton - Kotka śmieciarka (page37 crop).png

Kucharka obiecała państwu, że zrobi coś takiego, co utrzyma kotkę na zawsze przy domu.
— Już ja to dobrze urządzę — uspokajała panią.
Mówiąc to, wzięła Mizię do fartucha i wysmarowała jej łapki przetopionym tłuszczem mięsnym. Naturalnie nie przyszło jej to tak łatwo, bo królowa opierała się temu gwałtownie, ale gdy znalazła się na podłodze, zaczęła oblizywać łapki z wielkim smakiem, i od tamtej pory nie opuszczała kuchni i kucharki.
Była to jedyna przyjemność Mizi, bo wszystko poza tem wydawało się jej obce i niemiłe. Nawet podwórze, na które wolno było jej wychodzić, pachniało zupełnie inaczej niż tamto w mieście. I mleko, którego miała tu w obfitości, nie smakowało jej tak jak to, które z trudem i ukradkiem zdobywała sobie niegdyś na schodach domów.

Ogród także wydawał jej się obcym i tylko jeden mały kącik, gdzie rosły dzikie róże, był jej ulubionym, tak że kryła się tam i obcierała o niego jakby łączyły się z nim jakieś miłe wspomnienia. Choć miała wszelkiego jedzenia wbród, chodziła jednak często na śmietnisko, ale nie udało jej się znaleźć ani jednej główki rybiej. Cóż więc warte były takie śmietniska i pomyje!
Ernest Thompson Seton - Kotka śmieciarka (page38 crop).png

Aż pewnego dnia przybiła do brzegu jakaś łódź rybacka — Mizię doleciał miły zapach: udała się więc w tę stronę, ale spostrzegł to ktoś z domu i wnet sprowadzono ją napowrót i odtąd dobrze strzeżono. Tegoż dnia odjechała także kucharka, jedyna prawdziwa przyjaciółka Mizi.
Raz synek pani, wielki łobuz, przywiązał do ogona królowej blaszaną puszkę — kotka wyrwała się z rąk małego Amerykanina i starała się uwolnić, wydając wcale nieprzyjazne pomruki i nim się chłopiec zorjentował, królowa Analostan, obrażona aż do królewskiej krwi, rzuciła się z wyciągniętemi pazurami na swego prześladowcę. Nadbiegła matka i ujrzawszy straszną scenę, bez namysłu rzuciła książkę na kotkę...
Chłopiec został wyratowany, a Mizia tymczasem skorzystała z otwartych drzwi i popędziła na schody — naturalnie w górę.
Jeśli goni się szczura, to ten leci zawsze ze schodów na dół, pies biegnie po równinie przed siebie, a kot zawsze w górę. Mizia pobiegła jak mogła najwyżej, wprost na strych i tu skryła się w najciemniejszy kącik, gdzie niktby jej znaleźć nie potrafił. Tu czekała nocy. Gdy już zupełnie w domu ucichło, wylazła powolutku i póty szukała, aż znalazła szparę we drzwiach, którą wyszła na świat w ciemną noc sierpniową.
Człowiek nic nie widziałby w taką noc, ale dla kotki było jeszcze dość światła. Dopadła więc do ogrodu, przeskoczyła piękne klomby, obtarła się o swój ulubiony krzak róży i wypadła na drogę, którą tu na wiosnę przyjechała.
W jaki sposób trafiła na drogę, której nigdy nie widziała, jest dla człowieka niepojęte. Kierowała się może pewnym zmysłem, jaki posiadają zwierzęta przebywające na swobodzie, a może węchem, który jest u nich bardzo rozwinięty.
Ten ukryty pomocnik Mizi prowadził ją teraz na zachód — droga była równa — i w godzinę przebyła dwa kilometry. Po drodze poznawała zapachy, które dochodziły jej nosa w czasie podróży powozem. Nie potrafiłaby zapewne określić, co to był za zapach, ale poznawała w nim coś znajomego i tem się kierowała.
Zmysł kierowniczy mówił jej: „leć tędy“, a węch potwierdzał „tak, dobrze — pamiętasz, żeśmy tędy przejeżdżali na wiosnę?“
Natrafiła na rzekę i tu spotkała się z linją kolejową. Na zachód nie mogła już biec, bo musiałaby wpaść do rzeki — mogła więc wybrać dwie drogi: na północ lub południe. Zmysł kierowniczy powiedział jej znowu — „zwróć się na południe“ — i Mizia popędziła wzdłuż rzeki między linją kolejową a płotem, ogradzającym jakiś ogród.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest Thompson Seton i tłumacza: Maria Arct-Golczewska.