Kościół a Rzeczpospolita/Rozdział siódmy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anatole France
Tytuł Kościół a Rzeczpospolita
Wydanie wznowione
Data powstania 1904
Data wydania cop. 1911
Wydawnictwo „Życie“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Aleksander Sulkiewicz
Tytuł orygin. L’Église et la République
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



ROZDZIAŁ SIÓDMY.
Ciąg dalszy ministerjum Combes’a.
Początki rozdziału. Analiza Konkordatu.

Wydawało się dotąd, te Combes był skłonny do rządzenia zgodnie z porządkiem, ustanowionym roku 1801. Prawdę powiedziawszy, natrafił przy tym na wielkie trudności. Trzymał się ściśle Konkordatu, który kurja rzymska gwałciła bezustannie. Odmówiła zatwierdzenia kilku biskupów za Cesarstwa, lecz większej jeszcze ich liczby za Rzeczypospolitej. Nie chciała zatwierdzić żadnego z tych, których przedstawiał jej Combes.
Nuncjusz odwiedził ministra w jego gabinecie.
— Proszę mi wskazać inne nazwiska, rozpatrzymy sprawę i porozumiemy się uprzednio.
Lecz nuncjusz oświadczył, że jest to dla niego kwestja zasady. Było to również kwestją zasady dla ministra. Combas, powracając do ścisłego brzmienia prawa, odmówił przedłożenia Rzymowi wyboru biskupów, który należy jedynie do rządu francuskiego.
Wszyscy jego kandydaci zostali odrzuceni bez wskazania powodów, i osiem stolic biskupich pozostawało nieobsadzonych.
Po nocie papieża do mocarstw i po sprawie obydwu biskupów, Combes przestał wierzyć, aby możliwym było utrzymać Konkordat.
W domu swym w Pons, gdzie spędzał wakacje, przyjął korespondenta dziennika wiedeńskiego Neue Freie Presse i zwierzył mu się, że wypadki wpłynęły na zmianę jego poglądów.
— Rozdział jest blizki — powiedział — uważam go teraz za nieunikniony. Idea rozdziału kościoła i państwa uczyniła od lat dwu postępy olbrzymie, i ja sam, który, jak wiadomo, nie byłem na początku jej zwolennikiem, zostałem zmuszony z nią się pogodzić.
Dodał, że projekt Briand’a wydaje mu się doskonalą podstawą do dyskusji, i że pragnie jedynie, aby niektóre szczegóły projektu zostały „wypowiedziane szczerzej i swobodniej“.
Oświadczenia te, które złożył w własnym swym imieniu, ponowił w miesiącu czerwcu, jako prezes gabinetu w mowie, wypowiedzianej w Auxerre.
Musimy teraz opowiedzieć, czym był Konkordat na początku, czym stał się później, i zbadać powody, które skłaniają Francję do utrzymania jego lub do zerwania.
Ustanowiona przez Zgromadzenie Narodowe w roku 1790 Konstytucja cywilna kleru miała siłę przez cztery lata, jeśli można mówić o sile praw w okresie rewolucyjnym śród spisków, buntów, rzezi i kaźni. Wywołała ona schizmę, podzieliła, kościół francuski między opornych i zaprzysiężonych (jureurs), czyli na księży porządku starego i nowego[1]. Prawo z dnia 3 Ventôse r. III (21 listopada 1795), uchwalone przez Konwencję na wniosek Boissy-d’Anglas’a, zerwało wszelkie węzły, łączące kościół z państwem. Zerwać łączące je węzły było łatwo, lecz jak je rozdzielić? Trzymały się wzajemnie za gardło. Po rozdziale, jak i przedtym, walka okrutna trwała. W roku IV Stofflet bił się w Anjou, Charette w Wandei. Kolumny lotne rozpraszały zbójców i rozstrzeliwały księży w szuanerji. Duchowni oporni byli poszukiwani, sądzeni, gilotynowani. Kompanje Jéhu’ego i Soleil’a teroryzowały południowo-zachodnią część Francji, hrabia d’Artois był na wyspie Yeu z flotą angielską.
Śród tego teroru i tych gwałtów, jakie skutki mógł pociągnąć za sobą rozdział prawny? Pewnym jest to, że po pięciu latach wojny domowej kler oporny gnany, prześladowany, więziony, okazał się silniejszy. Miał przeciwko sobie prawodawców i prawa, miał za sobą lud wiejski, wzruszony jego nieszczęściami. Miał za sobą litość i poszanowanie ludzi prostych, łaski spekulantów i nabywców dóbr narodowych, którzy stali się kontrrewolucjonistami, poparcie rojalistów, którzy okładali kijami jakobinów, i przychylności pięknych Thermidorjanek. W miesiącu Vendemiaire roku V trzydzieści dwa tysiące gmin wznowiło kult katolicki i otworzyło nanowo kościoły, obsługiwane przyważnie przez księży opornych.
Właśnie w tej epoce (koniec 1796 lub początek 1797) młody gienerał Bonaparte pisał do gienerała Clarke:
„Powrócono we Francji do katolicyzmu rzymskiego. Jesteśmy, być może, w momencie, gdy będziemy potrzebowali samego papieża, by poprzeć u nas rewolucje przez księży, a tym samym — przez ludność wiejską, którą udało się im nanowo owładnąć“.
Widzimy już tu, jak powstaje w umyśle jego idea sojuszu, który miał zawrzeć pięć lat później; odkrywamy słuszność powodów i dwuznaczność środków. Młody gienerał dostrzega niebezpieczeństwo. Podnosi się kościół rzymski, zagrażający rewolucyi, Rzeczypospolitej, i który, być może, przygotuje powrót Burbonów. Aby zapobiec niebezpieczeństwu, należy stworzyć nowy kler gallikański, przedsięwziąć według nowego planu zniszczone dzieło członków Zgromadzenia Ustawodawczego. A ponieważ nie można bez papieża założyć kościoła konstytucyjnego, trzeba zbudować kościół na współkę z papieżem. Los dopomaga do osiągnięcia planu. Chodzi tylko o to, by oszukać „starego lisa“. Oto pierwsza myśl Konkordatu.
W umyśle Bonapartego Konkordat jest to wznowienie kościoła gallikańskiego. Nie można mieć żadnych wątpliwości co do zamiarów pierwszego konsula, gdy się przeczytało artykuł dwudziesty czwarty praw Organicznych.
„Ci, którzy zostaną wybrani dla nauczania w seminarjach, podpiszą deklarację, uczynioną przez kler francuski r. 1682. Wezmą na siebie nauczanie doktryny, która w niej jest zawarta; biskupi zaś wyślą protokuł formalny tego zobowiązania radcy państwowemu, prowadzącemu wszelkie sprawy, dotyczące wyznań“.
Otóż deklaracja z r. 1682, którą nanowo wprowadza w życie Konkordat, powiada, że papież nie ma żadnej władzy w sprawach doczesnych, że nie może ani bezpośrednio, ani pośrednio składać z tronu królów, że dekrety Konstanckie, dotyczące powagi soborów, zachowują całą swą siłę i całą wartość; że papież nie może rządzić kościołem inaczej, jak tylko zgodnie z kanonami, i że nie może w niczym naruszać ustaw ani praw uznanych kościoła gallikańskiego; i wreszcie, że sądy jego w dziedzinie wiary podlegają krytyce, o ile nie są potwierdzone przez uchwałę kościoła.
W ten sposób konsul wznawiał wszystkie swobody kościoła gallikańskiego. Czym więc był jego Konkordat, jeśli nie Konstytucją cywilną z r. 1790, wznowioną co prawda ze zmianami, które do głębi przeinaczały jej ducha? Nie można było w istocie oczekiwać, aby żołdak zwycięski, przesądny i ateusz, odbudowywał Kościół Narodowy z temi samemu zamiarami, z jakiemu dziesięć lat wprzódy ustanawiali go prawodawcy, filozofowie i duchowni, wykarmieni moralnością ewangieliczną.
Lecz w rzeczywistości młody konsul wznawiał Konstytucję cywilną z r. 1790. Wznawiał ją wraz z przysięgą oraz z księżmi przysięgłemu. Zobowiązywał biskupów do zaprzysięgania nie tylko wierności dla Konstytucji, lecz i tego, że będę szpiegami rządu cywilnego, że staną się donosicielami i kapłanami zarazem: „Przysięgam i obiecuję Bogu na Świętą Ewangielję, te zachowam posłuszeństwo i wierność rządowi, ustanowionemu przez Konstytucję Rzeczypospolitej francuskiej. Obiecuję, że nie będę porozumiewał się ani uczestniczył w żadnej radzie, ani podtrzymywał żadnej ligi, ani wewnątrz kraju ani zewnątrz ligi, która byłaby przeciwna spokojowi publicznemu; i jeśli się dowiem, że w djecezji mojej lub gdzieindziej przygotowuje się cośkolwiek na szkodę państwa, dam o tym znać rządowi“.
Nie zatrzymując się na tym punkcie, wyznam, że nie można odróżnić za pomocą samego tylko światła naturalnego, czym przysięga ta jest bardziej kanoniczna, nit pierwsza.
Konsul wznawiał Konstytucję cywilną z r. 1790 wraz z opłacanym przez państwo księdzem. Zobowiązywał papieża do uznania, że kler nie posiada więcej sam przez się ani własnych środków do życia, ani dóbr. Dodawał zarazem, że duszpasterze będą otrzymywali od rządu odpowiednią pensję, przyczyni pod żadnym względem nie będzie Naośna uważać tej pensji ani za odszkodowanie, ani za zwrot, ani za rentę dóbr, które powróciły na własność narodu, albowiem kler — stan pierwszy w Królestwie przestał istnieć, a kler Rzeczypospolitej nie jest jego następcą, ani przedstawicielem, ani spadkobiercą i, nie będąc sam przez się ani państwem, ani zakonem, ani ciałem pewnem, nie ma warunków prawnych do dziedziczenia lub posiadania.
Konstytuanta zniosła zakony klasztorne; Konkordat utrzymuje nadal zniesienie tych zakonów, o których nawet nie wspomina. Konstytuanta zniosła officja kościelne, prebendy, przeorstwa i kanonikaty; Konkordat utrzymuje nadal te przepisy, z wyjątkiem jednej kapituły honorowej dla każdej katedry, którą pozostawia biskupom. Konstytuanta odebrała proboszczom księgi urodzin, ślubów i śmierci. Konkordat nie nadaje nanowo parafjom prawa kontroli nad tyciem cywilnym. Wreszcie, jeśli Konkordat przywraca godność arcybiskupią, zniesioną wraz z przywilejami dawnego ustroju, to nazwy pana i obywatela, które odtąd otrzymywać będą biskupi i arcybiskupi, oraz ubranie czarne na modłę francuską, które nosić będę wraz z krzyżem na piersi, zdradzają kościół konstytucyjny z r. 1790.
Podziwu jest godnym, że ta Konstytucja cywilna, będąca, jak powiadają, powodem wszystkich nieszczęść, które w ciągu lat dziesięciu spadały na kościół i na Rzeczpolitą, będąca źródłem niewyczerpanym nieporządków i gwałtów, zabójczym dla Midi, nienawistnym dla Francuzów i ojczyzny, wstrętnym dla Stolicy Apostolskiej, stała się dziełem harmonji i pokoju, przyjętym przychylnie przez dobrych obywateli i miłym dla papieża od chwili, gdy pierwszy konsul przekształcił ją na narzędzie panowania.
Podziwiać w istocie należy, że papież zatwierdził r. 1801 zwyczaje i obyczaje, których nienawidził papież w r. 1790. Nie należy wszakże dziwić się zbytnio; na niektórych punktach Konkordat różni się znacznie od Konstytucji cywilnej. I punkty te nie są wszystkie bez znaczenia. Różni się przedewszystkim bardzo znamiennym wstępem, w którym czytamy: „Rząd Rzeczypospolitej uznaje, że religja katolicka, apostolska i rzymska jest religją znacznej większości obywateli francuskich“. Prawodawca stwierdza fakt, z którego nie wyciąga żadnego wniosku. Zadajemy sobie pytanie, po co to powiedział? Uczynił to, aby nic nie powiedzieć i zadowolić papieża. Uczynił to, aby zachować wolność sumienia i oszczędzić drażliwość Stolicy Apostolskiej. I oświadczenie to miało swą wartość dla kościoła rzymskiego, pozwoliło bowiem Ludwikowi XVIII w r. 1814 w karcie wolności, oktrojowanej ludowi, ogłosić wiarę katolicką za religję narodu francuskiego, co sprowadzało do zera prawa dwuch innych religji uznanych i przywracało w kraju jedność wyznania. Konkordat różni się jeszcze od Konstytucji cywilnej na pewnym punkcie, który posiada interes bardziej trwały i praktyczny.
Członkowie Konstytuanty, śród których byli też Janseniści, mieli nadzieję na przywrócenie obyczajów kościoła pierwotnego. Uważali za wzorowe kościoły z wyboru w Utrechcie, Deventerze i Haarlemie. Postanowili, że biskupi będą wybierani przez wiernych, i nie ścierpieli, aby wybory te były poddane aprobacie biskupa rzymskiego. Starczyło im, aby był o nich z szacunkiem zawiadamiany. Pierwszy konsul w sprawie tej postanowił zupełnie inaczej. Jeśli on również odmówił papieżowi prawa mianowania biskupów, to dlatego, że chciał, aby mianowanie to należało nie do ludu, lecz do niego samego. Na zasadzie Konkordatu, księża byli mianowani przez biskupów, biskupi zaś przez żołnierza. Lecz do papieża powracało prawo instytucji kanonicznej. Konkordat przywracał w ten sposób Stolicy Apostolskiej przywilej, który odebrało mu Zgromadzenie Ustawodawcze. Bonaparte liczył, że zobowiąże papieża do nadawania instytucji kanonicznej wszystkim biskupom, mianowanym przez siebie. I na początek zobowiązał Piusa VII do nadania jej dziesięciu biskupom konstytucyjnym czyli intruzom, schizmatykom, wyklętym, i do odebrania jej czterdziestu innym, którzy odmówili złożenia przysięgi, posłuszni Stolicy Apostolskiej. Papież połknął tę pigułkę. Mianował kozły, dożył z urzędu jagnięta. I wyrzekając się sprawiedliwości, a popełniając natomiast niesprawiedliwość, stał się nanowo głową duchową kościoła francuskiego. Uzyskał nie tylko to, że prawa jego do nadania instytucji kanonicznej zostały wpisane do zbioru praw państwa francuskiego, lecz stwierdzał jeszcze przez precedens pamiętny, że może nadawać lub odmawiać instytucji biskupom bez wskazywania żadnego powodu, albowiem pierwszy czyn jego polegał na nadaniu inwestytury intruzom i odebraniu jej pasterzom wiernym, wyznawcom, męczennikom z r. 93, a państwo świeckie nie pytało się o powody[2].
Cóż czyni odtąd minister wyznań państwa francuskiego, mianując biskupa, jeśli nie ugniata glinę biskupią, jeśli nie dostarcza materjału plastycznego dla stworzenia biskupa? Jedynie tylko tchnienie Ojca Św. może ożywić tę glinę, wlać w nią duszę kapłańską. Minister wyznań wie o tym. To też jest niespokojny, gdy widzi, jak twór jego pozostaje bez ruchu, jako forma bez ducha w oczekiwaniu tchnienia życia. Prawdą jest, że podobnież dzido się za ustroju dawnego, i te papież odmawiał niekiedy mianowania biskupom królewskim. Lecz król uważał to za nadużycie nieznośne. Konstytucja cywilna kleru zaradziła tej trudności.
Pius III odniósł przeto wielkie korzyści, i jeśli wzamian dał więcej, niż byłby powinien, mógł powoływać się na to, że ustąpił przed siłę i uczynił dla dobra kościoła ustępstwa, które zawsze dają się cofnąć. Konkordat został ogłoszony, jako prawo Rzeczypospolitej d. 18 Germinala r. X-go. Prawo to zawierało poza Konkordatem właściwym jeszcze Artykuły Organiczne obrządku katolickiego. Dodano również Artykuły Organiczne obrządków protestanckich, aby wbrew przedmowie, która uznawała katolicyzm, jako religję znacznej większości Francuzów, jasnym było, że wolność sumienia zachowuje swą siłę w Rzeczypospolitej.
Lamartine powiedział pewnego dnia w Izbie Deputowanych, że Konkordat jest dziełem wstecznym i błędem politycznym. Mówił szlachetnie. Konkordat, pozbawiony przepychu rzymskiego i majestatu konsularnego, nie jest niczym innym, jeno farsą włoską, odegraną przez kadeta z Ajaccio i księdza rzymskiego. Bonaparte sam czuł konieczność tej sztuki. Gdy przyjął kardynała Caprarę na zgromadzeniu uroczystym, i gdy egzemplarz autentyczny konwencji został wreszcie podpisany, widziano, jak śmiał się do rozpuku i krzywił się pociesznie. Ale samego sedna komedji nie dostrzegł. Myślał, że udało mu się nabrać starego lisa, a tymczasem sam wpadł w pułapkę.
Konsul nieostrożny sądził, że odbudowuje na swoją korzyść kościół gallikański, a tymczasem urządzał we Francyi prowincję kościoła rzymskiego. Uczynił kler bezsilnym, aby mu stawiać opór, i bezsilnym również, by oprzeć się papieżowi. Uczynił go nędznym i lokajskim, poddanym władzy dwuch panów i zmuszonym bezustannie do zdradzania jednego, by zadowolić drugiego. Organizował kler, który, odśpiewawszy Te Deum po wszystkich jego zwycięstwach, odwróci się od niego w dni smutku, weżmie kokardę białą w r. 1814, i podniesie przeciwko niemu Wandeję w r. 1815.
Ten człowiek przenikliwy zauważył wkrótce, że został oszukany. Nie przestawał mówić księdzu de Pratt, swemu jałmużnikowi: „Największym błędem mego panowania było zawarcie Konkordatu“.
I jeszcze pochlebiał sobie, mówiąc, że zawarł Konkordat. Jeśli istotnie konwencja tego rodzaju polega na porozumieniu i zgodzie obudwu stron, to prawo z 18 Gorminala r. X-go nie jest Konkordatem[3]. Zawiera ono, to prawda, siedemnaście artykułów konwencji, zawartej przez rząd francuski i papieża d. 26 Messidora r. IX. Lecz zawiera również siedemdziesiąt sześć artykułów organicznych obrządku katolickiego. Ciekawym jest wiedzieć, czy papież znał te artykuły. Można o tym wątpić. W każdym razie nie uznał ich. Następcy jego nie uznali ich również. Od Piusa VII do Piusa X, wszyscy papieże protestowali przeciwko Artykułom Organicżnym.
W nocie, przesłanej d. 26 lipca 1904 r. pełnomocnikowi francuskiemu, kardynał Merry del Val słusznie zauważył, że Stolica Apostolska „nigdy nie przestała protestować przeciw Artykułom Organicznym“, i przypomniał, że stanowią one akt jednostronny rządu francuskiego, akt zupełnie odzielny od Konkordatu.
Nie należałoby przeto mówić, że prawo z d. 18 Germinala r. X stanowi Konkordat. Należałoby tylko mówić, że z 93 artykułów tego prawa, dotyczącego wyznania katolickiego, 17-cie stanowią początek konkordatu.
Nie można czytać tych Artykułów Organicznych bez żywego zdziwienia; jest to dziwna mieszanina prawa cywilnego i prawa kanonicznego. Wyżej, pragnąc wykazać duch Konkordatu, zmuszony byłem przytoczyć nie artykuł samego Konkordatu, lecz jeden z Organicznych — 24-ty, który zawiera doktrynę całkowitą kościoła gallikańskiego od św. Bernarda do Bossueta. I artykułu tego, który wypowiada się o autorytecie soborów i prawach biskupa rzymskiego w rzeczach wiary, Pius VII nie aprobował, Pius VII nawet go nie widział! Artykuły Organiczne składają się przeważnie z przepisów policyjnych i teologicznych. Jest to worek, do którego Bonaparte powpychał ze śmiechem wszystko, co chciał ukryć przed papieżem.
Rzecz ciekawa: przepisy, zawarte w Konwencji z d. 26 Messidora r. IX-ego, zatwierdzone przez papieża, znajdują sankcję w Artykułach Organicznych z dnia 18 terminala r. X-ego, których papież nie zaaprobował. Skutkiem takiego układu prawnego było, że rząd francuski nie mógł nigdy posiłkować się żadną z tych sankcji prawnych, nie budząc protestu ze strony kurji rzymskiej. I jeśli państwo obowiązane jest stosować Artykuły Organiczne, albowiem jest to jego prawo, kościół zmuszony jest protestować przeciwko takiemu stosowaniu, stale bowiem odrzucał jego zasadę. Takim jest układ zgody zawarty roku 1801.[4]
Bonaparte nie potrzebował, trzeba to przyznać, tekstów zatwierdzonych przez papieża, ażeby utrzymać w ryzie kler. Mógł dowolnie więzić i wysyłać na wygnanie księży, porywać papieża, brać Rzym. Lecz niedość myślał o tym, że środki takie niezawsze będą w użycia, i postawił wielkie trudności swym następcom.
Artykuł 90-ty tych dziwnych Organicznych powiada, że „każdy duchowny, opłacany przez państwo, będzie pozbawiony pensji, gdy odmówi bez powodu uzasadnionego wykonywania funkcji, które mu mogą być powierzone“. Artykuł szósty powiada, że „można będzie odwoływać się do rady państwa we wszelkich wypadkach nadużycia ze strony zwierzchników i innych osób duchownych“.
Pod tym względem Konkordat (jeśli zachowamy tę śmieszną nazwę) nie czerpie natchnienia z obyczajów Rewolucji, lecz z instytucji porządku dawnego: ma pretensje do powierzania Radzie Państwa praw, przynależnych parlamentom, których kompetencja rozszerzała się na dziedzinę spraw kościelnych. Czyż Bonaparte sądził, aby biskup mógł kiedykolwiek uznać autorytet Rady Państwa i przyjąć w pokorze naganę ze strony zgromadzenia osób świeckich? A co dotyczy zawieszenia wypłaty pensji, czyż nie przewidywał, że hojność wiernych wynagrodzi je dziesięciokrotnie?
Konkordat w żadnej mierze nie mógłby obowiązywać papieża. Mógłby przynajmniej być prawem francuskim. Miałby w istocie sens, gdybyśmy posiadali kościół gallikański, Radę Państwa gallikańską, rząd gallikański. Lecz nie mamy nic podobnego. I zatraciło się nawet znaczenie tych rzeczy. Wątpię, aby uwagi, które na ten temat czynię, zostały przez kogokolwiek dobrze zrozumiane, o ile ten ktoś nie jest przypadkiem uczonym księdzem, lub jakimś starym sądownikiem.
Ach, gdyby, jak miał nadzieję lekkomyślny konsul, kościół gallikański był odbudowany, miecz Konkordatu byłby dziś zwrócony ostrzem przeciw Rzymowi, Sobór Narodowy byłby już ze dwadzieścia razy od lat 40-u potępił papieża samozwańczego, papieża, winnego wprowadzenia nowych dogmatów i ogłoszenia własnej swej nieomylności, wbrew kanonom kościoła.
Bonaparte i jego poważni współpracownicy pomylili się do tego stopnia, że nie można już odkryć ich właściwych zamiarów. Stworzyć kościół gallikański w r. 1801! Ależ ten jenerał śnił! Gdy kościół tworzył pewien stan w państwie, gdy posiadał trzecią część ziemi i cztery miljardy majątku, gdy rządził ramieniem świeckim, miał dość środków, by być gallikańskim. Zdarzało się co prawda i wtedy nieraz, że bractwo Jezusowe kładło go do swej kieszeni. W każdym razie wszakże był to kościół francuski. Lecz kler bez pieniędzy i bez ziemi będzie zawsze tylko tłumem bałwochwalców rzymskich lub nędzarzy schizmatyków.
Wolny i oddzielony od państwa kler francuski szedł ku schizmie. Konkordat uczynił go bałwochwalczym.


Przypisy

  1. O Konstytucji cywilnej kleru ob. śliczną i głęboką, pełną wielkiego rozumienia historii książkę: Edme Champion La séparation de l'Eglise et de l'Etat en 1794. Wstęp do Histoire réligieuse de la Révolution Française. 1903. (Rozdział kościoła i państwa roku 1794. Wstęp do Historji religijnej Rewolucji francuskiej).
  2. Konsekwencje te zostały wyłożone z siłą i jasnością przez A. Débidour’a w doskonałej książce, która przyniosła mi dużo pożytku: Histoire des rapports de l'Eglise et de l'Etat en France de 1789 a 1870 par A. Débidour. 1898.
  3. Convention — jest to tytuł, nadany temu aktowi w chwili, gdy go zawierano. Bulla, confirmationis, conventionis i t. d. później umyślono nadać temu aktowi bardzo niewłaściwie nazwę Konkordatu“. Tak mówi pewien duchowny Nowego Kościoła. (De la nouvelle Eglise de France). Paryż, r. 1816, str. 6, przyp.
  4. Historyk Aulard dowiódł w artykule drukowanym w Aurore dnia 16 sierpnia roku 1904, że projekt Artykułów Organicznych zakomunikowany został kardynałowi-postowi Caprarze przez samego Bonapartego, który pozwolił Caprarze brać udział w poprawkach; lecz ten ostatni przesiał papieżowi jodynie niezupełne i nieścisłe streszczenie tych artykułów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jacques Anatole Thibault i tłumacza: Aleksander Sulkiewicz.