Kościół Święto-Michalski w Wilnie/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Kędy zajrzysz, rudera, pustki i zniszczenie.

Dziady.

Nazajutrz, to jest siódmego października, ulice były puste, piechota nawet nie chodziła już tak zgwarnie, bo wojewoda osądził, że po dwóch bezskutecznych pokuszeniach nie nastąpi trzecie, i nie tak ostre wydał już rozkazy. Sklepy były zamknięte, posępna cisza panowała wszędzie, kilka tylko dzwonów napróżno wzywało prawowiernych do kościołów, bo nikt się nie pokazał, chyba piechur, lub baba z cebrem po wodę, albo z garnkiem do sąsiadki.
Nazajutrz lud ośmielony nieco, a raczej znaglony potrzebą, zaczął się krzątać. Śmielsi kupcowie otwarli kramy, ale kupujących nie było. Podróżnych tylko kilku Węgrów, Ormian, Greków, Niemców i Rosyan snuło się po ulicach, a tych szanowała piechota, wedle wyraźnych rozkazów pana wojewody. Mnóstwo Żydów także, którym chęć zysku strach i bojaźń przemogła, latało, oglądając się wkoło, trzymając się murów, żeby w razie przypadku schronić się do bramy.


— Czy słychana! — wołał biegnąc ulicą jeden ze studentów do drugiego, który go poprzedzał — słyszałeś??

— Co?
— Boże mój! jak żyję, podobnej nie widziałem szkarady... zdaje mi się, że go jeszcze mam przed memi oczyma...
— Kogo?
— Ach słuchaj!... uciekajmy!... piechota idzie! piechota! piechota!! — to mówiąc, skrył się, co sił biegnąc na dziedziniec ŚwiętoJańskiego kolegium, za nim pobiegł drugi i oba przyczaiwszy się stanęli koło bramy, póki groźny oddział piechoty nie minął ich zupełnie. Wówczas pierwszy z nich, drżąc jeszcze cały z przestrachu, obejrzał się ostrożnie wkoło, pociągnął za połę drugiego i, westchnąwszy, płaczliwie się odezwał:
— Biedny Jaś!...
— Jaki Jaś?
— Nasz! nasz Jaś! cośmy go tak kochali! taki był dobry chłopiec!
— I cóż się z nim stało?
— Biedny! właśnie mu pani matka przysłała była antypastów różnych i przysmaczków. Na rogatkach strażnicy połowę rozerwali... nawet list pani matki rozpieczętowawszy, przeczytali i resztę odesłali mu przez knechta od bram miasta. Biedny Jaś rozgniewał się, że mu wszystkiego nie odesłano w całości, wyłajał knechta. Knecht uciekł, wrócił z kilką żołdakami... biedny Jaś właśnie szedł do księży Jezuitów i zbliżał się do bramy mieszkania.
— Tam! niedaleko zboru!...
— Właśnie!...
— I cóż?
— Zabity!...
— Czy to być może! zabity!...
— Przecież sam patrzałem na to! Biedny Jaś!... jak zaczęli go rąbać po łbie, tak i na śmierć zasiekli! Mnie, sam nie wiedziałem, co się działo, kiedym patrzał na to; łzy płynęły, chciałem krzyczeć, wołać ratunku, bojaźń usta skleiła!... co to będzie z nami! gdzie my się od nich schowamy!...
— Czy nie wiesz? i nasz Sapieha miał przypadek... strzelili do niego knechci na ulicy, o trzydzieści kroków, ale chybili, on upadł, udał zabitego i tak mu uszło!..
— Ach! co też oni dokazują! Wszakże to niema dni kilku, jak tego samego Sapiehę napadli w mieszkaniu i niemiłosiernie zbili, oplwali, zelżyli i ledwie żywcem puścili!... w jegoż to własnej było gospodzie!... ach! gdzież teraz znaleźć spokojność!... — dodał, zakrywając sobie twarz rękoma, student przelękły.
— O! ja żebym był królem... wygnałbym ich z kraju!...
— A! a kiedy król przysiągł im opiekę!..
— A oni czy przysięgli, że jej będą warci?
— Prawda! ale cóż poradzisz! Już ja pisałem do rodzica mego, żeby mnie z tego Wilna wyrwał, wolę ja być w Połocku, tam słyszę spokojnie! a tu!... tu i nocy nie zaśniesz! akademii... szczęściem, że byłem w środku, bo mnie ten Jaś z rozbitą i skrwawioną głową ciągle stoi na myśli. Nie tak było dawniej! kiedym w Lidzie siedział z panią matką... tam, jak na wsi, cicho, kiedy nie było sejmików!.. Bawiłem się sobie, zbierałem kamuszki koło zamku królowej Bony, nad stawem!...
— Wczoraj szliśmy w kilkudziesięciu razem, bo tych, co się zostali na końcu, porąbali i czapki im pozdzierali!
— Tak! a tenże biedny Teofilek, którego rozsiekli niedawno, że był słaby i za drugimi do akademii idącymi nie nadążył!...
— Co już nam się dziwować, kiedy oni na panów profesorów żadnego nie mają względu; oniegdaj podle Dominikanów o mało jednego knecht szpadą nie przebił, teraz jeszcze choruje ze strachu!...
— O! a koło zboru idź broń Boże, to tak jak ksiądz Niedzielski, posłyszysz kamienie koło uszu!...
— Niema godziny, żeby się gdzie strzelanie w mieście nie odezwało!... Musiałeś widywać Tertuliana, posługacza z zakrystyi Farnej.
— Alboż co?
— I on zginął tymi dniami nieborak, szedł niedaleko zboru, wieczorkiem do domu, strzelono doń dwiema kulami i poległ... ach! jak go żałowali księża Jezuici, bo bardzo pięknie śpiewał, aż się okna trzęsły... Bywało tak, jak przytuli rękę do gęby, jak beknie... to aż wszyscy uszy zatykają!...
— O! pamiętam! żeby w kotły bili, byle on rękę do gęby przyłożył, wszystko zagłuszy!
Był Tercyarzem, chowali go bardzo wspaniale, a w oracyi pogrzebowej dobrze kalwinom przyciął ksiądz kaznodzieja!
— Tak! a żaden z nich tego nie słyszał! i gdyby nawet słyszeli, drwiliby z tego; oni za wojewodą siedzą, jak u Pana Boga za piecem.


Takiemi to i tym podobnemi bezprawiami ukończyły się zamieszania, które na długo rozjątrzyły wzajemną katolików i kalwinów nienawiść. Z obu stron porobiono kroki; panny Bernardynki od świętego Michała podały ósmego października b. r. do grodu protestasyę przeciw strzelaniu do swego kościoła i wszystkim krzywdom, jakich w ciągu tego czasu od zborowych doświadczyły, zamierzając sobie skarżyć się samemu nawet królowi i szukać sprawiedliwości. Skarżyli się także i wielkimi głosami o sąd wołali księża Bernardyni i inne klasztory, które dnia czwartego października srodze na kościelnych, mianowicie skarbach zniszczono. Toż kupiec Desaus skarżył się o złupienie kramu i zabranie w nim schowanych pieniędzy. Podali też zaskarżenie ze swojej strony i zborowi, jako bez przyczyny zbór ich zniszczono, rektora topić chciano, i t. d. i t. d. Zabierali się także żalić Jezuici z akademikami, częścią na niesprawiedliwe posądzenia i napaści, częścią na nieznośne krzywdy, przez piechotę im wyrządzane.
Wieści o tych rozruchach doszły już były do króla, który obiecywał na sąd dla wszystkich zesłać komisarzy, co się też i stało w początku następnego, 1640 roku. Tymczasem ksiądz biskup Abraham Wojna, jako kanclerz akademii i zwierzchnik jednej części miasta, pod jego juryzdykcyą zostającej, odbywał w kościele świętego Stanisława, w kaplicy biskupa Wołłowicza zwanej, indagacye względem niektórych bezprawi, które jego podwładnym przypisywano. Wszyscy mocno żądali przybycia samego króla, ale Władysław IV-ty rozmyślał właśnie wówczas nad mającym się ustanowić orderem Niepokalanego Poczęcia Panny Maryi, i czy to z tej przyczyny, czy to dla nadwątlonego rozpustą zdrowia nie ruszył się ze stolicy.
Sapiehowie, jako fundatorowie i opiekunowie klasztoru panien Bernardynek Św.-Michalskich, mocno ich sprawę popierali, ale z żalem wyznać musimy, że dobre ich chęci i starania nic prawie nie zrobiły.
Z osób, któreśmy tu poznali, mało na przyszłość położenie swoje odmieniło.
Ksiądz rektor zborowy żył dość długo i ciągle z wielkiem zadowoleniem kalwinów zborem rządził. Uważano tylko, że pod starość znudniał, chodził często nad Wilię i dumał nad jej brzegami. Przypisywano to myślom o śmierci, której raz w tych miejscach z pomocą Bożą uniknął.
Ksiądz Jurski, zawsze wesół, prześladował księdza Balcera, który do śmierci pisał rozprawę, czy też traktat o bullach taksatorskich Jana XXII i Leona X.
Pani Naborowska, pieszcząc kochanego Wacławka, doczekała się tego, że raz pijany, z karczmy wracając do domu, zmarzł drogi gagatek na drodze.
Justyna Desaus została wdową, powiadają, iż w tym błogosławionym stanie dokonała życia, nie dając się nigdy ściskać nikomu.
Zaranek, długo przesiedziawszy w więzieniu, na wygnanie wreszcie skazany, zniknął zupełnie; co się z jego towarzyszami stało, nie wiadomo.
Panny od świętego Michała, raz tylko jeszcze powoływane ze spokojnego swego zacisza przed komisarzy królewskich (1640), dokonały potem spokojnie życia, opowiadając do śmierci, jaki to był strach dnia czwartego października tysiąc sześćset trzydziestego dziewiątego roku, kiedy kalwini strzelali do Święto-Michalskiego kościoła.

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.