Klub Pickwicka/Rozdział trzynasty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział trzynasty.
Wiadomości o Eatanswillu, o stronnictwach rozdzielających je, tudzież o wyborze członka do parlamentu przez ten gród starożytny, lojalny i patrjotyczny.

Szczerze wyznajemy, że aż do chwili, w której zagłębiliśmy się w ogromne stosy papierów Klubu Pickwicka, nigdyśmy nie słyszeli o Eatanswillu. Przyznajemy się również z taką samą szczerością, że napróżno szukaliśmy dowodów rzeczywistego istnienia takiej miejscowości. Wiedząc, jak głęboką wiarę pokładać należy we wszystkich notatach pana Pickwicka i nie ważąc się przeciwstawiać naszych myśli twierdzeniom tego wielkiego człowieka, zasięgaliśmy co do tego przedmiotu zdania wszystkich autorytetów, do jakich tylko można było się odwołać. Zbadaliśmy wszystkie nazwy w wykazie miast mających prawo wybierania do parlamentu, ale Eatanswillu nie znaleźliśmy: najstaranniej przejrzeliśmy wszystkie mapy hrabstw, wydane przez znakomitych naszych wydawców, i rezultat naszych poszukiwań był ten sam.
Zniewoleni przeto jesteśmy do przypuszczenia, że w żywej trosce, by nie ubliżyć nikomu, i przez poczucie delikatności, którą był obdarzony w wysokim stopniu, pan Pickwick z rozmysłem nadał fikcyjną nazwę, zamiast rzeczywistej tej miejscowości, w której robił swe spostrzeżenia.
Utwierdza nas w tem mniemaniu okoliczność, mogąca sama w sobie wydawać się błahą i nic nie znaczącą, ale która, rozważana z naszego punktu widzenia godna jest zanotowania... W notatach pana Pickwicka zostało zapisane, że miejsce dla niego i jego uczniów zamówione było w dyliżansie udającym się do Norwich, ale wyraz ten został natychmiast wykreślony, prawdopodobnie, by nie dać wskazówki, w jakiej stronie znajduje się miasto, o którem mowa. Nie odważymy się więc robić wniosków co do tego i będziemy dalej prowadzić naszą historję bez przerwy, ograniczając się do bogatych materiałów, ukazujących dowodnie charakter tych wydarzeń.
Zdaje się, że mieszkańcy Eatanswillu, jak i wielu innych małych miejscowości, poczytywali siebie za niezmiernie ważnych dla państwa, a każde indywiduum, w uznaniu wagi przywiązanej do dawanego przez siebie przykładu, czuło się obowiązane do należenia duszą i ciałem do jednego z dwóch stronnictw, dzielących gród, to jest do błękitnych lub żółtych. Owóż błękitni nie zaniedbywali żadnej sposobności by przeciwstawić się żółtym; żółci zaś ze swej strony nie zaniedbywali żadnej sposobności, by przeciwstawić się błękitnym, tak, że gdy żółci i błękitni stawali oko w oko na jakiemkolwiek publicznem zgromadzeniu, w ratuszu, na rynku, czy na targowicy, natychmiast powstawały kłótnie i wzajemne łajania. Zbytecznem jest dodawać, że w Eatanswillu wszystko stawało się sprawą stronnictw. Gdy żółci doradzali zaopatrzyć targowice w nowe latarnie, błękitni zwoływali zgromadzenia publiczne, na których piętnowali ten szalony pomysł. Gdy błękitni proponowali zbudowanie nowej studni przy głównej ulicy, żółci powstawali jak jeden człowiek przeciwko takiej niegodziwej myśli. Były sklepy błękitne i sklepy żółte, oberże błękitne i oberże żółte, w samym kościele jedna strona była błękitna, druga żółta.
Każde z tych potężnych stronnictw, rzecz oczywista, miało swój organ; i dlatego dwa dzienniki wychodziły w mieście: „Gazeta Eatanswillska“ i „Eatanswillska Niepodległość“. Pierwsza popierała zasady błękitne, druga stała na gruncie stanowczo żółtym. Obiedwie gazety były znakomite. Co za piękne artykuły polityczne! Jaka dowcipna i śmiała polemika! „Gazeta, nasza nikczemna antagonistka...“, „Niepodległość, ten dziennik niesmaczny i godny pogardy...“, „Gazeta, to pismo kłamliwe i brudne...“, „Niepodległość, skandaliczna i potworna...“; takiego to rodzaju zajmujące rekryminacje tuzinami zapełniały kolumny każdego numeru, budząc w miejscowych mieszkańcach najgorętsze uczucia zadowolenia lub oburzenia.
Pan Pickwick, ze zwykłą swą przezornością i bystrością umysłu, wybrał dla zwiedzenia grodu tego epokę wyjątkową... Nigdy jeszcze nie było tak zaciętej walki. Szanowny Samuel Slumkey, ze Slumkey-Hall był kandydatem błękitnym; Horacyusz Fizkin. esq. z Fizkin-Loge, pod Eatanswillem, ustępując naleganiom przyjaciół, przyzwolił podać siebie za kandydata popierającego interesy żółtych. „Gazeta“ oznajmiła wyborcom eatanswillskim, że oczy nietylko Anglji, ale całego cywilizowanego świata na nich są zwrócone. „Niepodległość“ zaś zapytywała tonem stanowczym, czy wyborcy eatanswillscy zasługują jeszcze na nazwę wielkich obywateli, czy też stali się niewolniczemi narzędziami despotyzmu, niezasługującemi na miano Anglików i na dobrodziejstwa wolności. Nigdy jeszcze tak wielkie wzburzenie nie wstrząsnęło miastem.
Już był wieczór, gdy pan Pickwick i jego towarzysze wraz z Samuelem Wellerem wysiedli z dyliżansu w Eatanswill. Wielkie błękitne chorągwie powiewały w oknach oberży pod „Miejskim herbem“, a napisy, wystawione w oknach, oznajmiały olbrzymiemi literami, że tam zasiadał komitet szanownego Samuela Slumkey. Grupa gawronów, zgromadzonych przed drzwiami oberży, przypatrywała się zachrypłemu człowiekowi, stojącemu na balkonie i zdającemu się przemawiać na korzyść pana Samuela Slumkey z takim zapałem, iż poczerwieniała mu cała twarz. Ale siła i piękno jego argumentów cierpiały nieco wskutek tego, że na rogu ulicy nieustannie huczał odgłos czterech ogromnych bębnów, ustawionych przez komitet pana Fizkina. Obok mówcy stał mały, zakłopotany człowieczek, który od czasu do czasu zdejmował kapelusz i dawał znak zgromadzonym, by klaskali. Wtedy zgromadzeni klaskali z wielką regularnością i entuzjazmem; a ponieważ zachrypły człowiek mówił ciągle, chociaż twarz czerwieniała mu coraz bardziej, można więc było mniemać, że cel jego został osiągnięty, tak samo, jakgdyby słyszano to, co mówił.
Zaledwie pickwickiści wysiedli z pojazdu, zostali natychmiast otoczeni przez grupę „prawych i niezależnych“, którzy bezzwłocznie wydali trzykrotny ogłuszający okrzyk. Okrzyk ten powtórzony przez resztę zgromadzenia (bo tłum nie ma bynajmniej potrzeby wiedzieć, dlaczego krzyczy), zmieniły się w ryk triumfu, tak przeraźliwy, że człowiek z poczerwieniałą twarzą, stojący na balkonie, nagle urwał mowę.
„Hurra!“ wrzasnął tłum na zakończenie.
„Jeszcze jeden okrzyk!“ zawołał z balkonu mały, zakłopotany człowieczek.
I tłum znów ryknął, jakby miał gardło z lanego żelaza, a płuca z hartowanej stali.
„Niech żyje Slumkey!“ wrzasnęła tłuszcza.
„Niech żyje Slumkey!“ powtórzył pan Pickwick, zdejmując kapelusz.
„Precz z Fizkinem!“ wrzasnął tłum.
„Tak, rozumie się“, zawołał pan Pickwick.
„Hurra!“
I znów rozległ się ryk, taki sam, jak we wszystkich menażeriach, gdy nadchodzi pora żywienia zwierząt.
„Co to za Slumkey?“ zapytał cicho pan Tupman.
„Nie wiem“, odparł tym samym tonem pan Pickwick. „Cicho! Nie zadawajcie żadnych pytań. W takich razach należy robić to, co wszyscy“.
„Ale, przypuśćmy, że są dwa stronnictwa“, zauważył pan Snodgrass.
„Krzyczcie z silniejszymi“, odrzekł pan Pickwick.
Całe tomy nie zdołałyby więcej powiedzieć. — Weszli do oberży: tłum, wydając nagle hałaśliwe okrzyki, rozsunął się na prawo i nalewo, by ich przepuścić. Przedewszystkiem należało zapewnić sobie pomieszczenie na noc.
„Czy możemy tu dostać łóżka?“ zapytał pan Pickwick garsona.
„Nie wiem, panie. Obawiam się, że wszystkie są zajęte. Zresztą pójdę, dowiem się“.
Odszedł, ale powrócił niebawem i zapytał czy gentlemani są błękitni.
Ponieważ dla pana Pickwicka i jego towarzyszy obojętną była sprawa kandydatów, więc rozstrzygnięcie tego stawało się trudne. W tym dylemacie przyszedł panu Pickwickowi na myśl nowy jego przyjaciel, pan Perker.
„Czy znasz gentlemana, nazwiskiem Perker?“
„Znam, panie; jest to ajent szanownego pana Samuela Slumkey“.
„On jest błękitny, jak sądzę“.
„O tak panie“.
„Więc i my jesteśmy błękitni“, rzekł pan Pickwick; ale zauważywszy, że garson z pewnem powątpieniem przyjął to odręczne wyznanie wiary politycznej, dał mu więc swój bilet wizytowy i polecił, by go natychmiast wręczył panu Perkerowi, jeżeli ten jest w domu. Garson znikł, lecz wkrótce ukazał się znowu, poprosił pana Pickwicka, by poszedł za nim, i wprowadził go do wielkiej sali, w której pan Perker siedział przy długim stole za stosem ksiąg i papierów.
„Ha! Ha! Ha! Kochany panie!“ zawołał mały człowieczek, wstając na przyjęcie pana Pickwicka. „Bardzo jestem szczęśliwy, że pana widzę... Siadaj pan, proszę... Więc doprowadził pan do skutku swój projekt? Przyjechał pan, by być obecnym przy wyborach, czy tak?“
Pan Pickwick odpowiedział twierdząco.
„Są to wybory bardzo trudne, kochany panie“.
„To mnie cieszy“, odrzekł pan Pickwick, zacierając ręce. „Lubię patrzeć na zapał patriotyczny, mniejsza o to, po czyjej stronie; więc to są wybory trudne?“
„O, nadzwyczaj trudne. Zamówiliśmy wszystkie miejsca w oberżach i przeciwnikom naszym pozostawiliśmy tylko piwiarnie... To mistrzowska sztuka, kochany panie. Co pan powie na to?“
Mówiąc to, mały człowieczek uśmiechnął się uprzejmie, wsuwając sobie w nozdrza ogromną szczyptę tabaki.
„A jaki jest prawdopodobny rezultat wyborów?“
„Wątpliwy, kochany panie, dotąd wątpliwy. Ludzie Fizkina mają trzydziestu trzech głosujących w wozowniach „Białego jelenia“.
„W wozowniach!“ zawołał pan Pickwick, niezmiernie zdziwiony tym zamachem stanu.
„Trzymają ich tam w zamknięciu, dopóki nie będą potrzebni, ażeby, jak pan może domyśleć się, nie dopuścić nas do nich. Ale choćbyśmy mieli możność rozmówienia się z nimi, nie na wieleby się to nam przydało, gdyż utrzymują ich ciągle w stanie podbitym. Ol Ajent Fizkina to zręczny człowiek! Bardzo zręczny!“
Pan Pickwick zrobił wielkie oczy, ale nic nie odpowiedział.
„Pomimo to“, mówił dalej pan Perker, zniżając głos, „pomimo to nie tracimy nadziei. Wczoraj wieczorem dawaliśmy tu herbatę. Czterdzieści pięć kobiet, kochany panie; gdy odchodziły, ofiarowaliśmy każdej po zielonej parasolce“.
„Parasolce!“ zawołał pan Pickwick.
„Tak, tak, kochany panie; czterdzieści pięć zielonych parasolek, po siedm szylingów i sześć pensów sztuka. Wszystkie kobiety są zalotne; parasolki te sprawiły efekt nie do uwierzenia; zapewniliśmy sobie wszystkich mężów i połowę braci. To mój pomysł, kochany panie, tylko mój. Grad, deszcz czy pogoda, nie zrobisz pan piętnastu kroków w mieście, by nie spotkać pół tuzina zielonych parasolek“.
Tu mały adwokat wpadł w wielki paroksyzm wesołości, przerwanej dopiero ukazaniem się na scenie trzeciej osoby.
Był to człowiek długi i chudy. Włosy jego, ognistorudawej barwy zdawały się skłaniać ku siwiźnie; na twarzy malowała się uroczysta powaga i niezmierzona głębia myśli. Ubrany był w długi ciemny surdut i w czarne sukienne spodnie. Podwójna lornetka kołysała mu się na piersiach; na głowie miał nadzwyczaj niski kapelusz z nadzwyczaj szerokiem rondem. Nowoprzybyły przedstawiony został Panu Pickwickowi jako pan Pott, redaktor „Gazety eatanswillskiej“.
Po kilku wstępnych uwagach, pan Pott zwrócił się do pana Pickwicka i rzekł z uroczysta miną:
„Czy wybory te wzbudzają wielkie zajęcie w stolicy?“
„Tak sądzę“, odrzekł pan Pickwick.
„Do zajęcia tego, pochlebiam sobie“, mówił dalej pan Pott, spoglądając na pana Perkera w taki sposób, jakby żądał potwierdzenia swych słów, „do zajęcia tego, jak mogę sobie pochlebiać, i ja przyczyniłem się moim artykułem w ostatnią sobotę“.
„Nie ulega wątpliwości“, zapewniał mały człowieczek.
„Prasa, panie“, mówił dalej pan Pott, „to potężne narzędzie“.
Pan Pickwick najzupełniej zgodził się na to zapatrywanie.
„Ale pochlebiam sobie, panie, żem nigdy nie nadużył ogromnej władzy, jaką posiadam. Pochlebiam sobie, że szlachetnego narzędzia, które mi Opatrzność do rąk dała, nigdy nie nadużyłem przeciw nietykalnej świętości prywatnego życia, przeciw osobistej reputacji, jak kwiatek delikatnej i kruchej. Pochlebiam sobie, panie, że poświęciłem całą swoją energię... poświęciłem... usiłowaniom.... słabym może, tak jest, przyznaję, usiłowaniom słabym, by zaszczepiać zasady, które... których... dla których...“
Zdawało się, że wydawcy „Gazety eatanswillskiej“, poplątał się język; pan Pickwick przeszedł mu z pomocą, mówiąc:
„Tak, panie, niezawodnie“.
„I pozwól pan, że go zapytam, że zapytam pana, jako człowieka bezstronnego, co publiczność Londynu myśli o mojej polemice z „Niepodległością?“
Tu wmieszał się pan Perker, mówiąc z drwiącym nieco uśmiechem, który jednak nie był przypadkowy:
„Nie ulega wątpliwości, że publiczność londyńska bardzo się tem zajmuje“.
„Polemika ta“, mówił dalej dziennikarz, „będzie trwała, dopóki mi pozostanie odrobina zdrowia i sił, odrobina tego talentu, jakim obdarzyła mię natura. Tej polemice, panie, choćby jeszcze bardziej poruszała umysły i roznamiętniała ludzi tak, że byliby niezdolni do pełnienia prozaicznych obowiązków powszechnego życia, — tej polemice, panie, poświęcę całe moje istnienie, dopóki nie zmiażdżę memi nogami „Niepodległości eatanswillskiej“. Pragnę, panie, by ludność Londynu, by lud mego kraju wiedział o tem, że może liczyć na mnie, że go nie opuszczę, że postanowiłem wytrwać do końca!“
„Postępowanie pana jest bardzo wzniosie!“ zawołał pan Pickwick i gorąco uścisnął rękę szlachetnego dziennikarza.
„Widzę, panie“, odrzekł pan Pott, zadyszany od gwałtownych wynurzeń patriotycznych, „widzę, że jest pan człowiekiem dużego rozumu i talentu. Bardzo rad jestem, panie, że szczycić się mogę znajomością z takim człowiekiem, jak pan“.
„A ja, panie“, odrzekł pan Pickwick, „czuję się bardzo wzruszony tą opinją pańską; pozwól pan, że go przedstawię moim towarzyszom podróży, członkom korespondentom klubu, którego szczycę się być założycielem“.
Gdy pan Pott oświadczył, że będzie tem zachwycony, pan Pickwick poszedł po swych trzech przyjaciół i formalnie przedstawił ich redaktorowi „Gazety eatanswillskiej“.
„Teraz, mój kochany Pott“, rzekł mały pan Perker, „zachodzi pytanie, co poczniemy z naszymi, tu obecnymi przyjaciółmi?“
„Sądzę, że możemy zostać w tym domu“, rzekł pan Pickwick.
„Ani jednego wolnego łóżka, panie, ani jednego!“
„To bardzo przykre!“ zawołał pan Pickwick.
„Nadzwyczaj“, powtórzyli jego towarzysze.
„Jeśli o to chodzi“, powiedział pan Pott, „mam pewną myśl, która, jak się spodziewam, da się urzeczywistnić. Pod „Srebrnym pawiem“ są dwa łóżka, a w imieniu pani Pott śmiało powiedzieć mogę, że będzie zachwycona, gdy da u siebie gościnę panu Pickwickowi i jednemu z jego towarzyszy, jeżeli dwaj inni gentlemani i ich służący zechcą pomieścić się jak mogą pod „Srebrnym pawiem“.
Po długich naleganiach ze strony pana Potta i oświadczeniach ze strony pana Pickwicka, iż nie może robić subjekcji szanownej małżonce redaktora, uznano, że jest to jedyny sposób załatwienia sprawy, zgodzono się więc na niego. Zjadłszy wspólnie obiad pod „Miejskim herbem“ i umówiwszy się, że wszyscy przybędą tam nazajutrz rano, by przyjąć udział w pochodzie szanownego pana Samuela Slumkey, przyjaciele nasi wyruszyli: panowie Tupman i Snodgrass pod „Srebrnego pawia“, panowie Pickwick i Winkle pod gościnny dach pana Potta.
Domowe kółko pana Potta składało się z niego samego i jego zony. Wszyscy ludzie, których potężny geniusz wyniósł na wyższy szczebel w świecie, miewają jakąś słabostkę, która wydaje się jeszcze większą wskutek kontrastu, jaki tworzy z ich pozycją publiczną. Jeżeli pan Pott miał jaką słabość, to niezawodnie tę, że był zanadto uległy lekko pogardliwej woli swej małżonki. Ale nie mamy żadnego prawa rozwodzić się nad tym faktem, tembardziej, że w tym wypadku pani Pott użyła wszystkich swych czarów, przyjmując dwóch gentlemanów, przyprowadzonych przez męża.
„Moja droga“, rzekł pan Pott, „pan Pickwick, pan Pickwick z Londynu“.
Pani Pott z wdziękiem przyjęła ojcowskie uściśnienie ręki pana Pickwicka, a tymczasem pan Winkle, którego wcale nie przedstawiono, kłaniał się raz po raz w ciemnym kącie, czego nie zauważono.
„Mój kochany“, rzekła dama.
„Co, moja droga?“ zapytał redaktor.
„Przedstawże i drugiego gentlemana“.
„Po miljon razy przepraszam“, rzekł pan Pott. „Pozwól pan... pani Pott, pan...“
„Winkle“, rzekł pan Pickwick.
„Winkle“, powtórzył pan Pott i ceremonja przedstawienia została ukończona.
„Musimy bardzo przeprosić panią“, rzekł pan Pickwick, „za naruszenie porządku domowego“.
„Nie mówmy o tem“, rzekła żywo żeńska połowa pana Potta. „Zapewniam pana, że oglądanie nowych twarzy, wielką sprawia mi przyjemność, gdyż żyję tu z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, nie widząc w tem odludziu nikogo“.
„Nikogo, moja droga?!“ zawołał pan Pott z ironią.
„Nikogo, prócz ciebie“, odparła żona nieco ostro.
„W samej rzeczy, panie Pickwick“, zaczął znów redaktor, objaśniając żale swej żony, „w samej rzeczy pozbawieni jesteśmy wielu przyjemności, których w innych warunkach, moglibyśmy używać. Moje stanowisko, jako redaktora „Gazety Eatanswillskiej“, miejsce, jakie to pismo zajmuje w kraju, ciągle zagłębianie się w wir spraw politycznych...“
Pani Pott przerwała mężowi słowami:
„Mój kochany!“
„Co, moja droga?“
„Wybierz do rozmowy taki przedmiot, któryby mógł także zająć tych panów“.
„Ależ mój aniele!“ rzekł z pokorą pan Pott, „pana Pickwicka bardzo to zajmuje“.
„Szczęśliwy, jeśli może go zajmować“, odparła pani Pott znacząco; „ale mnie nudzi śmiertelnie ta wasza polityka, wasze kłótnie z „Niepodległością“ i wszystkie tym podobne głupstwa. Dziwi mnie to, Pott, że możesz wyrywać się z twemi niedorzecznościami“.
„Moja kochana“, szepnął nieszczęśliwy mąż.
„Głupstwo!... Nie mówmy o tem. Czy grasz pan w écarté, panie Winkle?“
„Radbym był bardzo nauczyć się tej gry od pani“, odpowiedział ugrzeczniony pickwickista.
„Dobrze! Przysuń pan ten stół do okna, bym już nie słyszała więcej tej polityki“.
„Joanno!“ zawołał pan Pott na służącą, która wniosła święcę, „zejdź do biura i przynieś mi rocznik gazety za rok zaprzeszły. Przeczytam panu“, mówił dalej zwracając się do pana Pickwicka, „przeczytam panu kilka artykułów wstępnych, które napisałem w owej epoce o zmowie żółtych, dążących do zamianowania nowego poborcy rogatkowego. Spodziewam się, że zajmie to pana“.
„Bardzo chętnie posłucham“, odrzekł pan Pickwick.
Życzenia jego zostały spełnione. Służąca powróciła z pękiem gazet, a redaktor, zasiadłszy koło swego gościa, rozpoczął bezzwłocznie czytanie.
Przeglądaliśmy notaty pana Pickwicka w nadziei, że znajdziemy przynajmniej streszczenie tych znakomitych utworów; ale napróżno. Mamy jednak powody przypuszczać, że siła i świeżość stylu najzupełniej go zachwyciły, gdyż pan Winkle zauważył, że mistrz jego miał oczy, jakby z nadmiaru zadowolenia, zamknięte przez cały czas czytania.
Wiadomość, że podano kolację, położyła koniec grze i prezentacji piękności „Gazety Eatanswillskiej“. Pan Winkle poczynił już znaczne postępy w łaskach pani Pott. Dama ta była teraz w cudownym humorze i nie zaniedbała powiedzieć poufnie swemu rozmówcy, że pan Pickwick był bardzo miłym staruszkiem... W tego rodzaju wyrażeniach jest pewna familjarność, na którąby sobie nigdy nie pozwolił ten, ktoby znał należycie kolosalny umysł filozofa. Jednak zachowaliśmy je tutaj, gdyż w rozczulający sposób i dowodnie przekonywują o łatwości, z jaką mistrz zjednywał sobie wszystkie serca oraz jak wielkie miał zachowanie u wszystkich klas społeczeństwa.
Była już późna noc; panowie Tupman i Snodgrass spali dawno pod skrzydłami „Srebrnego pawia“, gdy nasi dwaj znajomi udali się do swych pokojów. Sen rychło opanował ich zmysły; ale chociaż uczynił on pana Winkle nieczułym na wszystkie ziemskie przedmioty, twarz i postawa pięknej pani Pott długo jeszcze nie dawały spokoju jego rozbudzonej fantazji.
Ruch i gwar następnego poranka wystarczyły najzupełnej, by usunąć z najbardziej nawet poetycznej wyobraźni wszystkie inne myśli, prócz myśli o wyborach. Huk bębnów, glosy trąb i rogów, krzyki pospólstwa, tętent koni, rozlegały się na ulicach od świtu: od czasu do czasu utarczka między maruderami obu stronnictw rozweselała i urozmaicała przygotowania do ceremonji.
Sam ukazał się we drzwiach sypialnego pokoju pana Pickwicka właśnie w chwili, gdy ten kończył się ubierać.
„No! Cóż Samie!” rzekł filozof, „wszyscy dziś w ruchu?“
„O! Czyste wyścigi, panie. Nasi partykularzyści, którzy zgromadzili się pod „Miejskim herbem“, tyle już tam nakrzyczeli, że wszyscy pochrypli“.
„A bardzo są przywiązani do swego stronnictwa?“
„Nigdy nie widziałem podobnego przywiązania“.
„Energiczni, co?“
„Myślę, że tak. Nigdy nie widziałem, by kto pił i żarł z taką energją. Sądzę, że niejeden z nich pęknie“.
„To wynika ze źle zrozumianej wspaniałomyślności tutejszych obywateli“.
„Bardzo być może“, odrzekł Sam krótko.
„A!“ zawołał pan Pickwick, spoglądając przez okno, „piękne chłopy, silne, świeże“.
„Bardzo świeże, to pewna. Dwóch garsonów z pod „Srebrnego pawia“ i ja wypompowaliśmy ogromną ilość wody na wszystkich tych, którzy wczoraj byli na wieczerzy“.
„Pompowaliście wodę na niezależnych?“
„Tak panie. Chrapali całą noc tam, gdzie wczoraj poupadali, popiwszy się śmiertelnie. Dziś rano jednego po drugim braliśmy pod pompę — i patrz pan! — wszyscy teraz wyglądają doskonale. Komitet dał nam po szylingu za głowę.“
„Czy podobna, by robiono takie rzeczy!“ zawołał pan Pickwick pełen zdumienia.
„Ba! panie, to jeszcze nic“.
„Nic?“
„Nic a nic, panie. W nocy przed ostatniemi wyborami, przeciwna partja przekupiła służącą z pod „Miejskiego herbu“, by ta zaprawiła grog czternastu wyborcom, którzy przez noc bawili w oberży“.
„Co rozumiesz przez zaprawienie grogu?“
„Dodanie opium z blekotem“, odparł Sam. „Niech mię Bóg skarze, jeżeli od tego nie spali przynajmniej ze dwanaście godzin po wyborach. Próbowano jednego z nich przywieźć na taczkach i wnieść do lokalu wyborczego, ale djabła tam! burmistrz nie chciał przyjąć jego głosu; więc go odwieźli z powrotem i położyli do łóżka“.
„Co za szczególne sposoby!“ mruknął pan Pickwick, w połowie do siebie a w połowie do służącego.
„Nie taka jeszcze krotochwila wydarzyła się memu ojcu, podczas wyborów w tem tu miejscu, panie“, rzekł Sam.
„A co takiego?“ zapytał pan Pickwick.
„Tak to było, panie. Onego czasu jeździł on tu dyliżansem z Londynu. Nadchodzą wybory i jedno stronnictwo zamawia go do transportowania wyborców ze stolicy. W wilję dnia, gdy miał wyruszyć w drogę, komitet drugiego stronnictwa najspokojniej posyła po niego. Idzie tedy z komisjonerem, który go wprowadza do ogromnego pokoju. Kupa gentlemanów, góry papieru, piór i tak dalej. „Ach panie Weller“, mówił prezydent, „cieszę się, że widzę pana. Jak się pan ma“, powiada. „Bardzo dobrze, dziękuję panu“, powiada mój ojciec. „Spodziewam się, że i pan nie chudnie“, powiada. „Dziękuję, nieźle idzie“ powiada gentleman i obaj wytrzeszczają na siebie ślepia. „Pan mnie nie poznaje?“ pyta tamten. „Nie mogę powiedzieć, bym pana kiedy widział, odpowiada ojciec. „O! ja pana znam“, mówi tamten „Znałem pana małym jeszcze chłopcem“. „To wszystko jedno“, mówi mój ojciec, „wcale sobie pana nie przypominam“. „To dziwne“, mówi tamten. „Bardzo dziwne“, mówi ojciec. „Pan musi mieć bardzo słabą pamięć, panie Weller“, mówi tamten. „Nieświetną, to prawda“, mówi mój ojciec. „Tak się domyślałem“, mówi tamten, potem nalewa mu szklankę wina i zaczyna rozwodzić się nad sposobem, w jaki powozi, i wprowadza mego ojca w doskonały humor, a w końcu pokazuje mu banknot na dwadzieścia funtów szterlingów. „Kiepska droga stąd do Londynu“, powiada. „Gdzieniegdzie trafiają się złe miejsca“, mówi mój ojciec. „A zwłaszcza koło kanału, jak mi się zdaje“, mówi gentleman. „Co do drogi, to tam jest kiepska“, mówi ojciec. „No, panie Weller“, mówi tamten, „pan jesteś doskonały woźnica, i co zechcesz, możesz zrobić ze swemi końmi, to wiadomo. My wszyscy, jesteśmy dla pana wielce życzliwi, panie Weller. Otóż w razie gdyby panu przypadkiem coś się wydarzyło, jak będziesz wiózł wyborców, w razie, gdybyś wywrócił się w kanał, nie robiąc im zresztą nic złego, przeznaczamy to dla pana“, powiada. — „Panie, jesteś pan nadzwyczaj łaskaw“, mówi mój ojciec, „i wypiję na zdrowie pana jeszcze jedną szklankę“, powiada. — „Cóż pan powie na to“, mówił dalej Sam, patrząc na swego pana z trudnym do opisania wyrazem bezczelności, „czy da pan wiarę, że akurat w dniu, w którym ojciec wiózł wyborców, dyliżans wywrócił mu się w tem właśnie miejscu i wszyscy podróżni wlecieli do kanału?“
„Ale ich zaraz wydobyto?“ zapytał żywo pan Pickwick.
„Co do tego“, odparł Sam bardzo powoli, „to mówiono, że jednego gentlemana brakowało. Wiem dobrze, że wyłowiono jego kapelusz, ale czy była w tym kapeluszu głowa, tego z pewnością powiedzieć nie mogę. Co mię dziwi, to mianowicie ta okoliczność, że dyliżans wywrócił się właśnie w tem samem miejscu i w tym samym dniu, jak to gentleman ojcu powiedział“.
„Jest to szczególny wypadek, niewątpliwie“, odparł pan Pickwick; „ale wyczyśćno mi kapelusz, Samie, gdyż słyszę, że pan Winkle woła mnie na śniadanie“.
Pan Pickwick zeszedł do jadalnego pokoju, gdzie znalazł śniadanie i wszystkich zgromadzonych. Jadło znikło bardzo szybko; kapelusze gentlemanów przyozdobiono w ogromne błękitne kokardy wyrobu pięknych rąk samej pani Pott; pan Winkle podjął się towarzyszenia tej damie na dach domu, znajdującego się koło hustings[1], zaś pan Pickwick z panem Pottem udali się pod „Miejski herb“. Jakiś człowiek komitetu pana Slumkey przemawiał z okna tego hotelu do sześciu uliczników i jednej dziewczyny, których co chwila nazywał pompatycznie mężami Eatanswillu; w odpowiedzi na to, sześciu uliczników klaskało zawzięcie.
Dziedziniec hotelowy przedstawiał mniej dwuznaczne symptomata sławy i potęgi eatanswillskich błękitnych. Był tam cały las chorągwi i sztandarów z dewizami zastosowanemi do okoliczności, wypisanemi złotemi literami, a wysokiemi na cztery stopy przy odpowiedniej szerokości. Była tam także cała orkiestra trębaczy, fagocistów i doboszy, ustawionych po czterech w szereg i sumiennie zarabiających swą płacę; zwłaszcza dobosze byli bardzo obrotni. Był oddział konstablów z niebieskiemi laskami i cały tłum wyborców z niebieskiemi kokardami. Byli wyborcy konni i wyborcy piesi. Był odkryty czterokonny powóz dla szanownego Samuela Slumkey. Chorągwie powiewały, muzykanci grali, konstable klęli, członkowie komitetu perorowali, tłum wrzeszczał, konie rżały i tupały, pocztyljoni pocili się, a wszystko to i wszyscy ci ludzie, zebrani w tem miejscu, znaleźli się tu dla korzyści, honoru, sławy i specjalnego użytku szanownego Samuela Slumkey ze Slumkey Hall, jednego z kandydatów na reprezentację miasta Eatanswill w izbie gmin parlamentu zjednoczonych królestw.
Rozległy się długie i hałaśliwe okrzyki, poczem jedna z błękitnych chorągwi, z napisem „Wolność prasy“, zakołysała się konwulsyjnie, gdy tłum w jednem z okien ujrzał rudą głowę pana Potta. Ale entuzjazm przeszedł wszystko, gdy szanowny Samuel Slumkey we własnej osobie, w butach z cholewami i błękitnej chustce na szyji, wystąpił i ujął za rękę szanownego Potta oraz melodramatycznemi ruchami wyraził swą wieczną wdzięczność za usługi oddane mu przez „Gazetę Eatanswillską“.
„Czy wszystko gotowe?“ zapytał następnie szanowny Samuel Slumkey pana Perkera.
„Gotowe, kochany panie“, odparł mały człowieczek, „Spodziewam się, że nic nie zapomniano?“
„Nie, kochany panie, żadnej nawet drobnostki. Jest dwudziestu ludzi, należycie wymytych, którym pan uściśniesz rękę we drzwiach; jest sześcioro dzieci na rękach matek, które pan pogłaszczesz po głowie i o których spytasz pan, ile mają lat. Zwłaszcza pamiętaj pan o dzieciach, kochany panie. Takie postępowanie sprawia zawsze dobry efekt.“
„Pomyślę o tem“, rzekł szanowny Samuel Slumkey.
„A może też pan, kochany panie“, dodał przewidujący mały człowieczek, „może będzie pan mógł... nie mówię, by to było konieczne... ale gdybyś pan mógł zdecydować się ucałować jedno z dzieci, toby wywarło ogromne wrażenie“.
„Czy nie byłby ten sam skutek, gdybyś pan podjął się tego?“ zapytał pan Samuel Slumkey.
„Obawiam się, że nie, kochany panie. Ale gdybyś pan sam to zrobił, sądzę, że uczyniłoby to pana bardzo popularnym“.
„Bardzo dobrze“, odrzekł szanowny Samuel Slumkey z rezygnacją, „i to przebędziemy, jeżeli potrzeba“.
„Pochód! Pochód!“ wołało dwudziestu członków komitetu.
Wśród okrzyków tłumu, muzykantów, konstablów, członków komitetu, pieszych i konnych, powozy zajęły swe miejsca. Każdy powóz dwukonny zawierał tylu gentlemanów usadowionych i stojących, ile tylko zmieścić się mogło. W przeznaczonym dla pana Perkera powozie usiadł pan Pickwick, Tupman, Snodgrass i pół tuzina członków komitetu.
Nastąpiła chwila uroczystego milczenia, nabrzmiałego oczekiwaniem, kiedy szanowny Samuel Slumkey wsiądzie do swego kocza.
Nagle tłum wydal okrzyk.
„Wsiadł!“ zawołał mały Perker, tem mocniej wzruszony, że położenie, w którem się znajdował, nie pozwalało mu widzieć co się dzieje na przedzie.
Inny okrzyk, jeszcze głośniejszy.
„Podaje rękę wyborcom!“ rzekł mały ajent.
Znowu okrzyk, nierównie głośniejszy.
„Pogłaskał dzieci po głowach!“ mówił dalej pan Perker, drżąc ze wzruszenia.
Grzmot oklasków rozdarł powietrze.
„Pocałował jedno!“ zawołał zachwycony mały człowieczek.
Drugi grzmot.
„Pocałował drugie!“
Trzeci grzmot ogłuszający.
„Wszystkie całuje!“ wrzasnął roznamiętniony mały gentleman i w tej chwili pochód ruszył, witany okrzykami tłumu.
Z jakiego powodu dwa pochody zetknęły się i jak ukończyło się wynikłe stąd zamieszanie, tego nie podejmujemy się opisywać, gdyż na samym początku starcia panu Pickwickowi wtłoczono kapelusz na oczy, nos i usta, zaaplikowawszy mu żółtą chorągwią potężne uderzenie w łeb. Według tego, co znakomity filozof mógł wywnioskować, przy pomocy skąpego światła, przeciskającego się pomiędzy jego policzkami a kapeluszem, zdawało mu się, że został otoczony ze wszystkich stron przez gniewne i drapieżne fizjonomie, gęsty obłok kurzawy i ściśnięty przez tłum walczących. Opowiadał, że z powozu został porwany przez jakąś niewidzialną siłę i sam osobiście przyjął udział w walce, ale z kim, jak i co, tego w żaden sposób nie mógł określić. Nakoniec wypchnięty został na drewniane stopnie przez osoby z tyłu stojące, a gdy zdjął kapelusz, znalazł się pośród przyjaciół, w pierwszym rzędzie na lewo od hustings. Prawa strona przeznaczona była dla stronnictwa żółtego, środek zaś dla burmistrza i jego asystentów. Jeden z nich potrząsał ogromnym dzwonem: bardzo to dowcipny środek do nakazywania ciszy.
Tymczasem pan Horacjusz Fizkin i szanowny Samuel Slumkey, z prawemi rękami na sercach, zajęci byli kłanianiem się z największą grzecznością wzburzonemu morzu głów, zalewającemu plac, z którego podnosiła się burza stękań, krzyków, gwizdań, ryku, mogących zrobić zaszczyt trzęsieniu ziemi.
„Oto Winkle“, rzekł pan Tupman do swego uczonego przyjaciela, ciągnąc go za rękaw.
„Gdzie?“ zapytał pan Pickwick, wsadzając okulary, które na szczęście miał dotąd w kieszeni.
„Tam“, odrzekł pan Tupman, „na dachu tego domu“.
I rzeczywiście, w szerokim dymniku pan Winkle i pani Pott siedzieli wygodnie na krzesłach, poruszając chustkami, by dać się poznać; pan Pickwick odpowiedział na ten komplement, posławszy damie ręką całusa.
Wybory jeszcze się nie zaczęły, a ponieważ bezczynny tłum jest wogóle usposobiony do wesołości, ten czyn filozofa wystarczył, by się posypały tysiące żartów.
„Hej! Stary lisie! Czy to pięknie umizgać się do kobiet?“
„O! Co za grzesznik!“
„Nosi okulary, by lornetować zamężne kobiety!“
„Łotr! Mizdrzy się przez szkła!“
„Pilnuj swojej żony, Pott!“
A za każdym takim dowcipem następował wielki wybuch śmiechu.
Ponieważ konceptom tym towarzyszyły szkaradne porównywania pana Pickwicka do starego kozła i inne tym podobne, i ponieważ prócz tego zmierzały one do pokrzywdzenia honoru niewinnej damy, oburzenie naszego bohatera było niesłychane; ale gdy w tej samej chwili wezwano do uciszenia się, pan Pickwick poprzestał na rzuceniu na tłum wzroku pogardy i litości, co wywołało jeszcze większy śmiech.
„Cicho!“ ryknęli asystenci burmistrza.
„Whiffin, wezwij, by się uciszono“, zawołał burmistrz z pompatyczną miną, odpowiadającą jego wzniesionemu stanowisku. Wezwany, powolny temu rozkazowi, wykonał drugi koncert na dzwonie, poczem pewien gentleman z tłumu krzyknął na całe gardło: „Fifine!“ co spowodowało nowy wybuch śmiechu.
„Gentlemani!“ rzekł burmistrz, nadając możliwie największą donośność swemu głosowi, „gentlemani! Bracia! Obywatele miasta Eatanswille! Zebraliśmy się dziś tu dla wyboru nowego reprezentanta na miejsce ostatniego naszego...“
Tu burmistrzowi przerwał głos z tłumu:
„Wszelkiej pomyślności panu burmistrzowi! Niech zawsze przebywa pomiędzy gwoźdźmi i rądlami, na których zrobił majątek“.
Ta aluzja do handlowych przedsięwzięć mówcy spowodowała huragan wesołości, który, przy akompaniamencie dzwonu, nie pozwolił słyszeć ani słowa z przemówienia burmistrza, wyjąwszy jednak ostatni frazes, którym dziękował słuchaczom za uprzejmą uwagę, z jaką go wysłuchano. To wyrażenie wdzięczności przyjęte zostało nowym wybuchem wesołości, trwającym około kwadransa.
Słuszny, wychudzony gentleman w białej sztywnej chustce, okrutnie krępującej mu szyję, wystąpił wtedy na arenę, wśród przerywań tłumu, radzącego mu, by posłał kogo do domu po głos, który zapewne zapomniał pod poduszką. Gentleman ten prosił o pozwolenie przedstawienia właściwej i odpowiedniej osoby dla reprezentowania w parlamencie wyborców eatanswillskich; a gdy oświadczył, że osobą tą był Horacjusz Fizkin z Fizkin-Loge pod Eatanswillem, fizkiniści poczęli klaskać, a slumkeyiści szemrać tak długo i hałaśliwie, że polecający kandydata zamiast przemawiać, mógł śpiewać jakąkolwiek pijacką piosnkę i niktby się tego nie domyślił.
Gdy już przyjaciele Horacjusza Fizkina esq. zrobili użytek ze swego prawa pierwszeństwa, wystąpił mały choleryczny człowieczek, o twarzy czerwonej jak goździk, także w tym celu, by wymienić inna właściwą i odpowiednią osobę do reprezentowania w parlamencie wyborców eatanswillskich; ale natura tego człowieka była zanadto wrażliwa, by mu mogła pozwolić spokojnie przepłynąć między falami głosów tłumu... Po kilku okresach figurycznej wymowy, choleryczny gentleman począł piorunować na przerywających mu, a potem rozpoczął kłótnię z gentlemanami znajdującemi się w hustings. Natenczas ze wszech stron powstał hałas, co zniewoliło go do wyrażenia swych uczuć za pomocą pantominy; wreszcie ustąpił miejsca innemu mówcy, który miał polecone popieranie wniosku przedmówcy. Ten w ciągu pół godziny wygłaszał mowę pisaną, której żadna już wrzawa nie zdołała zaszkodzić, bo zawczasu przesłał ją w odpisie do „Gazety Eatanswillskiej“, gdzie przedrukowano ją co do słowa.
Nakoniec ukazał się Fizkin esq. z Fizkin-Loge pod Eatanswillem w celu przemówienia do wyborców, ale natychmiast muzykanci, wynajęci przez szanownego Samuela Slumkey, zaczęli wykonywać ze szczególną siłą jakąś fanfarę. Odwzajemniając się za tę atencję, tłum żółty począł walić po głowach i plecach tłum błękitny: tłumowi błękitnemu zachciało się znów uwolnić się od niedogodnego sąsiedztwa tłumu żółtego i wskutek tego wywiązała się bójka, którą napróżno usiłowalibyśmy opisać. Sam burmistrz nie zdołał położyć jej końca; nic także nie pomogło wydanie dwunastu konstablom rozkazu pochwycenia głównych wichrzycieli, których było najmniej dwudziestu pięciu; zamieszanie nie ustawało. Wśród tego harmidru Horacjusz Fizkin esq. z Fizkin-Loge i przyjaciele jego dawali się coraz więcej opanowywać złości; Horacjusz Fizkin tonem wyzywającym zapytał swego przeciwnika, Samuela Slumkey ze Slumkey-Hall, czy muzykanci ci grają z jego rozkazu. A gdy szanowny Samuel Slumkey ze Slumkey-Hall odmówił odpowiedzi na to pytanie, Horacjusz Fizkin esq. z Fizkin-Loge pokazał pięść szanownemu Samuelowi Slumkey ze Slumkey Hall i wskutek tego krew szanownego Samuela Slumkey zawrzała i wyzwał na śmiertelny bój Horacjusza Fizkina esq. z Fizkin-Loge.
Burmistrz, ujrzawszy to pogwałcenie wszystkich obowiązujących ustaw i wszystkich zasad, zarządził nową fantazję na dzwonie i oświadczył, że obowiązek nakazuje mu zawezwać przed siebie Horacjusza Fizkin esq. z Fizkin-Loge i szanownego Samuela Slumkey ze Slumkey Hall do złożenia przysięgi, iż nie naruszą pokoju Jej Królewskiej Mości. Wskutek takiej strasznej groźby, wdali się w sprawę przyjaciele dwóch kandydatów i gdy oba stronnictwa wykłóciły się należycie, po upływie trzech kwandransów Horacjusz Fizkin esq. przyłożył rękę do kapelusza, spoglądając na szanownego Samuela Slumkey; szanowny Samuel Slumkey przyłożył rękę do kapelusza, spoglądając na Horacjusza Fizkin esq. — muzykanci przestali grać, tłum poczęści uspokoił się i Horacjusz Fizkin mógł dalej mówić.
Mowy obu kandydatów, chociaż różniące się co do wszystkich innych punktów, zgadzały się w tem, że oddawały należny i rozrzewniający hołd zasługom i szlachetności wyborców eatanswillskich. Każdy z kandydatów wynurzył głębokie swe przekonanie, iż nigdy nie istniało w świecie zgromadzenie ludzi bardziej niezależnych, oświeconych, bardziej patrjotycznych, cnotliwych, bezinteresownych nad tych, którzy przyrzekli głosować za nim; każdy dał niejasno do zrozumienia, iż podejrzewa wyborców przeciwnego stronnictwa o pozostawanie pod wpływem brudnych motywów i oddawanie się poniżającemu nałogowi pijaństwa, co czyni ich zupełnie niegodnymi wykonywania funkcyj, powierzonych ich honorowi dla dobra ojczyzny. Fizkin objawił gotowość spełnienia wszystkiego, co mu zostanie zaproponowane; Slumkey oświadczył, iż nie uczyni nic z tego, co będzie żądane. Jeden i drugi podnieśli to, że rolnictwo, przemysł, handel i pomyślność Eatanswillu zawsze droższe będą ich sercu nadewszystko w świecie. Każdy, nakoniec, był szczęśliwy, iż mógł oświadczyć, że dzięki zaufaniu, jaskie pokłada w rozsądku wyborców, pewny jest swego wyboru.
Po tych przemowach rozpoczęto głosowanie przez podniesienie rąk; burmistrz zawyrokował na korzyść szanownego Samuela Slumkey ze Slumkey-Hall; Horacjusz Fizkin z Fizkin-Loge zażądał głosowania imiennego: wskutek tego zarządzone zostało głosowanie imienne. Następnie przegłosowano podziękowanie burmistrzowi za takt okazany w przewodniczeniu, a burmistrz podziękował zgromadzonym, życząc z całego serca, ażeby krzesło przewodniczącego nie było czczym wyrazem, ponieważ stał przez cały czas trwania czynności. Pochody znowu się uporządkowały i powozy zwolna potoczyły się pomiędzy tłumem, który to klaskał, to gwizdał, według tego, co mu nakazywało jego usposobienie lub kaprys.
Przez cały czas głosowania, miasto było w stanie jakiegoś gorączkowego entuzjazmu. Wszystko odbywało się w sposób najliberalniejszy. Napoje spirytusowe były szczególnie tanie we wszystkich szynkach. Po mieście roznoszono nosze dla dogodności wyborców, którzyby doznali chwilowego zawrotu głowy, ponieważ przez cały czas trwania walki wyborczej ten rodzaj choroby rozwijał się pomiędzy głosującymi z zadziwiającą i przerażającą szybkością; często widywano ich leżących na bruku w stanie zupełnej bezwładności. W ostatnim dniu mała tylko liczba wyborców jeszcze nie głosowała. Byli to ludzie oględni, kalkujący, jeszcze nie przekonani należycie dowodami stronnictw, chociaż odbywali liczne konferencje z jednem i drugiem. Na godzinę przed zamknięciem głosowania, pan Perker upraszał o zaszczyt prywatnego porozumienia się z tymi szlachetnymi i inteligentnymi patrjotami. Argumenty, jakich użył, były krótkie, ale skuteczne. Ci, którzy się spóźnili, poszli głosować wszyscy razem, a gdy tego dokonali, szanowny Samuel Slumkey ze Slumkey-Hall wyszedł z urny wyborczej.

Przypisy

  1. Szopa w której odbywają się wybory.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.