Klub Pickwicka/Rozdział trzydziesty ósmy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział trzydziesty ósmy,
w którym pan Winkle, chcąc uniknąć deszczu, wpada pod rynnę.

Nieszczęśliwy gentleman, niewinny powód hałasów, które zaniepokoiły mieszkańców Royal-Crescent, spędził noc w wielkiem wzburzeniu i opuścił dom, w którym przyjaciele jego spali jeszcze, nie wiedząc dobrze, gdzie ma zwrócić swe kroki. Niepodobna nie uznać i nie pochwalić szlachetnych i filantropijnych uczuć, które nakazały panu Winkle tak postąpić.
„Jeżeli ten Dowler“, tak sobie rozumował, „będzie chciał (o czem nie wątpię) spełnić swe pogróżki, będę zmuszony wyzwać go. Ma żonę; żona jest do niego przywiązana i nie może żyć bez niego. O Boże! Gdybym go poświęcił mojemu ślepemu uniesieniu, jakie miałbym potem wyrzuty sumienia?“
Przykre te myśli tak oddziaływały na zacnego młodzieńca, iż twarz mu zbladła i kolana trząść mu się zaczęły. Pod wpływem tych motywów pochwycił torbę podróżną, lekkim krokiem zeszedł ze schodów, zamknął z najmniejszym jak można hałasem przeklęte drzwi od ulicy i szybko oddalił się. W hotelu „Royal“ znalazł dyliżans, odjeżdżający do Bristolu.
„Wszystko jedno, czy do Bristolu, czy gdzieindziej“, powiedział sobie.
Siadł więc na koźle i przebył odległość między dwoma miastami z szybkością, jakiej tylko można było wymagać od koni, przebiegających tę przestrzeń dwa lub więcej razy na dzień.
Kwaterę w Bristolu obrał sobie w hotelu pod „Krzakiem“ i postanowił wstrzymać się od wszelkiej komunikacji listowej z panem Pickwickiem, aż dopóki wściekłości pan Dowlera nie ułagodzi czas, a że nie miał obecnie nic lepszego do roboty, postanowił poświęcić czas zwiedzaniu miasta. Wyszedł więc, a pierwszą uwagą, jaka mu się nasunęła było to, iż nigdy dotąd nie widział miejsca tak brudnego. Obejrzawszy potem port i katedrę, zapytał o drogę do Clifton i poszedł we wskazanym mu kierunku. Ale jak bruk w Bristolu nie jest ani najgładszy, ani najczystszy ze wszystkich bruków, tak i ulice jego nie są najprostsze. Pan Winkle wkrótce zgubił się więc najzupełniej w tym labiryncie i zaczął szukać przyzwoitego sklepu, gdzie mógłby zasięgnąć dalszych informacyj.
Wzrok jego padł na nowo-pomalowany dom, który reprezentował coś pośredniego między sklepem a prywatnem mieszkaniem. Czerwona latarnia nad drzwiami wskazywała, te jest to przybytek syna Eskulapa; oprócz tego nad oknem znajdował się napis: „Chirurg“, wymalowany złotemi literami. Sądząc, że tu może zapytać o drogę, pan Winkle wszedł do małego sklepu, ozdobionego szufladami i flaszkami ze złotemi napisami. Nie znalazłszy tu żywego ducha, zastukał w stół półkoronówką, ażeby zwrócić uwagę osób, które mogły znajdować się w tylnym pokoju. Ten tylny pokój musiał stanowić coś w rodzaju sanktuarium zakładu, ponieważ słowo „Chirurg“ było tu znów wypisane, tym razem białemi literami.
Po pierwszem stuknięciu, dość głośny szmer, podobny do tego, jaki wydają ścierające się ze sobą rapiery, ustał nagle. Po drugiem stuknięciu, młody gentleman, uczonej powierzchowności, z wielkiemi zielonemi okularami na nosie i ogromną książką w ręku, szybkim krokiem wszedł do sklepu i stanąwszy za stołem, zapytał, czego pan Winkle żąda.
„Przykro mi, iż przeszkadzam panu“, odrzekł pan Winkle; „ale chciałbym prosić, byś mi pan zechciał wskazać...“
„Cha, cha, cha!“ zawołał uczony gentleman, podrzucając w górę ogromną swą księgę i łapiąc ją bardzo zręcznie, w chwili gdy groziła potłuczeniem wszystkich flaszek, stojących na stole. „A to doskonałe!“
Jeżeli nieznajomy stosował te wyrazy do zręcznej ewolucji książką, to miał słuszność; ale pan Winkle tak był zdziwiony szczególnem postępowaniem młodego eskulapa, iż szybko począł cofać się ku drzwiom, niesłychanie przerażony tem oryginalnem przyjęciem.
„Jakto? Czy mię pan nie poznaje?“ zawołał chirurg...
Pan Winkle wybełkotał, iż nie ma przyjemności...
„A! Jeżeli tak, to mogę jeszcze mieć nadzieję! Jeszcze połowa starych kobiet Bristolu może być mojemi pacjentkami. A teraz, do djabła ze staremi szpargałami!“
To wezwanie stosowało się do grubej księgi, którą uczony gentleman cisnął w kąt sklepu; potem, zdjąwszy zielone okulary, ukazał zdumionym oczom pana Winkle prawdziwe rysy Boba Sawyera esq., niegdyś studenta w Borough i właściciela prywatnej rezydencji w Land-Street.
„A więc nie poznał mię pan?“ zawołał Bob Sawyer, przyjaźnie ściskając rękę pana Winkle.
„Nie! Słowo daję, że nie!“, odrzekł ten, ściskając rękę pana Sawyer.
„Jakto? Nie widział pan mego nazwiska?“ zapytał Bob, zwracając uwagę swego przyjaciela na drzwi zewnętrzne, nad któremi znajdował się napis: „Sawyer dawniej Nockemorf“.
„Nie zwróciłem na napis uwagi“, odrzekł pan Winkle.
„Gdybym był wiedział, że to pan“, zaczął znowu Bob, „wyskoczyłbym i uściskał go. Ale na honor, myślałem, że to przychodzi poborca podatkowy“.
„Naprawdę?“
„Tak, tak! Już miałem powiedzieć, że niema mię w domu i że jeżeli jest jakie pismo, to nie omieszkam doręczyć go sobie, gdyż poborca podatkowy nie zna mnie tak samo, jak i poborcy należytości za gaz i naprawę bruku. Wiem, że poborca kościelny podejrzewa mnie, jak również pobierający taksę za wodę, gdyż w pierwszym dniu mego tu przybycia wyrwałem mu ząb. Ale wejdź pan, wejdź!“
To mówiąc, Bob popchnął pan Winkle do tylnego pokoju, gdzie siedział, ni mniej ni więcej, tylko pan Ben Allen we własnej osobie. Bawił się on wytwarzaniem małych okrągłych wklęsłości w ramach komina, co czynił za pomocą rozpalonej pogrzebaczki.
„Doprawdy“, zawołał pan Winkle, „jest to przyjemność, jakiej się nie spodziewałem. Jakie śliczne macie mieszkanie!“
„Niezłe, niezłe“, odrzekł Bob. „Otrzymałem dyplom wkrótce po owym sławnym wieczorze, a moi przyjaciele wypróżnili swoje sakwy, by mi kupić ten zakład. A więc naciągnąłem na siebie czarny frak, włożyłem okulary i przybyłem tu, z miną jak można najuroczystszą“.
„I zapewne ma pan piękną klientelę?“ zapytał pan Winkle.
„O! Tak drobną, że przy końcu roku cały zysk możnaby umieścić w małym kieliszku i nakryć listkiem porzeczkowym“.
„Żartuje pan. Sam towar...“
„Finta, mój kochany panie. Jedna połowa szuflad pusta, a druga zupełnie się nie odmyka“.
„Żartuje pan!“
„To fakt“, odrzekł Bob, idąc do sklepu i udowadniając prawdę swego twierdzenia gwałtownem szarpaniem za złocone gałki przy szufladach.
„Niech mię licho porwie, jeżeli jest choć jedna rzecz prawdziwa w całym sklepie, z wyjątkiem pijawek; a i te były już raz używane...“
„Nigdybym nie przypuszczał“, zawołał pan Winkle pełen zdumienia.
„Ja myślę“, odparł Bob! „w przeciwnym razie do czegóżby służyły pozory? Ale czego się pan napije? Tego, co i my? Dobrze. Ben, wsadźno rękę do bufetu i sprowadź nam tu patentowaną miksturę na niestrawność“.
Benjamin Allen uśmiechnął się i wyciągnął z bufetu czarną butelkę, do połowy napełniona wódką.
„Pan chyba nie dodaje wody?“ rzekł Bob do pana Winkle.
„Jeszcze jest dość wcześnie“, odpowiedział pickwickista, „i wolałbym domieszać trochę wody, jeżeli pan nie ma nic przeciw temu“.
„Bynajmniej, jeżeli sumienie pańskie pozwala na to“, odrzekł Bob przełykając ze smakiem trochę dobroczynnego płynu.
Pan Benjamin Allen wydobył następnie z tej samej skrytki małe miedziane naczynie; Bob mówił, iż jest dumny z niego, gdyż ma ono apteczny wygląd. Gdy w naczyniu tem zagotowano wodę przy pomocy węgla kamiennego, wydobywanego ze skrzyni, noszącej napis „woda sodowa“, pan Bob ochrzcił wódkę i rozmowa ożywiła się. Wtem przerwało ją przybycie młodego chłopca, ubranego w szarą liberję, kapelusz ze złotym galonem i trzymającego w reku przykryty koszyk.
Bob bezzwłocznie zwrócił się do niego...
„Tomie, włóczęgo! Chodź tu! (chłopak zbliżył się). Zatrzymywałeś się pewnie przy wszystkich latarniach w Bristolu, ty szkaradny próżniaku!“
„Nie, panie“, odpowiedział chłopak.
„Pilnujże mi się“, zaczął znów Bob groźnym tonem. „Czy myślisz, że kto przyjdzie do chirurga, gdy zobaczy, że jego sługa bawi się w rynsztokach w piłkę, albo puszcza na ulicy latawca? Pamiętaj, byś zawsze miał w poszanowaniu twoją profesje. Czyś poroznosił lekarstwa, próżniaku?“
„Poroznosiłem, panie“.
„Proszek dla dzieci do wielkiego domu, gdzie mieszka niedawno przybyła rodzina? A pigułki przeczyszczające do starego, gderliwego i podagrycznego gentlemana?“
„Zaniosłem, panie“.
„Więc zaniknij drzwi i pilnuj sklepu“.
„No, no!“ zawołał pan Winkle, gdy chłopak oddalił się, „interesy nie idą tak źle, jak chcieliście we mnie wmówić. Zawsze przecież dostarczacie jakieś lekarstwa“.
Bob Sawyer zajrzał do sklepu, by się przekonać, iż niema w nim niepowołanych uszu, potem, pochylając się do pana Winkle, rzekł cichym głosem:
„Chłopak zanosi je zawsze pod fałszywym adresem“.
Twarz pana Winkle świadczyła, iż nie rozumiał tych słów, ale Bob i jego przyjaciel śmiali się jak opętani.
„Pan mnie nie rozumie?“ rzekł wreszcie Bob. „Chłopak idzie do pierwszego lepszego domu, dzwoni, rzuca służącemu paczkę bez adresu i odchodzi. Służący niesie paczkę do jadalnego pokoju; pan domu otwiera ją i czyta: „Wypić wieczorem“. „Pigułki według recepty; mikstura idem“. Według przepisów Sawyera, dawniej Nockemorfa i t. d. i t. d. Gentleman pokazuje pakiet swojej żonie, ta czyta napisy i odsyła wszystko służącym; służący także czytają napisy. Na drugi dzień chłopak wraca; „Bardzo przepraszam. Omyliłem się. Tyle roboty, tyle lekarstw do roznoszenia. Pan Sawyer, dawniej Nockemorf, składa swoje uszanowanie“. Nazwisko pozostaje w pamięci; w tem cała sztuka! To lepsze, niż wszelkie ogłoszenia. Mamy jedną flaszkę, która obiegała w ten sposób połowę domów Bristolu i jeszcze nie skończyła swej wędrówki“.
„No, proszę! Teraz rozumiem!“ zawołał pan Winkle. Pyszny pomysł!“
„Ho, ho! My z Benem wynaleźliśmy tuzin podobnych“, mówił dalej wielki farmaceuta z wielkiem zadowoleniem. „Stróż zapalający latarnie otrzymuje osiemnaście pensów na tydzień za to, że targa mój dzwonek przez dziesięć minut za każdym razem, gdy przechodzi koło mego mieszkania; w niedzielę chłopak mój wpada do kościoła podczas psalmów, właśnie w chwili, gdy nikt niema nic do czynienia, tylko ogląda się dokoła; chłopak woła mię z wielkiem zakłopotaniem. „Oho!“ mówią pobożni, „ktoś musiał nagle zachorować; szukają Sawyera, dawniej Nockemorfa; jak ten młody człowiek ma wiele zajęcia!“
Odkrywszy w ten sposób tajemnice sztuki lekarskiej, pan Bob Sawyer i jego przyjaciel Ben Allen wychylili się na krzesłach i wybuchnęli hałaśliwym śmiechem. Ulżywszy w ten sposób swemu sercu, znów rozpoczęli rozmowę i dotknęli w niej przedmiotu, bezpośrednio obchodzącego pana Winkle.
Zdaje się, iż powiedzieliśmy już w innem miejscu, że pan Benjamin Allen zwykle stawał się bardzo sentymentalny, gdy nieco wypił. Nie jest to jedyny wypadek tego rodzaju, jak możemy stwierdzić sami; gdyż mieliśmy nieraz do czynienia z pacjentami, dotkniętemi tą samą przypadłością. W tym okresie swego żywota pan Allen miał większą niż zwykle skłonność do sentymentalności. Przypadłości te pochodziły stąd, iż już przeszło trzy tygodnie mieszkał u pana Sawyera, który wcale nie odznaczał się wstrzemięźliwością, i nigdy nie doradzał mu, by się chełpił z tego, iż ma mocną głowę. Przez cały ten czas Benjamin wahał się nieustannie między pijaństwem częściowem, a pijaństwem zupełnem.
„Mój przyjacielu“, rzekł on do pana Winkle, korzystając z chwilowej nieobecności Boba, który poszedł do sklepu, aby przystawić pijawki jakiemuś choremu, „mój przyjacielu, jestem bardzo nieszczęśliwy!“
Pan Winkle wyraził pełne swoje ubolewanie, gdy dowiedział się o tem, i zapytał, czy nie może zrobić coś, by ulżyć nieszczęśliwemu studentowi.
„Nie, mój kochany, nie. Czy pamięta pan Arabellę? Moją siostrę Arabellę? Czarnooką panienkę? Nie wiem, czy zwrócił na nią uwagę u pana Wardle. Nieszpetna dziewczyna, panie Winkle. Może moje rysy przypomną panu jej twarz“.
Pan Winkle nie miał, na szczęście, potrzeby uciekać się do tego sztucznego sposobu, by przypomnieć sobie piękną Arabellę, gdyż niezawodnie rysy brata z trudnością przypomniałyby ją jego sercu. Odpowiedział zatem ze spokojem, na jaki mógł się zdobyć, iż doskonale pamięta tę młodą osobę, o której mowa, i że ma nadzieję, iż ma się ona dobrze.
Za całą odpowiedź pan Ben Allen rzekł tylko:
„Nasz przyjaciel, Bob, to dzielny chłopak“.
„Tak jest“, odpowiedział lakonicznie pan Winkle, który nie bardzo lubił zestawienia tych dwóch imion.
„Ja zawsze przeznaczałem ich dla siebie; są dla siebie jakby stworzeni; przyszli na świat jedno dla drugiego“, rzekł pan Allen, uroczyście stawiając szklankę. „Ale widocznie ręka przeznaczenia wmieszała się tu, kochany panie; między nimi jest tylko pięć lat różnicy i oboje urodzili się w sierpniu“.
Panu Winkle bardzo o to chodziło, by się dowiedzieć reszty, wyraził więc swe zdumienie tym niezwykłym i wprost cudownym faktem. Wobec tego Ben, uroniwszy parę łez, mówił dalej, że pomimo całego swego szacunku, poważania i czci, jakie odczuwa dla swego przyjaciela, siostra jego Arabella niewdzięcznie i bez żadnej racji okazywała zawsze najżywszy wstręt osobie Boba.
„Sądzę“, powiedział wkońcu, „że kryje się w tem jakaś dawniejsza skłonność“.
„Czy nie domyśla się pan osoby?“ zapytał drżąc pan Winkle.
Pan Ben Allen pochwycił pogrzebaczkę do kominka, bardzo wojowniczo okręcił nią nad głową, zadał śmiertelny cios jakiejś wyimaginowanej głowie i zakończył to w sposób nader wymowny:
„Chciałbym ją znać. Dałbym jej należycie do zrozumienia, co myślę!“
Przez cały ten czas pogrzebaczka wirowała z większą jeszcze gwałtownością, niż przedtem.
Wszystko to, jak można domyśleć się, było bardzo pocieszające dla pana Winkle, który przez kilka minut zachowywał milczenie; wkońcu jednak zebrał całą swą odwagę i zapytał, czy panna Allen jest obecnie w Kent?
„O! Nie, nie!“ odrzekł Ben, stawiając pogrzebaczkę i przybierając minę bardzo przebiegłą. „Byłem zdania, iż dom pana Wardle nie bardzo jest odpowiedni dla takiej upartej dziewczyny. A ponieważ jestem jej naturalnym opiekunem, gdyż nasi krewni wymarli, sprowadziłem ją tu, by przepędziła kilka miesięcy u starej naszej ciotki, w domku pięknym, choć leżącym na uboczu. Spodziewam się, że ją to wyleczy. Jeżeli to się nie uda, wywiozę ją na jakiś czas zagranicę — a potem zobaczymy“.
„A... a to... ciotka... mieszka w Bristolu?“ wybełkotał pan Winkle.
„Nie, nie w Bristolu“, odrzekł Ben, wskazując palcem poza prawe swe ramię. „Tam mieszka; ale sza! Oto Bob. Ani słowa, mój przyjacielu, ani słowa!“
Rozmowa ta, chociaż tak krótka, żywo zaniepokoiła pana Winkle. Dawniejsza skłonność, której obawiał się Ben, wzburzyła mu serce. Miałżeby on być jej przedmiotem? Czy to dla niego urocza Arabella wzgardziła dowcipnym Bobem Sawyer? Czy też miał innego szczęśliwego rywala? Postanowił ją za wszelką cenę odszukać. Ale tu występowała nieprzezwyciężona wprost przeszkoda, czy bowiem objaśnienie dane przez Bena w wyrazach „tam mieszka“, oznaczało trzy tysiące miejsc, czy trzydzieści tysięcy, czy trzykroćstotysięcy, tego pan Winkle w żaden sposób nie mógł ustalić. Zresztą, w tej chwili, nie miał czasu myśleć o swej miłości, gdyż przybycie Boba było bezpośrednią zapowiedzią ciepłego jeszcze pasztetu, na który zaproszono pana Winkle. Służąca nakryła stół obrusem. Matka chłopaka w szarej liberji przyniosła trzeci nóż i trzeci widelec (gdyż gospodarskie ruchomości pana Sawyera były w ilości ograniczonej) i trzej przyjaciele zasiedli do obiadu. Podano piwo, jak zauważył pan Sawyer, w ojczystych kuflach cynowych.
Po obiedzie Bob kazał przynieść największy moździerz ze sklepu i przyrządził w nim poncz z arakiem, mieszając ingredjencje tłuczkiem i wyzyskując w najwłaściwszy sposób swe farmaceutyczne uzdolnienia. Jak wielu kawalerów, posiadał on jedną tylko szklankę, którą dla honoru wręczono panu Winkle. Ben Allen otrzymał szklany słoik; co do Boba, to ten poprzestał na kryształowem naczyniu z mnóstwem kabalistycznych napisów, w jakiem zwykle aptekarze mieszają płynne lekarstwa. Po tych przedwstępnych czynnościach, skosztowano poncz i stwierdzono, że jest doskonały. Ułożono się, iż Bob Sawyer i Ben Allen mają prawo napełnić dwukrotnie swe naczynia, gdy pan Winkle napełni raz swą szklankę, i przeprowadziwszy w ten sposób równouprawnienie pijących, rozpoczęto libację w bardzo dobrym humorze i z wielką serdecznością.
Nie śpiewano wcale, gdyż Bob oświadczył, iż nie licowałoby to z powagą jego zawodu, ale zato rozprawiano i śmiano się tak głośno, iż przechodnie po drugiej stronie ulicy, słyszeli niezawodnie hałas w oficynie następcy Nockemorfa. W każdym razie rozmowa trzech przyjaciół widocznie zachwyciła młodego chłopca w sklepie i zaostrzyła jego umysł, gdyż zamiast poświęcić wieczór, jak to zwykle był czynić, wypisywaniu swego nazwiska na stole sklepowym, a następnie ścieraniu tegoż, przytulił się do oszklonych drzwi, by w ten sposób słyszeć i widzieć wszystko, co się działo u pryncypała.
Wesołość Boba Sawyera powoli poczęła przechodzić w szał. Ben Allen ciągle wpadał w sentymentalność, a poncz ulotnił się prawie zupełnie, gdy wszedł chłopak ze sklepu, oznajmiając, te jakaś kobieta pyta się o pana Sawyera, następcę Nockemorfa. To zakończyło ucztę. Gdy chłopak po raz dwudziesty powtórzył, poco przyszedł, pan Bob Sawyer zrozumiał go nareszcie, zlał sobie głowę wodą, by się choć trochę otrzeźwić, włożył zielone okulary i wyszedł, pan Winkle zaś, widząc, iż niema sposobu, by nawiązać rozmowę z Ben Allenem o przedmiocie, który go najwięcej obchodził, nie chciał czekać powrotu pana Sawyera i wyniósł się do swego zajazdu.
Niepokój, wywołany rozmaitemi myślami, które mu się nasunęły, gdy wspomniano Arabellę, był przyczyną, iż płyn przyrządzony w moździerzu nie wywarł nań takiego skutku, jakiego możnaby się było spodziewać w innych okolicznościach. To też pan Winkle, wypiwszy w hotelowym bufecie wódkę z wodą sodową, nie poszedł do swego pokoju, ale do miejscowej kawiarni.
W kawiarni siedział przed kominkiem tylko jakiś słuszny gentleman, w długim surducie, odwrócony plecami do pana Winkle. Ponieważ wieczór był dość zimny, gentleman, słysząc, że wszedł nowy gość, przez grzeczność odsunął się nieco od kominka, by mu zrobić miejsce. Ale jakiego uczucia doznał pan Winkle, gdy ruch ten odkrył mu oblicze mściwego, żądnego krwi pana Dowlera!
Pierwszą jego myślą było, pociągnąć jak najmocniej za sznurek najbliższego dzwonka, ale, na nieszczęście, sznurek znajdował się za krzesłem jego wroga. Mężny młodzieniec zrobił więc machinalnie krok naprzód, by pochwycić za rączkę od sznurka, gdy pan Dowler, cofnął się z wielką szybkością, zawołał:
„Panie Winkle! Uspokój się pan. Nie bij mię pan! Nigdy tego nie zniosę! Policzek? Nigdy!“
Mówiąc to, pan Dowler miał minę nierównie łagodniejszą, aniżeli pan Winkle mógł się spodziewać po osobie tak porywczej.
„Policzek, panie?“ wybełkotał pan Winkle.
„Pohamuj pan swój pierwszy gniew“, odrzekł pan Dowler, „usiądź i wysłuchaj mnie“.
„Panie!“ zawołał pan Winkle, drżąc na całem ciele, „nim zgodzę się na to, by usiąść koło pana lub naprzeciw pana bez trzeciej osoby, wprzód muszę w inny sposób upewnić się o swem bezpieczeństwie. Zeszłej nocy odgrażał się pan na mnie, odgrażał się pan okropnie!“
Tu pan Winkle zatrzymał się i pobladł jeszcze bardziej.
„To prawda“, odrzekł pan Dowler, prawie tak blady jak jego antagonista. „Okoliczności były podejrzane. Zostały wyjaśnione. Szanuję pańską odwagę. Masz pan słuszność. To dowód pańskiej niewinności. Oto moja ręka, uściśnij ją pan“.
„Doprawdy, panie Dowler“, powiedział pan Winkle, wahając się, czy ma podać rękę, z obawy, by w tem nie ukrył się jaki podstęp, „doprawdy panie, ja...“
„Wiem, co pan chce powiedzieć“, przerwał Dowler. „Pan czuje się obrażony. To rzecz naturalna; ja, na pańskiem miejscu, czułbym się także obrażony. Nie miałem słuszności, więc przepraszam pana. Bądźmy przyjaciółmi, niech mi pan wybaczy“.
Równocześnie pan Dowler opanował rękę pana Winkle i, potrząsając nią silnie, oświadczył, iż poczytuje go za człowieka niezaprzeczonego męstwa a obecnie ma o nim lepszą jeszcze opinię, niż przedtem.
„Teraz“, mówił dalej, „siadaj pan i opowiedz mi wszystko: w jaki sposób zdołał mnie pan odnaleźć? Kiedy puścił się pan w pogoń za mną? Bądź pan szczery i opowiedz wszystko“.
„Stało się to zupełnie przypadkowo“, odrzekł pan Winkle, nadzwyczaj zaintrygowany szczególnym i niespodziewanym obrotem, jaki wzięła sprawa; „zupełnie przypadkowo“.
„To mię bardzo cieszy. Dziś rano, gdy wstałem, zapomniałem zupełnie o moich pogróżkach. Przygoda pańska pobudziła mię raczej do śmiechu. Nie miałem już żadnych wrogich zamiarów i oświadczyłem to“.
„Komu?“
„Pani Dowler. „Zrobiłeś sobie postanowienie“, powiedziała mi żona. „To prawda“, odrzekłem. „Bez zastanowienia!“ „I to prawda“, powiedziałem znowu. „Pójdę i przeproszę go. Gdzie on?“
„Kto?“ zapytał pan Winkle.
„Pan. Poszedłem, ale pana nie znalazłem. Pan Pickwick miał minę ponurą. Potrząsnął głową i powiedział, iż spodziewa się, że żaden gwałt nie będzie popełniony. Zrozumiałem wszystko. Pan czuł się obrażony. Poszedł pan szukać świadka, może pistoletów. „Szlachetna to odwaga“, powiedziałem sobie, „uwielbiam ją“.
Pan Winkle odkaszlnął, i począł domyślać się, jak rzeczy stoją; przybrał więc minę poważną.
„Zostawiłem kartkę do pana“, mówił dalej pan Dowler. „Wyraziłem w niej moje ubolewanie. To było prawdą. Nagle interesy tutaj przygnały mię. Pan nie chciał poprzestać na liście i pojechał pan za mną. Żąda pan osobistego wytłumaczenia się. Ma pan słuszność. Teraz wszystko skończone. Interesy także ukończyłem. Jutro powracam, jedź pan ze mną“.
W miarę jak rozwijało się opowiadanie Dowlera, postawa pana Winkle nabierała coraz więcej godności. Tajemniczy początek ich rozmowy został wyjaśniony; pan Dowler był tak daleki od pojedynku, jak i on sam. Jednem słowem, samochwał ten był tchórzem, jakich mało. Przez okulary swego własnego strachu patrzał na nieobecność pana Winkle i, chwytając się takiego samego sposobu, postanowił również wynieść się gdzieś w zacisze, dopóki pierwsza burza nie przeminie.
Gdy rzeczywisty stan rzeczy jasno przedstawił się umysłowi pana Winkle, rysy tego gentlemana przybrały wyraz bardzo groźny. Oświadczył, iż jest zupełnie zadowolony, ale z taką miną, która przekonała Dowlera, iż gdyby zadowolony nie był, miałoby to straszliwe skutki. Pan Dowler był mu należycie wdzięczny za tę wspaniałomyślność i dwie wojujące strony rozstały się przed nocą, oświadczając sobie wieczną przyjaźń.
Była północ i pan Winkle już od pół godziny był pogrążony we śnie, gdy przebudziło go gwałtowne stukanie do drzwi. Zadrżał, zerwał się i ze strachu zapytał: „Kto tam?“
„Proszę pana“, rzekła służąca hotelowa, „jakiś młody człowiek chce się z panem koniecznie widzieć“.
„Młody człowiek!“ zawołał pan Winkle.
„Tak jest, panie“, odezwał się inny głos za drzwiami; „i jeżeli ten interesujący młody człowiek nie będzie bezzwłocznie wpuszczony, to niech się pan nie dziwi, gdy nogi jego ukażą się w pokoju pierwej, aniżeli głowa“.
Kończąc te wyrazy, nieznajomy wstrząsnął drzwiami, jakby dla nadania większej dobitności swemu zdaniu.
„To ty, Samie?“ zapytał pan Winkle, wyskakując z łóżka.
„Nie można poznać człowieka, nie widząc jego twarzy“, odpowiedział dogmatycznie głos za drzwiami.
Pan Winkle, nie mając już żadnej wątpliwości, odsunął zasuwki i otworzył drzwi. Sam wszedł bardzo szybko, zamknął drzwi na dwa spusty, klucz z powagą schował do kieszeni i, obejrzawszy pana Winkle od stóp do głowy, powiedział:
„A to pięknie się pan prowadzi!“
„Co to znaczy?“ zapytał pan Winkle z oburzeniem; „wyjdź stąd natychmiast! Co to znaczy?“
„Co to znaczy? A to doskonałe, jak powiedziała pewna dama do pasztetnika, który zamiast pasztetu sprzedał jej sam tłuszcz; co to znaczy? A to wyborne!“
„Otwórz drzwi i zaraz mi się stąd wynoś!“
„Wyniosę się stąd, panie, akurat w tej samej chwili, co i pan“, odrzekł Sam tonem stanowczym i siadł z powagą.
„Jeżeli jednak będę zmuszony wziąć pana na plecy, to wyjdę o małą chwilę prędzej. Ale pozwól mi pan mieć nadzieję, iż nie dojdziemy do tej ostateczności, jak mówił pewien gentleman do upartego ślimaka, który nie chciał wyłazić ze skorupy, mimo że go kłuł szpilką, i który wskutek tego był zmuszony rozgnieść go między drzwiami“.
W końcu tej przydługiej mowy, Sam oparł sobie ręce na kolanach i począł wpatrywać się w pana Winkle z wyrazem twarzy, z którego można było odgadnąć, iż nie ma bynajmniej ochoty żartować.
„Doprawdy“, mówił dalej z wyrzutem, „bardzo miły z pana młodzieniec; wikłasz pan ciągle gubernatora w najrozmaitsze głupstwa, gdy gubernator postanowił sobie robić wszystko według zasad. Pan jesteś gorszy, niż Fogg. Oni są aniołami w porównaniu z panem“.
Ostatniej tej sentencji towarzyszyło uderzenie po kolanie, poczem Sam założył ręce z miną pogardliwą i pochylił się na krześle, jakby czekając na obronę przestępcy.
„Mój poczciwy Samie“, rzekł pan Winkle, podając mu rękę, „szanuję twe przywiązanie do mego zacnego przyjaciela; szczerze mówię, że jestem bardzo zmartwiony tem, iż nabawiłem go niepokoju. No, Samie, no!“
Gdy to mówił, zęby szczękały mu z zimna, gdyż przez cały ciąg lekcji Wellera, stał w nocnem ubraniu.
„To dobrze“, odrzekł Sam gniewnym tonem, ściskając wszakże z szacunkiem podaną sobie rękę; „bardzo dobrze, jeżeli kto wkońcu przyznaje się, że zawinił. Ale ja, gdybym mógł, tobym nikomu nie robił przykrości; takie jest moje zdanie“.
„Rozumie się, Samie, rozumie się. A teraz idź spać; pomówimy o tem jutro“.
„Przykro mi, panie, ale nie mogę iść spać“.
„Nie możesz?“
„Nie, nie mogę“, odrzekł Sam potrząsając głową; „nie mogę...“
„Przecież nie chcesz jechać tej nocy?“ zawołał pan Winkle mocno zdziwiony.
„Nie odjadę, chybaby pan żądał tego koniecznie... ale pokoju tego także nie mogę opuścić. Rozkazy gubernatora są stanowcze“.
„No, no, Samie; muszę pozostać tu parę dni, a co więcej, trzeba, żebyś i ty został, by mi dopomóc, gdyż chcę się zobaczyć z pewną damą... panną Allen, Samie. Przypominasz ją sobie?“
Ale w odpowiedzi na wszystkie te nalegania, Sam tylko energicznie potrząsnął głową, odpowiadając ze stanowczością: „To być nie może“.
Nakoniec, po wielu argumentacjach i wywodach ze strony pana Winkle, po szczegółowem przedstawieniu wszystkiego, co zaszło podczas ostatniego widzenia się z panem Dowlerem, wierny sługa zawahał się. Wreszcie obie strony zawarły układ, którego główne artykuły przedstawiały się następująco:
Sam oddali się i pozostawi pana Winkle w wolnem posiadaniu jego pokoju, pod warunkiem, iż wolno mu będzie zamknąć drzwi wchodowe i zabrać klucz ze sobą, z zastrzeżeniem wszakże, iż nie omieszka otworzyć bezzwłocznie w razie pożaru, lub jakiego analogicznego wypadku; pan Winkle napisze nazajutrz do pana Pickwicka list, który odwiezie mu Dowler, a w którym żądać będzie dla siebie i Samuela pozwolenia na pozostanie w Bristolu, by mogli doprowadzić do skutku zamiar, który obszernie będzie wytłumaczony, jeżeli odpowiedź będzie przychylna; strony zawierające umowę pozostają narazie w Bristolu; w razie odmownej odpowiedzi powrócą bezzwłocznie do Bath; nakoniec pan Winkle stanowczo zobowiązuje się, w oczekiwaniu odpowiedzi, nie uciekać ani przez okno, ani przez komin, ani w żaden inny podstępny sposób.
Po należytem zratyfikowaniu tego traktatu, Sam zamknął drzwi i wyniósł się.
Już zstępował ze schodów, gdy wtem zatrzymał się nagle.
„Ach!“ powiedział do siebie, wydobywając klucz z kieszeni i powracając, „zupełnie zapomniałem o powaleniu. Sam gubernator zalecił to... Ba! Wszystko jedno!“ powiedział po chwili, chowając klucz znowu, „można to zrobić jutro, również dobrze, jak dziś“.
Uspokojony widocznie tą uwagą, Sam poszedł dalej po schodach, już bez dalszych wyrzutów sumienia, i wkrótce zasnął głęboko, tak jak i inni mieszkańcy oberży.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.