Strona:Karol Dickens - Klub Pickwicka 03.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Ja zawsze przeznaczałem ich dla siebie; są dla siebie jakby stworzeni; przyszli na świat jedno dla druiego“, rzekł pan Allen, uroczyście stawiając szklankę. „Ale widocznie ręka przeznaczenia wmieszała się tu, kochany panie; między nimi jest tylko pięć lat różnicy i oboje urodzili się w sierpniu“.
Panu Winkle bardzo o to chodziło, by się dowiedzieć reszty, wyraził więc swe zdumienie tym niezwykłym i wprost cudownym faktem. Wobec tego Ben, uroniwszy parę łez, mówił dalej, że pomimo całego swego szacunku, poważania i czci, jakie odczuwa dla swego przyjaciela, siostra jego Arabella niewdzięcznie i bez żadnej racji okazywała zawsze najżywszy wstręt osobie Boba.
„Sądzę“, powiedział wkońcu, „że kryje się w tem jakaś dawniejsza skłonność“.
„Czy nie domyśla się pan osoby?“ zapytał drżąc pan Winkle.
Pan Ben Allen pochwycił pogrzebaczkę do kominka, bardzo wojowniczo okręcił nią nad głową, zadał śmiertelny cios jakiejś wyimaginowanej głowie i zakończył to w sposób nader wymowny:
„Chciałbym ją znać. Dałbym jej należycie do zrozumienia, co myślę!“
Przez cały ten czas pogrzebaczka wirowała z większą jeszcze gwałtownością, niż przedtem.
Wszystko to, jak można domyśleć się, było bardzo pocieszające dla pana Winkle, który przez kilka minut zachowywał milczenie; wkońcu jednak zebrał całą swą odwagę i zapytał, czy panna Allen jest obecnie w Kent?
„O! Nie, nie!“ odrzekł Ben, stawiając pogrzebaczkę i przybierając minę bardzo przebiegłą. „Byłem zdania, iż dom pana Wardle nie bardzo jest odpowiedni dla takiej upartej dziewczyny. A ponieważ jestem jej naturalnym opiekunem, gdyż nasi krewni wymarli, sprowadziłem ją tu, by przepędziła kilka miesięcy u starej naszej ciotki, w domku pięknym, choć leżącym na uboczu. Spodziewam się, że ją to wyleczy. Jeżeli to się nie uda, wywiozę ją na jakiś czas zagranicę — a potem zobaczymy“.
„A... a to... ciotka... mieszka w Bristolu?“ wybełkotał pan Winkle.
„Nie, nie w Bristolu“, odrzekł Ben, wskazując palcem poza prawe swe ramię. „Tam mieszka; ale sza! Oto Bob. Ani słowa, mój przyjacielu, ani słowa!“
Rozmowa ta, chociaż tak krótka, żywo zaniepokoiła pana Winkle. Dawniejsza skłonność, której obawiał się Ben, wzburzyła mu serce. Miałżeby on być jej przedmiotem? Czy to dla niego urocza Arabella wzgardziła dowcipnym Bobem Sawyer? Czy też miał innego szczęśliwego rywala? Posta-