Klub Pickwicka/Rozdział dziewiąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział dziewiąty.
Odkrycie i pogoń.

Podano wieczerzę, ustawiono krzesła przy stole, butelki i szklanki uporządkowano na bufecie, słowem wszystko zapowiadało jedną z najbardziej miłych chwil w ciągu doby.
„Gdzie jest Rachela?“ zapytał pan Wardle.
„I pan Jingle?“ dodał pan Pickwick.
„A to dziwne!“ rzekł gospodarz. „Jak się to stało, żeśmy dotąd nie zauważyli ich nieobecności. Od dwóch najmniej godzin nie słyszę ich głosu. Emiljo, zadzwońno, moja kochana!“
Rozległ się głos dzwonka i wszedł pyzaty chłopiec.
„Gdzie jest panna Rachela?“
Nic nie wiedział.
„Więc gdzie jest pan Jingle?“
I tego nie umiał powiedzieć.
Wszyscy się zdziwili. Było już późno; minęła jedenasta, pan Tupman śmiał się w duchu, gdyż był pewny, że gdzieś w kącie pan Jingle rozmawia o nim z ciotką-panną.
„A to szczególna zabawa! Ha! ha! ha!“
„To nic“, rzekł pan Wardle po krótkiej pauzie. „Jestem pewny, że zaraz przyjdą, a z kolacją nie zwykłem czekać na nikogo“.
„Rozumna zasada!“ zawołał pan Pickwick. „Doskonała!“
„Siadajcie, państwo, siadajcie“, mówił dalej gospodarz.
„I owszem“, rzekł pan Pickwick.
Siedli.
Na stole leżał olbrzymi kawał wołowiny na zimno; pan Pickwick otrzymał sporą jej porcję. Właśnie podniósł widelec do ust i miał już je otworzyć dla wprowadzenia odpowiedniego kawałka, gdy wtem powstał w kuchni wielki hałas. Pan Pickwick podniósł głowę i położył widelec; pan Wardle przestał krajać i mimowoli upuścił nóż, który sterczał już w mięsie. Spojrzał na pana Pickwicka, pan Pickwick spojrzał na niego.
W korytarzu dały się słyszeć ciężkie kroki. Drzwi jadalnego otworzyły się i służący, który czyścił buty pana Pickwicka w dniu jego przybycia, wpadł na środek pokoju, a za nim pyzaty chłopiec i reszta służby.
„Co to wszystko znaczy?“ zapytał gospodarz.
„Czy pali się w kominie?“ zapytała stara dama.
„Nie babciu“, krzyknęły obie panny.
„Co się stało?“ zapytał znowu gospodarz.
Służący sapnął a potem rzekł zadyszanym głosem:
„Pojechali, panie“.
W tej chwili zauważono, że pan Tupman położył nóż i widelec i zbladł okropnie.
„Kto pojechał?“ zapytał gniewnie pan Wardle.
„Pan Jingle i miss Rachela, w powozie pocztowym, z pod Błękitnego Lwa w Muggleton! Byłem tam, ale nie mogłem ich zatrzymać; więc przybiegłem tu, by powiedzieć panu“.
„I to ja zapłaciłem za podróż!“ zawołał pan Tupman, wstając z rozpaczoną miną. „Wydrwił ode mnie dziesięć gwinei! Łapajcie go! Oszukał mnie! Tego za wiele! Zemszczę się! Nie zniosę tego!“
I wygłaszając bez związku tysiące wykrzykników tej samej treści, nieszczęśliwy gentleman w przystępie strasznego gniewu biegał dokoła stołu.
„Niech nas Bóg ma w swojej opiece!“ mówił pan Pickwick, patrząc ze zdziwieniem i przestrachem na ekscentryczne ruchy swego przyjaciela. „Oszalał! Co tu począć?“
„Co począć?“ odrzekł stary pan Wardle, który zwrócił tylko uwagę na ostatnie słowa swego gościa; „zaprzęgajcie konia do bryczki; pod Błękitnym Lwem wezmę pocztę i puszczę się za nimi w pogoń!“
„Gdzie ten łotr, Joe?“
„Jestem tu, ale to nie ja jestem łotr“, odezwał się pyzaty chłopiec.
„Dajcie mi go tu!“ ryknął pan Wardle, rzucając się ku nieszczęśliwemu chłopcu. „On był zapłacony przez tego infamisa Jingle, by zmylić ślad i dlatego opowiadał androny o mojej siostrze i panu Tupmanie“. (Tu pan Tupman padł na krzesło). „Dajcie mi go tu!“
„Trzymajcie ojca!“ krzyknęły razem wszystkie kobiety, a wśród ich przerażonych głosów słychać było wyraźne szlochanie pyzatego chłopca.
„Nie pozwalam, by mnie trzymano!“ krzyknął choleryczny starzec. „Panie Winkle, usuń ręce! Panie Pickwick, puść mię pan!“
W tej chwili zamieszania i nieładu, piękny zaiste widok przedstawiała filozoficzna postawa pana Pickwicka. Majestatyczna słodycz jaśniała na jego twarzy, chociaż nieco rozognionej wysiłkiem przy hamowaniu gwałtowności pana Wardle, którego formalnie objął wpół obiema rękami. Przez ten czas Joe został podrapany, wyszturchany i wypędzony z pokoju przez kobiety. Po jego zniknięciu puszczono pana Wardle i w tejże chwili oznajmiono, że powóz już gotów.
„Nie puszczajcie go samego!“ krzyczały kobiety, „jeszcze kogo zabije!“
„Ja z nim pojadę“, rzekł pan Pickwick.
„Pan jesteś zacny człowiek“, odrzekł pan Wardle, ściskając mu rękę. „Emmo, daj szal panu Pickwickowi, by sobie obwiązał szyję. Spiesz się. Pilnujcie tu babki, moje dzieci. No, czy pan gotów?“
Gdy usta i podbródek pana Pickwicka okręcono szalem, gdy wsadzono mu na głowę kapelusz a na ramiona narzucono okrycie, filozof odpowiedział twierdząco.
Dwaj przyjaciele wsiedli do bryczki a pan Wardle krzyknął:
„Ruszaj Tomie!“
I powóz szybko potoczył się po wąskich ulicach, wpadając w rowy i uderzając w płoty tak, że w każdej niemal chwili mógł się rozlecieć w kawałki.
„Czy dawno wyjechali?“ zapytał pan Wardle, stanąwszy u bramy „Błękitnego Lwa“, koło której, mimo spóźnionej pory, zebrało się nieco ludzi.
„Nie więcej niż trzy kwandranse“! odpowiedzieli razem wszyscy obecni.
„Powóz i cztery konie, natychmiast! Bryczka niech tu zostanie“.
„Spieszcie się, dzieci!“ krzyknął oberżysta, „powóz i cztery konie! Prędko! Prędko!“
Służba stajenna poczęła krzątać się. Zabłysły latarnie, ludzie rozbiegli się na wszystkie strony, podkowy końskie zastukały na bruku, powóz wytoczono z wozowni; wszystko było w ruchu.
„Cóż? Czy będzie gotowy tej nocy?“ krzyczał pan Wardle.
„Powóz jest już na dziedzińcu, panie,“ odrzekł oberżysta.
Rzeczywiście, powóz już stał; zaprzężono konie, pocztyljoni wsiedli na nie, a podróżni do powozu.
„Pocztyljon!“ zawołał pan Wardle, „siedem mil do następnej stacji w pół godziny“.
Pocztyljoni użyli biczów i ostróg, garsoni ukłonili się; podróżni ruszyli szalonym pędem.
„Piękne położenie!“ pomyślał pan Pickwick, gdy nadszedł czas refleksji. „Piękne położenie dla dożywotniego prezydenta klubu Pickwicka! Ciemny powóz, szalone konie, piętnaście mil na godzinę i po północy!“
Przez trzy czy cztery pierwsze mile, dwaj przyjaciele, pogrążeni w dumaniach, nie przemówili do siebie ani słowa; lecz gdy konie rozgrzawszy się poczęły gnać jak wicher, pana Pickwicka zanadto ożywiała szybkość ruchu, by mógł być niemy.
„Sądzę, że dopędzimy ich“, tak zaczął.
„Spodziewam się“, odrzekł jego towarzysz.
„Piękna noc“, ciągnął dalej pan Pickwick, spoglądając na księżyc, błyszczący spokojnie.
„Tem gorzej, bo im także księżyc przyświeca do ucieczki, a za godzinę już zajdzie“.
„Nie bardzo będzie miło jechać tak szybko pociemku“.
„Niewątpliwie“, odrzekł sucho pan Wardle.
Chwilowe uniesienie pana Pickwicka poczęło nieco opadać na myśl o niedogodnościach i niebezpieczeństwach wyprawy, w której przyjął udział tak lekkomyślnie. Z niemiłych tych rozmyślań wyrwały go głosy pocztyljonów:
„Hej! hej! hej! hej!“ krzyczał pierwszy.
„Hej! hej! hej! hej!“ ryczał drugi.
„Hej! hej! hej! hej!“ wrzeszczał pan Wardle. połowę ciała wysunąwszy z powozu.
„Hej! hej! hej! hej!“ powtórzył pan Pickwick, przyłączając się do chóru krzyczących, chociaż nie miał najmniejszego wyobrażenia, co to wszystko znaczy.
Wśród tych powszechnych krzyków powóz stanął.
„Co się stało?“ zapytał pan Pickwick.
„Rogatka“, odpowiedział stary Wardle, „dowiemy się coś o zbiegach“.
Po pięciu minutach, spędzonych na kołataniu i bezustannem krzyczeniu, wyszedł z domku strażniczego staruszek, ubrany tylko w spodnie i koszulę, i otworzył rogatkę.
„Jak dawno przejeżdżał tędy powóz?“ zapytał pan Wardle.
„Jak dawno?“
„Tak, jak dawno?“
„Doprawdy, że nie wiem. I dawno i nie dawno, tak jakoś po środku“.
„Czy przynajmniej przejeżdżał?“
„A! Przejeżdżał, przejeżdżał powóz“.
„Ile czasu odtąd upłynęło, mój przyjacielu?“ rzekł pan Pickwick. „Godzina?“
„A, bardzo być może“, odpowiedział strażnik.
„Może dwie godziny?“ zapytał pierwszy pocztyljon.
„Może i dwie godziny“, odrzekł zapytany z powątpiewaniem.
„W drogę!“ krzyknął rozgniewany pan Wardle; „dość już czasu straciliśmy z tym niedołęgą“.
„Niedołęgą!“ powtórzył strażnik, drwiąco, spoglądając na powóz, malejący w miarę jak się oddalał. „No, nie; nie taki niedołęga, jak myślicie. Straciliście tu dziesięć minut i wiecie akurat tyle co przedtem. Jeżeli wszyscy koledzy po drodze wzięli po gwinei, a zarobią ją w połowie tak uczciwie, jak ja, to nie dopędzisz ich i do świętego Michała, mój ty gruby panie...“
Po tym ironicznym monologu stary strażnik zamknął rogatkę, wszedł do domku i zaryglował drzwi za sobą.
Tymczasem nasi podróżni pędzili bez wytchnienia. Księżyc, jak to przepowiedział pan Wardle, szybko zachodził za czarne chmury, od niejakiego już czasu przesuwające się po niebie, które teraz połączyły się w jedną czarną masę. Duże krople deszczu uderzały o okna powozu, jakby zapowiadając nadejście burzy. Wiatr, wiejący prosto w oczy, na wąskiej drodze przemieniał się w wicher i smutno jęczał pomiędzy drzewami. Pan Pickwick zapiął starannie surdut, wcisnął się wygodnie w kąt i wpadł w głęboki sen, z którego wyrwało go wkrótce ustanie wszelkiego ruchu, odgłos dzwonka i donośne krzyki: „Koni; koni natychmiast!“
Ale tu nastąpiła innego rodzaju zwłoka. Pocztyljoni spali snem tak dziwnie głębokim, iż potrzeba było więcej niż pięciu minut, by każdego obudzić. Masztalerz zgubił klucz od stajni, a gdy go wreszcie znaleziono, dwaj zaspani chłopcy poprzemieniali uprząż, tak, że trzeba było na nowo rozpoczynać całą operację zaprzęgania. Gdyby pan Pickwick był sam, przeszkody te, mnożące się na każdym kroku, rychłoby położyły kres pogoni; ale stary Wardle nie zrażał się tak łatwo. Tyle rozwinął dobrej woli, popychając jednego, szturchając drugiego, tu podając łańcuch, tam podpinając sprzączkę, że powóz był gotów do drogi w nierównie krótszym czasie, aniżeli można było spodziewać się, zważywszy na takie trudności.
Zaczęli więc znowu podróż, w warunkach bez wątpienia niezbyt zachęcających. Do stacji było 15 mil, noc ciemna, wiatr gwałtowny, deszcz ulewny. Niepodobieństwem było jechać prędko, walcząc przeciw tylu przeszkodom; to też dojechano dopiero po dwóch godzinach. Ale tu ukazał się przedmiot, który ożywił odwagę i podniósł nieco upadającego ducha podróżnych.
„Kiedy ten powóz przybył tu?“ zapytał stary Wardle, wskazując na jeszcze mokrą bryczkę, stojącą na dziedzińcu.
„Dopiero przed kwadransem“, odpowiedział stajenny, do którego zwrócone było to pytanie.
„Z damą i gentlemanem?“ zapytał znowu pan Wardle, drżący od niecierpliwości.
„Tak, panie“.
„Gentleman we fraku, długonogi, szczupły?“
„Tak, panie“.
„Dama w średnim wieku, twarz chuda, skóra i kości? Co?“
„Tak panie“.
„Pickwick, to oni!“ zawołał stary gentleman.
„Byliby prędzej tu przyjechali“, mówił dalej stajenny, „ale złamał się im dyszel“.
„To oni!“ krzyknął Wardle. „Na Jowisza! Powóz i cztery konie! Natychmiast! Dopędzimy ich jeszcze przed następną stacją. Hej! Pocztyljon! Prędko! Każdemu po gwinei! Spieszcie się! Spieszcie się, dzieci!“
Zachęcając w taki sposób, stary gentleman biegał to na prawo, to na lewo, zajmując się wszystkiemi szczegółami z energją, która udzieliła się nawet panu Pickwickowi. Pod tym wpływem filozof zaplątał swe nogi w uprzęży, przycisnął koło brzuchem, wyobrażając sobie i wierząc mocno, że znakomicie przyczynia się do przyspieszenia odjazdu.
„Właź pan, właź prędzej!“ zawołał stary Wardle, siadając do powozu i zamykając za sobą drzwiczki.
Pan Pickwick znajdował się z drugiej strony i nim miał czas zdać sobie sprawę z tego, o co chodziło, uczuł jak go podnosi stary gentleman i wpycha posługacz stajenny. Konie ruszyły z kopyta.
„To się nazywa dzielnie jechać!“ zawołał pan Wardle z zadowoleniem.
O tem, że jechali dzielnie, dostatecznie przekonywała pana Pickwicka ta okoliczność, iż nieustannie wchodził w styczność albo z twardemi bokami powozu albo ze swym towarzyszem.
„Trzymaj się pan mocno“, rzekł barczysty starzec do filozofa, który właśnie uderzył głową o sam środek jego przestronnej kamizelki.
„Nigdy w życiu tak mną nie trzęsło“, odrzekł pan Pickwick.
„Nie zważaj pan na to“, odpowiedział jego towarzysz. „To się prędko skończy“.
Pan Pickwick wsunął się w kąt jak mógł najgłębiej a powóz potoczył się jeszcze prędzej.
W ten sposób ujechali około trzech mil, gdy pan Wardle, który od kilku minut trzymał głowę wysuniętą za okno, cofnął ją całą obryzganą błotem i zawołał zadyszany z niecierpliwości:
„Oto są!“
Pan Pickwick wysunął natychmiast głowę za drugie okno i ujrzał w niewielkiej odległości powóz, pędzący równie chyżo.
„Prędzej! prędzej!“ wrzeszczał stary gentleman. „Po dwie gwineje pocztyljonom! Dopędzajcie ich! Dopędzajcie!“
Konie z pierwszego powozu biegły z największą szybkością, konie pana Wardle pędziły zawzięcie za niemi.
„Widzę jego głowę!“ zawołał choleryczny starzec. „Niech mnie Bóg skarze, jeżeli nie widzę jego głowy!“
„I ja także!“ odrzekł pan Pickwick, „to on!“
Nie mylił się. W oknie pierwszego powozu najdokładniej było widać twarz pana Jingle, zupełnie okrytą błotem od kół. Ruchy jego rąk, któremi gwałtownie wymachiwał ku pocztyljonom, przekonywały, że zachęcał ich do pośpiechu.
Napięcie stało się ogromne; pola, drzewa, ploty tylko migały obok nich z szybkością wichru. Już dojeżdżali do pierwszego powozu; słyszeli wśród turkotu kół głos pana Jingle, łającego pocztyljonów. Stary Wardle pienił się ze złości; sypał tuzinami „łotrów, łajdaków“, zaciskał pięście i groził niemi przedmiotowi swego oburzenia; ale na obraźliwe wyrazy pan Jingle odpowiadał tylko drwiącym uśmiechem, potem okrzykiem triumfu, gdy konie, powolne wzrastającej energji bicza i ostróg, podwoiły szybkość i zostawiły goniących nieco w tyle.
Pan Pickwick cofnął głowę od okna, pan Wardle, zmęczony krzykiem, uczynił to samo, gdy wtem gwałtowne wstrząśnienie rzuciło ich ku przodowi powozu. Rozległ się okropny trzask, koło odleciało i powóz przewrócił się.
Po kilku chwilach zamięszania, podczas których słychać było tylko tupanie koni i brzęk tłukących się szyb, pan Pickwick uczuł, jak ko gwałtownie wyciągano z pod szczątków powozu, a gdy stanął na nogach i wyplątał głowę z szala, co w bardzo znacznym stopniu utrudniało funkcjonowanie jego okularów, wtedy dopiero ocenił cały rozmiar klęski. Dniało, i scena cała była najdoskonalej oświecona światłem porannem.
Stary Wardle stał przy nim, bez kapelusza, w podartem ubraniu. U stóp jego leżał pogruchotany powóz. Pocztyljoni obryzgani błotem, odciąwszy postronki, stali przed końmi. O sto kroków na przodzie widać było drugi powóz, który zatrzymał się na odgłos katastrofy. Jego pocztyljoni z drwiącą miną spoglądali z wysokości swych siodeł na zdemontowanych przeciwników, a tymczasem pan Jingle patrzał z widocznem zadowoleniem na ruinę swych prześladowców.
„A co?“ zawołał bezczelny komedjant, „czy nikt nie potłukł się? Gentleman już w pewnym wieku; odpowiedniej ciężkości; to niebezpieczne, bardzo niebezpieczne“.
„Kanalja!“ wrzasnął pan Wardle.
„A! Tak!“ odrzekł pan Jingle, a potem dodał, mrugając okiem i z chytrą miną wskazując na wnętrze powozu. „Dobrze się ma, składa swoje uszanowanie, prosi, byście się panowie nie fatygowali! Ukłon staremu Tuppy... Może chcecie przysiąść się z tyłu? W drogę, pocztyljonie!“
Pocztyljoni wsiedli na konie, powóz potoczył się a pan Jingle, wysunąwszy rękę za drzwiczki, począł machać chustką na znak pożegnania.
Nic jednak w całej tej awanturze nie zamąciło zawsze spokojnego umysłu pana Pickwicka; nawet wywrócenie się powozu i własnej jego osoby. Ale nie mógł znieść cierpliwie bezwstydu człowieka, który, pożyczywszy pieniędzy u jego wiernego zwolennika, pozwalał sobie skracać jego nazwisko na Tuppy. Poczerwieniał aż do samych okularów i, mocno odetchnąwszy, rzekł powolnym i poważnym głosem:
„Jeżeli kiedykolwiek spotkam tego człowieka, to...“
„Tak, tak“, przerwał mu pan Wardle, „wszystko to bardzo pięknie, ale gdy my tu rozmawiamy, oni dostaną indult i pobiorą się w Londynie“.
Pan Pickwick zamilkł i zachował zemstę w głębi serca.
„Jak daleko stąd do pierwszej stacji?“ zapytał pan Wardle jednego z pocztyljonów.
„Sześć mil; czy tak, Tomie?“
„Cokolwiek więcej“.
„Trochę więcej, jak sześć mil, panie“.
„Niema sposobu, trzeba iść piechotą, panie Pickwick“, rzekł pan Wardle.
„Niema sposobu“ powtórzył ten prawdziwie wielki mąż.
Z rozkazu pana Wardle jeden z pocztyljonów pojechał konno naprzód, by zamówić inny powóz, drugi zaś pozostał, by pilnować rozbity powóz. Tymczasem stary gentleman i pan Pickwick śmiało puścili się w drogę, starannie okręciwszy się szalami i nasunąwszy kapelusze na uszy, by o ile można ochronić się od deszczu, który poczynał padać.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.