Klub Pickwicka/Rozdział dwudziesty czwarty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział dwudziesty czwarty.
W którym dama w papilotach jest trwożliwa, a pan Magnus zazdrosny, co oddaje pickwickistów w szpony Prawa.

Zszedłszy do sali, w której dnia poprzedniego jadł obiad, pan Pickwick zastał tam pana Magnusa, który przechadzał się mocno wzruszony, i zauważył, że gentleman ten przywdział na siebie większą część garderoby, zawartej w dwóch torbach podróżnych i pudle, co się bardzo dodatnio odbiło na jego powierzchowności.
„Dzień dobry panu“, rzekł pan Magnus. „Jakże teraz wyglądam?“
„Okropnie niebezpiecznie“, odrzekł filozof, przypatrując się z uśmiechem ubiorowi konkurenta.
„O! Sądzę, że to poskutkuje, panie Pickwick; posłałem już mój bilet wizytowy“.
„Czy tak?“
„Tak, i otrzymałem odpowiedź, że ona czekać będzie na mnie o jedenastej. O jedenastej panie; to znaczy za kwadrans!“
„O! To już niedługo!“
„Tak, już niedługo... O! Panie Pickwick!“
„W takich razach pewność siebie jest ważną rzeczą“, rzekł pan Pickwick.
„A tak, panie. Ja mam wielką pewność siebie. Doprawdy, panie Pickwick, nie rozumiem, dlaczegobym miał mieć choć odrobinę obawy w tym wypadku. Bo, zresztą, cóż może być prostszego? Przecież niema w tem nic ubliżającego. Jest to sprawa, zależąca od wzajemnego porozumienia się, nic więcej. Mąż z jednej strony, żona z drugiej. Takie jest moje zdanie, panie Pickwick...“
„Zdanie bardzo słuszne. Ale śniadanie czeka na nas, panie Magnus“.
Zabrano się do śniadania; lecz pomimo swych przechwałek, pan Magnus był widocznie bardzo poruszony, co objawiało się sileniem się na żarty, stratą apetytu, skłonnością do przewrócenia imbryka i niepohamowaną chęcią spoglądania co dwie sekundy na zegar.
„Chi, chi, chi!“ krztusił się, udając wesołość; „już tylko dwie minuty, panie Pickwick. Czy nie jestem blady?“
„Niebardzo“.
Nastąpiło krótkie milczenie.
„Powiedz mi pan, panie Pickwick, czy w swoim czasie znajdował się pan kiedy w takiem położeniu jak ja dziś?“
„Chce pan wiedzieć czym się kiedy oświadczał?“ rzekł pan Pickwick.
„Tak“.
„Nigdy!“ odrzekł pan Pickwick z wielką energją, „nigdy!“
„W takim razie nie może pan wiedzieć, jak w takich wypadkach należy postępować“, zauważył pan Magnus.
„O! Mogę mieć o tem pewne wyobrażenie; ale ponieważ nigdy nie robiłem podobnych doświadczeń, nie mogę panu doradzać, byś postępował według moich wskazówek“.
Pan Magnus znowu spojrzał na zegar; było pięć minut do jedenastej. Potem zwrócił się do pana Pickwicka, mówiąc:
„Mimo to byłbym panu wdzięczny, gdyby zechciał mi pan powiedzieć swoje zdanie o tem“.
„Otóż panie“, rzekł uczony uroczystym tonem, który zdaniu jego nadawał szczególnej powagi w razach, gdy to uważał za wskazane, „zacząłbym, panie, od złożenia hołdu wdziękom i przymiotom duszy. Od tego, panie, przeszedłbym do wykazania, że nie jestem godzien...“
„Bardzo dobrze!“ zawołał pan Magnus.
„Niegodzien, ale jej tylko, rozumie pan?... Uważaj pan na to, gdyż aby okazać, iż nie jestem bezwzględnie niegodny, zrobiłbym krótki przegląd własnej mojej przeszłości i obecnego położenia; z tego, posługując się prawem analogji, wywiódłbym, iż mógłbym być pożądany przez inne osoby. Następnie rozwodziłbym się nad ogniem mojej miłości i głębią przywiązania. Wtedy możebym próbował owładnąć jej ręką“.
„Tak, tak, to właśnie chwila“, zauważył pan Magnus.
„Potem“, mówił pan Pickwick, ożywiając się w miarę, jak sam przedmiot coraz wyraźniej mu się przedstawiał, „potem przeszedłbym do tego prostego pytania: czy chce pani być moją żoną? Sądzę, iż według wszelkiego prawdopodobieństwa, dama w tej chwili odwróci głowę“.
„Czy myśli pan, iż można to wziąć za znak, że zgadza się na to?“ przerwał pan Magnus. „Bo, widzi pan, jeżeli ona w tej chwili nie odwróci głowy, to co począć?“
„Sądzę, panie, że odwróci; wtedy ja pochwyciłbym jej rękę i sądzę — ja sądzę — panie Magnus, że uczyniwszy to, a przypuszczając, że nie da odmownej odpowiedzi, odjąłbym zwolna chustkę, którą trzymać będzie przy oczach, jeżeli mnie nie myli słaba moja znajomość natury ludzkiej, i skradłbym całusa z całym zresztą należnym szacunkiem; tak jest, sądzę, że skradłbym, i jestem przekonany, że dama w tej samej chwili wyszeptałaby mi do ucha wstydliwe przyzwolenie“.
Pan Magnus wstał, patrzał jakiś czas w milczeniu na pana Pickwicka, potem gorąco uścisnął mu rękę i (zegar wskazywał dziesięć minut po jedenastej) jak opętany wybiegł za drzwi...
Pan Pickwick zaczął chodzić tam i sam po pokoju a gdy wielka wskazówka zegaru, idąc jak pan Pickwick, doszła do dwunastej, drzwi nagle otworzyły się. Filozof odwrócił się, by złożyć swe życzenia panu Magnusowi; ale zamiast niego, ujrzał wesołą twarz pana Tupmana, wojowniczą postawę pana Winkle i natchnione rysy pana Snodgrassa.
Gdy pan Pickwick witał się z nimi, wszedł pan Magnus.
„Moi przyjaciele“, rzekł filozof, „oto jest gentleman, o którym wam mówiłem, pan Piotr Magnus“.
„Witam panów“, rzekł pan Magnus, widocznie w stanie wielkiej egzaltacji. „Panie Pickwick, pozwól pan, że przez chwilę pomówię z panem na osobności“.
To rzekłszy, pan Magnus wsunął palce w jedną z dziurek od ubrania pana Pickwicka i pociągnął go za sobą ku oknu.
„Powinszuj mi pan“, powiedział; „poszedłem najzupełniej za pańską radą“.
„Czy była dobra?“
„Nie mogła być lepszą. Ona już jest moja, panie Pickwick“.
„Gratuluję panu z całego serca“, odrzekł filozof, ściskając rękę swego nowego znajomego.
„Trzeba, byś ją pan zobaczył... Tędy, panie. Panowie pozwolą, że oddalimy się na chwilę“.
To mówiąc, triumfujący kochanek pociągnął za sobą pana Pickwicka, podszedł z nim do drzwi sąsiedniego pokoju i lekko zapukał.
„Proszę wejść“, odezwał się głos kobiecy.
Weszli...
„Miss Witherfield“, rzeki pan Magnus, „pozwoli pani przedstawić sobie jednego z moich najlepszych przyjaciół, pana Pickwicka... Panie Pickwick, przedstawiam pana pannie Witherfield“.
Dama znajdowała się w drugim końcu pokoju. Pan Pickwick ukłonił się a jednocześnie wyjął z kieszeni okulary i osadził je na nosie. Ale zaledwie je tam umieścił, krzyknął z zdziwienia i cofnął się kilka kroków. Dama ze swej strony krzyknęła również, zakryła twarz rękami i padła na krzesło... Pan Piotr Magnus, jak skamieniały, spoglądał na jedno i na drugie, a twarz wykrzywiła mu się ze zdziwienia i przerażenia.
Ten teatralny efekt był wprost nie do pojęcia... Rzecz zaś cała miała się tak, iż pan Pickwick, założywszy okulary, w przyszłej pani Magnus poznał natychmiast damę, do której pokoju zabłądził przeszłej nocy; dama zaś, gdy tylko pan Pickwick nałożył okulary, poznała fizjonomję, którą w nocy widziała w szlafmycy... Wskutek tego dama krzyknęła, a pan Pickwick zadrżał...
„Co to znaczy, panie Pickwick? Proszę mi powiedzieć, co to znaczy?“ zawołał pan Magnus głosem podniesionym i groźnym.
„Na to zapytanie nie dam panu odpowiedzi“, odrzekł pan Pickwick, nieco urażony gwałtownym tonem pana Magnusa.
„Nie da pan...“
„Nie dam, panie... Bez zezwolenia tej damy nie powiem nic takiego, coby mogło ją kompromitować lub budzić w niej niemiłe wspomnienie“.
„Miss Witherfield“, zaczął znowu pan Magnus, „czy zna pani tego pana?“
„Czy go znam?“ odrzekła z wahaniem dama w średnim wieku.
„Tak, czy pani go zna! Pytam czy zna go pani?“ powtórzył pan Magnus gwałtownie.
„Już go widziałam“, wyszeptała dama...
„Gdzie?“ zapytał pan Magnus, „gdzie?“
„Tego“, odrzekła dama, podnosząc się i odwracając głowę, „tego nie powiedziałabym za całe królestwo...“
„Pojmuję panią“, przerwał pan Pickwick „i szanuję jej delikatność. Ode mnie nikt się tego nie dowie. Bądź pani pewna“.
„Wierzaj mi pani“, zaczął znowu pan Magnus z gorzkim uśmiechem, „wierzaj mi, że mając na uwadze stosunki, jakie nas teraz łączą, wygląda to tak, jakby cała ta sprawa była dla pani dość obojętna, tak jest, pani, dość obojętna“.
„Okrutny!“ wyszeptała dama w średnim wieku i poczęła płakać...
Teraz wmieszał się pan Pickwick.
„Niech pan wyrzuty zwraca do mnie... Jeżeli kto ma tu sobie coś do wyrzucenia, to ja, tylko ja“.
„A! To pan ma sobie coś do wyrzucenia! Rozumiem! Rozumiem! Teraz żałuje pan swego postanowienia, prawda?“
„Jakiego postanowienia?“ powtórzył pan Pickwick.
„Tak, panie! O! Niech pan na mnie tak nie patrzy! Pamiętam pana, co mi pan mówił wczoraj wieczorem, że przybył pan tu, by zedrzeć maskę fałszu i obłudy z osoby, w której dobrej wierze pokładałeś pan całą ufność. Ach! Panie!“
Tu pan Magnus wybuchnął szyderczym śmiechem, potem zaś zdjąwszy niebieskie okulary, które w przystępie zazdrości poczytał za zbyteczne, począł okropnie przewracać swemi małemi oczkami.
„Odpowie mi pan za to!“ dodał następnie z wielką złością.
„Za co mam odpowiadać? Może zechce mię pan objaśnić!“ zapytał pan Pickwick.
„Bynajmniej!“ odpowiedział pan Magnus, szybko chodząc po pokoju. „Bynajmniej!“
Musi być coś bardzo wymownego w tem słowie „Bynajmniej“, nie przypominamy bowiem sobie żadnej kłótni, której byliśmy świadkami — czy to w teatrze, czy na ulicy, czy w restauracji czy gdzieindziej — żeby właśnie w ten sposób nie odpowiedziano na najbardziej zaczepne pytania. „I pan uważa się za gentlemana?!“ „Bynajmniej!“ — „Może pan pozwoli, żebym ja zamiast pana mówił z tą damą?!“ „Bynajmniej!“ — „Może pan chce, żebym panu rozwalił łeb?!“ „Bynajmniej!“ — Zauważyłem również, że musi być jakieś ukryte szyderstwo w owem uniwersalnem „Bynajmniej“, budzi ono bowiem w indywiduum, do którego jest zwrócone, większe oburzenie, niż każda inna otwarta obelga.
Nie będziemy twierdzić, że ów wyraz wywołał w piersi pana Pickwicka takie samo oburzenie, jakie byłby wywołał w każdej innej prostackiej piersi. Notujemy jedynie fakt, że pan Pickwick otworzył drzwi i zawołał:
„Tupman! Proszę cię! Wejdź tutaj!“
Pan Tupman niezwłocznie stawił się, nadzwyczaj zdziwiony.
„Tupman“, rzekł pan Pickwick, „tajemnica delikatnej natury, dotycząca tej damy, jest powodem nieporozumienia między mną a tym gentlemanem. Ale zapewniam go tu, w twojej obecności, że tajemnica ta wcale nie dotyczy ani jego osoby, ani jego stosunków z tą damą. Po tem, com powiedział, nie mam potrzeby nadmieniać ci, iż jeżeli ten gentleman nie będzie wierzył moim oświadczeniom, to będzie to oznaczało, że wątpi o prawdzie słów moich, co poczytam za obrazę osobistą“.
To wyrzekłszy, pan Pickwick rzucił na pana Magnusa wzrok, zawierający całą encyklopedję pogróżek.
Czcigodna i poczciwa postać pana Pickwicka, oraz przekonywająca siła wymowy, którą odznaczał się ten znakomity mąż, nie byłyby bez wpływu na żaden rozsądny umysł. Ale, niestety, w tej chwili umysł pana Magnusa nie podlegał władzom rozsądku.
Pan Magnus, zamiast przyjąć jak należy wyjaśnienie filozofa, zaczął teraz biegać po pokoju, wyrywając sobie włosy i nastroił na jeszcze wyższy ton swój gniew i groźby... Chwilowo tylko przerywał te zajęcia, ale to tylko w tym celu, by raz i drugi machnąć pięścią pod samym filozoficznym nosem pana Pickwicka.
Silny prawością swą i niewinnością, zmartwiony tem iż wplątał tę damę w sprawę tak nieprzyjemną, pan Pickwick był także w usposobieniu mniej niż zwykle pokojowem.
W konsekwencji głosy podniosły się. Padały coraz groźniejsze słowa. Pan Magnus powiedział panu Pickwickowi, że „jeszcze o nim usłyszy“, na co pan Pickwick z chwalebną uprzejmością odpowiedział, że „im później pan Magnus usłyszy, tem dla niego lepiej“. Na to dama w średnim wieku wybiegła przerażona z pokoju, z którego pan Tupman wyciągnął wreszcie Pickwicka, zostawiając pana Magnusa samego.
Gdyby dama w pewnym wieku więcej obracała się w świecie albo lepiej znała tych, którzy ustalają kanony i zwyczaje towarzyskie, wiedziałyby, że ten rodzaj okrutnych porachunków jest najniewinniejszy. Ponieważ jednak większą część życia spędziła na wsi i nigdy nie czytywała sprawozdań z parlamentu, nie była więc obznajomiona z temi subtelnościami naszej cywilizacji. Przyszedłszy do swego pokoju i starannie zaryglowawszy drzwi, poczęła rozmyślać o scenie, której była świadkiem. W wyobraźni swej widziała już okropny obraz morderstwa, widziała, jak pana Piotra Magnusa, cięższego o ćwierć funta ołowiu w piersiach, wnoszono do oberży na noszach. Im więcej rozmyślała nad tem, tem bardziej się trwożyła. Wkońcu postanowiła udać się do najwyższej władzy miejscowej i żądać bezzwłocznego aresztowania panów Pickwicka i Tupmana.
Dama w średnim wieku miała wiele powodów, by to uczynić; najważniejszym zaś był ten, iż w ten sposób przekonywała najmocniej pana Magnusa o swem do niego przywiązaniu i o swej dbałości o jego osobę... Znała zbyt dobrze jego zazdrość, by się odważyć na najmniejsze napomknienie o rzeczywistych przyczynach nieporozumienia, sądziła zaś, że, usunąwszy pana Pickwicka i nie dopuszczając do dalszych zwad, potrafi złagodzić gniew swego przyszłego. Więc z głową napełnioną temi myślami, wzięła szal i kapelusz i poszła prosto do mieszkania burmistrza...
Jerzy Nupkins esq., burmistrz miasta Ipswich, był wielką osobą, tak wielką, iż nawet najlepszy szybkobiegacz nie zdołałby spotkać podobnego mu, choćby chodził od wschodu do zachodu słońca i to w dniu 21-ym czerwca, to jest w dniu, według kalendarzy, najdłuższym w całym roku. Tego dnia rano, o którym mowa, pan Nupkins był bardzo zirytowany, gdy w mieście doszło do rewolucji. Chłopcy z największej szkoły uknuli spisek w celu powybijania okien jednej z przekupek, wygwizdali strażnika, rzucali kamieniami na policję, która wystąpiła, by stłumić powstanie, była zaś reprezentowana przez człeczynę w butach z wykładanemi cholewami, który to człeczyna pełnił obowiązki policjanta najmniej od pół wieku. Pan Nupkins siedział na kanapie, pałając gniewem i majestatycznie marszcząc brwi, gdy oznajmiono mu, iż jakaś dama chce się z nim rozmówić w interesie osobistym, ważnym i niecierpiącym zwłoki. Pan Nupkins, przybrawszy postawę spokojną i zarazem groźną, dał rozkaz wprowadzenia damy; rozkaz ten, jak wszystkie rozkazy królów, cesarzy i innych możnych tego świata, został bezwłocznie wykonany. Miss Witherfield, bardzo wzruszona, stanęła przed wielkim człowiekiem.
„Muzzle!“ zawołał urzędnik...
Muzzle był to służący niepoczesnej powierzchowności, z wielkim tułowiem i krótkiemi nogami.
„Muzzle!“
„Słucham, wasza wielmożność!“
„Podaj krzesło i wyjdź z pokoju!“
„Słucham, wasza wielmożność!“
„Teraz racz pani przedstawić swą sprawę“, rzekł burmistrz.
„Bardzo to dla mnie przykre, że muszę mówić o tej sprawie, ale obawiam się, iż odbędzie się tu pojedynek“.
„Tu, w Ipswich?“
„Tak“.
„Pojedynek w Ipswich!“ zawołał burmistrz zdziwiony do najwyższego stopnia... „To być nie może. Nic podobnego nie może się w tem mieście zdarzyć! Czy pani znana jest energja i sprawność władz miejscowych? Czy pani nie słyszała, że czwartego maja b. r., przybrawszy tylko sześćdziesięciu specjalnych konstablów, rzuciłem się między dwóch bokserów i, z narażeniem własnej osoby, wśród rozhukanej tłuszczy, powstrzymałem bójkę między Dumplingiem z Middlesex i Bantamem z Suffolk? Pojedynek w Ipswich! Nie przypuszczam, by się znalazło dwóch śmiałków, którzyby ważyli się dopuścić takiego gwałtu w tem mieście“.
„Na nieszczęście to, co mówię, jest najczystszą prawdą“, odrzekła dama w średnim wieku. „Byłam obecna przy kłótni“.
„To coś niesłychanego!“ zawołał zdumiony burmistrz.
„Muzzle!“
„Słucham, wasza wielmożność!“
„Niech tu przyjdzie pan Jinks! Zaraz! Natychmiast!“
Muzzle wyszedł.
Blady urzędnik w wieku dojrzałym, z ostrym nosem, licho odziany i widocznie licho karmiony, wszedł do pokoju.
„Panie Jinks!“ powiedział burmistrz. „Panie Jinks!“
„Słucham pana!“
„Panie Jinks, ta dama przybyła tu, by zawiadomić nas o pojedynku, mającym się odbyć w naszem mieście“.
Pan Jinks, nie wiedząc co odpowiedzieć, uśmiechnął się uśmiechem dependenta.
„Z czego się pan śmieje, panie Jinks?“ spytał burmistrz.
Pan Jinks natychmiast spoważniał.
„Panie Jinks“ powiedział burmistrz. „Pan jesteś głupi!“
Pan Jinks spojrzał pokornie na wielkiego człowieka i przygryzł koniec pióra.
„Może pan widzi coś bardzo komicznego w tej wiadomości, ale ja nie! Tu niema żadnego powodu do śmiechu!“
Wygłodzony człowiek westchnął jak człowiek przekonany, iż rzeczywiście mało ma powodów, by być wesołym. Potem, otrzymawszy rozkaz spisania zeznań, usiadł przy biurku.
„To ten Pickwick jest powodem wszystkiego?“ zapytał burmistrz, gdy spisano zeznanie.
„Tak jest“, odrzekła dama w średnim wieku.
„A ten drugi burzyciel pokoju jak się nazywa?“
„Tupman“, odrzekł pan Jinks.
„A wyzwany opuścił miasto, jak pani mówi?“
„Tak jest“, odrzekła dama w średnim wieku, odkaszlnąwszy.
„Bardzo dobrze. A! dwaj londyńscy awanturnicy przybyli tu, by tępić ludność Jej Królewskiej Mości, sądząc, że ramię sprawiedliwości jest bezwładne w takiej odległości od stolicy! Ale nauczymy ich! Wygotuj pan rozkaz aresztowania, panie Jinks. — Muzzle!“
„Słucham, waszą wielmożność!“
„Czy Grummer jest na dole?“
„Tak, wasza wielmożność“.
„Przyślij go na górę“.
Posłuszny Muzzle znikł i prawie natychmiast powrócił z przedstawicielem władzy, który odznaczał się czerwonym nosem, chrypliwym głosem, tabaczkowym surdutem, butami o ogromnych cholewach i błędnym wzrokiem.
„Grummer“, zapytał burmistrz, „miasto spokojne?“
„Dość, wasza wielmożność“, rzekł Grummer. „Umysły uspokoiły się, bo chłopcy ze szkoły poszli grać w piłkę“.
„Grummer“, mówił dalej burmistrz stanowczym tonem: „w takich czasach, jak obecne, skutkują tylko energiczne środki. Jeżeli nie będzie uszanowaną władza królewskich urzędników, trzeba odczytać akt o buncie. Jeżeli władza cywilna nie jest w stanie ochraniać okien, to trzeba, by władza wojskowa ochraniała władzę cywilną i okna. Sądzę, że jest to zgodne z konstytucją, panie Jinks?“
„Tak jest niezawodnie!“ odpowiedział pan Jinks.
„Doskonale!“ powiedział burmistrz, podpisując rozkaz aresztowania. „Przyprowadzisz mi tych ludzi jeszcze dzisiaj popołudniu, Grummer! Znajdziesz ich pod „Wielkim Białym Koniem“. Pamiętasz sprawę Dumplinga z Middlesex i Bantama z Suffolk?“
Grummer skinął głową, jakgdyby w ten sposób chciał powiedzieć, że nie zapomni nigdy — co było zresztą bardzo prawdopodobne, ponieważ mu ją codziennie przypominano.
„Ta sprawa stoi w jeszcze większej sprzeczności z konstytucją!“ mówił burmistrz. „Jest jeszcze większem naruszeniem spokoju i pogwałceniem prerogatyw Jej Królewskiej Mości. Zdaje mi się, że pojedynki należą do bezsprzecznych prerogatyw Jej Królewskiej Mości. Chyba się nie mylę, panie Jinks?“
„Zagwarantowane specjalnym paragrafem Magna Charta“, powiedział pan Jinks.
„Jest to jeden z najpiękniejszych klejnotów w koronie angielskiej, wymuszony przez baronów na Jej Królewskiej Mości. Chyba się nie mylę, panie Jinks?“
„Ani trochę!“ odparł Jinks.
„Doskonale“, powiedział burmistrz powstając dumnie. „Prerogatywa ta nie będzie pogwałcona w tej części kraju! Grummer! Dobierz sobie pomoc i wykonaj rozkaz w najkrótszym czasie! — Muzzle!“
„Jestem, wasza wielmożność!“
„Wyprowadź tę damę!“
Panna Witherfield oddaliła się pod wrażeniem mądrości i energji burmistrza. Pan Nupkins poszedł na śniadanie. Pan Jinks wszedł w siebie — było to jedyne miejsce, gdzie mógł wejść, posiadał bowiem tylko prawo do małej sofy w nocy. Sofa ta stała w pokoju, który za dnia służył gospodarzom za bawialnię. Pan Grummer poszedł zaś przelać otrzymane polecenie na innego przedstawiciela Jej Królewskiej Mości, pedela, co było zresztą jego zwyczajem.
Podczas gdy czyniono tak wielkie przygotowania, by utrzymać pokój w posiadłościach Jej Królewskiej Mości, Pan Pickwick i jego przyjaciele, nie przewidując gotujących się wypadków, siedzieli przy doskonałym obiedzie i najswobodniejsza wesołość panowała w ich towarzystwie. Właśnie pan Pickwick miał opowiedzieć swe zabawne przygody nocne, gdy otworzyły się drzwi i ukazała się w nich dziwna fizys, która utkwiła błędne oczy w pana Pickwicka. Następnie cały tułów, należący do tej dziwnej figury, wtoczył się do sali. Fizys, błędne oczy i tułów należały do Grummera.
Miejscowy ten przedstawiciel władzy postępował legalnie, ale w sposób dość osobliwy.
Pierwszą jego czynnością było zamknięcie drzwi od środka, drugą staranne wytarcie sobie twarzy chustka, trzecią włożenie rzeczonej chustki do kapelusza, czwartą nakoniec, wydobycie z kieszeni krótkiej pałeczki z miedzianą koroną, którym to instrumentem skinął na pana Pickwicka, z powagą, niby statua komandora.
Pan Snodgrass pierwszy przerwał milczenie. Przez kilka minut wpatrywał się w pana Grummera, potem powiedział z uśmiechem:
„To jest pokój prywatny, mój panie, prywatny pokój...”
Grummer potrząsnął głową i odrzekł:
„Niema prywatnych pokojów dla Jej Królewskiej Mości, skoro raz przekroczono drzwi od ulicy. Tak mówi prawo. Wielu ludzi twierdzi, że dom Anglika jest zamkiem. Ale to bzdura”.
Pickwickiści spojrzeli po sobie zdziwieni.
„Który tu jest pan Tupman?” zapytał Grummer. Pana Pickwicka, dzięki swej intuicji, poznał sam odrazu.
„Ja nazywam się Tupman”, rzekł ten gentleman.
„A ja nazywam się Prawo”, odpowiedział Grummer.
„Co?” zapytał pan Tupman.
„Prawo”, powtórzył Grummer. „Prawo, władza cywilna i wykonawcza; taki jest mój tytuł. A oto mój rozkaz: „Tupman (chrzestne imię in blanco); Pickwick (idem), jako burzyciele pokoju Jej Królewskiej Mości, na zasadzie statutów i rozporządzeń...” Wszystko w porządku. A więc aresztuję was, wyżej rzeczonych Tupmana i Pickwicka”.
„Co znaczy to zuchwalstwo?” zawołał pan Tupman, wstając. „Wynoś mi się pan stąd natychmiast!”
„Oho!” zawołał Grummer, szybko cofając się ku drzwiom i otwierając je, „Dubbley!”
„Jestem!” odezwał się gruby głos z korytarza. I w tejże chwili wsunął się przez drzwi człowiek wysokości sześciu stóp i odpowiedniej objętości.
„Dubbley”, powtórzył Grummer, „czy inni konstable do szczególnych poruczeń są w pogotowiu?”
Dubbley odpowiedział twierdząco.
„Niech wejdzie oddział będący pod twoją komendą”.
Dubbley spełnił rozkaz. Pół tuzina drabów z krótkiemi pałeczkami zakończonemi miedzianą koroną wpakowało się do pokoju. Pan Grummer schował swą pałeczkę i spojrzał na Dubbleya; Dubbley schował swą pałeczkę i spojrzał na oddział; oddział schował swe pałeczki i patrzył na panów Tupmana i Pickwicka.
Filozof i jego zwolennicy zerwali się jak jeden człowiek.
„Co znaczy to pogwałcenie pomieszkania?” zawołał pan Pickwick.
„Kto śmie mnie aresztować?” zapytał pan Tupman.
Czego tu chcecie, łajdaki? zapytał pan Snodgrass.
Pan Winkle nie powiedział nic, ale spojrzał na Grummera wzrokiem, któryby mógł przedziurawić mu mózg i wyjść drugą stroną, gdyby konstabl nie miał głowy twardszej niż żelazo; dzięki tej okoliczności wzrok pana Winkle nie spowodował żadnego widocznego skutku.
Gdy wykonawcy prawa spostrzegli, iż pan Pickwick i jego przyjaciele gotowi są stawić opór prawej władzy, natychmiast zakasali rękawy w sposób wielce znaczący, jakby należało to z natury rzeczy do ich zawodu i rozumiało się samo przez się, iż aresztowanych należy najpierw powalić na ziemię a potem dopiero uprowadzić z sobą. Demonstrancja ta nie uszła uwagi pana Pickwicka. Odbył on na stronie krótką konferencję z panem Tupmanem, następnie zaś oświadczył, iż gotów jest udać się do rezydencji burmistrza, dodał jednak, iż bierze na świadków wszystkich obecnych tu gentlemanów, jak szkaradnie pogwałcone zostały prawa Anglika i że będzie żądał zadosyćuczynienia, jak tylko odzyska wolność. Usłyszawszy to oświadczenie wszyscy obywatele wybuchnęli głośnym śmiechem — wszyscy, z wyjątkiem Grummera, który uważał, że najmniejsza krytyka świętych zarządzeń którego z urzędników jest rodzajem bluźnierstwa i że nie należy jej tolerować.
Kiedy pan Pickwick podpisał zgodę na poddanie się Prawom, obowiązującym w jego ojczyźnie, a pokojówki, posługacze, oberżyści i pocztyljoni zaczęli się rozchodzić, zawiedzeni w nadziejach na doskonałą zabawę wobec oporu gentlemanów, nastąpiły trudności, których nie przewidziano, ponieważ pan Pickwick nie chciał iść piechotą do burmistrza.
Pomimo swego szacunku dla władzy, pan Pickwick oświadczył stanowczo, iż nie ukaże się na ulicy otoczony, jak jaki złoczyńca, sługami sprawiedliwości. Równie stanowczo oświadczył pan Grummer, że wobec ogólnego wzburzenia umysłów (było właśnie półświęto i chłopcy nie wrócili jeszcze do domu) nie zgadza się iść drugą stroną ulicy i wziąć od pana Pickwicka słowo honoru, że ten uda się wprost do burmistrza. Tak on, jak i pan Tupman stanowczo odmówili też płacenia za powóz pocztowy. Dysputa trwała długo i stała się bardzo gorąca. Doszło do tego, iż wobec odmowy pana Pickwicka, by pójść piechotą do burmistrza, władza wykonawcza była już gotowa użyć bardzo prostego sposobu, to jest zaciągnąć go tam, gdy ktoś z obecnych przypomniał sobie, że na dziedzińcu znajduje się lektyka, zrobiona kiedyś dla pewnego bardzo otyłego gentlemana, cierpiącego na podagrę; dzięki temu środkowi lokomocji panów Pickwicka i Tupmana będzie można równie dobrze dostawić na miejsce, jak nowoczesnym powozem pocztowym, gdyż lektyka łatwo może pomieścić obu delikwentów.
Wydobyto więc i sprowadzono lektykę; panowie Pickwick i Tupman wsiedli do niej i zapuścili firanki, znaleziono kilku tragarzy, poczem cały orszak w bojowym szyku ruszył naprzód. Specjalni konstable otaczali lektykę, przed nią z triumfem szedł Grummer i Dubbley, panowie Snodgrass i Winkle, wziąwszy się pod ręce, postępowali za lektyką, a uliczna hałastra stanowiła straż tylną.
Mieszkańców miasta, choć nie wiedzących dokładnie, o co idzie, widowisko to bardzo zbudowało. Upatrywali oni w tem niezmordowane ramię prawa, które spadło z siłą dwudziestu pras hydraulicznych na dwóch łotrów z samej stolicy państwa. Dzięki potężnej tej maszynie, wprawionej w ruch przez ich własną straż, wpakowano do miejsca bynajmniej nie przestronnego dwóch złoczyńców. Licznemi oznakami uwielbienia witano Grummera, prowadzącego pochód z pałeczką w ręku; długie i głośne były też okrzyki ulicznej hałastry, i tak, wśród oznak powszechnego uznania, orszak posuwał się naprzód, wolno i uroczyście.
Sam Weller, ubrany w ranną kurtkę z czarnemi, bufiastemi rękawami, wracał właśnie tą drogą. Był w bardzo złym humorze, gdyż bez żadnego skutku wpatrywał się długi czas w dom o zielonych drzwiach. Wtem podniósł oczy i ujrzał tłum, otaczający przedmiot bardzo przypominający lektykę. Chcąc rozerwać się po niepowodzeniu, jakie go spotkało, stanął na boku, żeby przepuścić hałastrę a widząc, że się z czegoś cieszą, postanowił również cieszyć się, i to ile się tylko da.
Przeszedł Grummer, przeszedł Dubbley, przeszła i lektyka i przeszła eskorta, a Sam wciąż brał udział w radości tłumu. Machał kapeluszem, jakgdyby spotkało go coś niesłychanie miłego (chociaż nie miał pojęcia, o co właściwie chodziło). Wtem nagle zatrzymał się, ujrzawszy panów Snodgrassa i Winkle.
„Co się stało, panowie?“ zapytał, „kogo to wsadzono do tej żałobnej skrzynki?“
Dwaj przyjaciele odpowiedzieli jednocześnie; ale głos ich zginął w zgiełku tłumu.
„Kto tam jest we środku?“ zapytał Sam znowu.
Dano powtórną odpowiedź. Tym razem Sam słyszał wyraz „Pickwick“.
Tego było mu dość. W jednej chwili bohaterski sługa utorował sobie drogę przez tłum, zatrzymał niosących lektykę i zwrócił się do Grummera.
„Hej! Stary! Coś ty tam upakował w tem pudle?“
„Na bok!“ zawołał majestatycznie pan Grummer, którego powagę, jak i wielu innych ludzi, wydął teraz wiatr popularności.
„Dajcie mu w łeb jeżeli nie ustąpi!“ zawołał Dubbley.
„Bardzo ci dziękuję“, odrzekł Sam, „żeś mię raczył zauważyć, a jeszcze bardziej wdzięczny jestem za propozycję temu drugiemu jegomości, który wygląda, jakby uciekł z jakiej karawany olbrzymów, ale wolałbym, byście odpowiedzieli na moje pytanie. — Jak się pan ma?“
Ten ostatni zwrot, wygłoszony z miną protekcyjną, zwrócony był do pana Pickwicka, którego okulary ukazały się z za firanek.
Grummer, oniemiały z oburzenia, mignął przed oczami Sama swoją pałeczką z koroną.
„A!“ zawołał Sam, „to ładna sztuczka, zwłaszcza korona; bardzo podobna do królewskiej“.
„Na bok!“ krzyknął znów obrażony dowódca i dla nadania większej siły temu rozkazowi, dotknął metalowym symbolem szyji Sama i pochwycił go za rękę.
Bohater nasz odpowiedział na ten komplement powaleniem jego autora na ziemię, wywróciwszy przedtem jednego z niosących lektykę, by mu służył za podściółkę.
Czy pana Winkle opanował wówczas jakiś szał na widok takiego czynu, czy też uniósł się męstwem Sama, to rzecz niewyjaśniona; to pewna jednak, iż ujrzawszy padającego Grummera, wykonał napad na jakiegoś malca, stojącego tuż przy nim. Pan Snodgrass, powodowany uczuciem prawdziwie rycerskiem, pragnąc nie używać żadnych podstępów, oświadczył głośno, iż zaczyna; to też został natychmiast przytrzymany, właśnie w chwili, gdy bardzo oględnie zabierał się do zdjęcia surduta. Zresztą, by oddać sprawiedliwość, tak jemu jak i panu Winkle, musimy tu oświadczyć, iż obaj nie czynili żadnych usiłowań, by się bronić lub wyswobodzić Sama. Ten zaś, w energicznej obronie, uległ przewadze i został wzięty do niewoli. Orszak znów się uszykował, tragarze zajęli swe miejsca i wszystko ruszyło dalej.
Przez cały czas trwania tych operacyj pan Pickwick nie posiadał się z oburzenia. Przy pomocy swego towarzysza zdołał wreszcie podnieść wieko lektyki, stanął na siedzeniu, podniósł się ile mógł, i wsparty na ramieniu pana Tupmana, począł przemawiać do tłumu. Brał go na świadka, iż służący jego został pierwszy napadnięty, wymownie rozwodząc się nad brutalnością, z jaką traktowano Sama.
W ten sposób karawana doszła do rezydencji burmistrza. Na przodzie urzędnicy, za nimi więźniowie, przyczem pan Pickwick przemawiał a tłum krzyczał.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.