Katedra Notre-Dame w Paryżu/Księga czwarta/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Victor Hugo
Tytuł Katedra Notre-Dame w Paryżu
Podtytuł (Notre Dame de Paris)
Rozdział Dalszy ciąg rozdziału o Klaudyuszu Frollo
Wydawca Polski Instytut Wydawniczy „Sfinks“
Data wyd. 1928
Druk Neuman & Tomaszewski
Miejsce wyd. Gdańsk; Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Notre Dame de Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
V.
Dalszy ciąg rozdziału o Klaudjuszu Frollo.

W roku 1482 miał Quasimodo około dwudziestu lat, Klaudjusz Frolio około lat trzydziestu sześciu. Pierwszy wyrósł, drugi postarzał się.
Klaudjusz Frollo nie był to już zwyczajny żak z kolegjum Torchi, tkliwy opiekun małego dziecięcia, młody marzyciel i filozof, który wiele wiedział, a wielu rzeczy nie znał. Był to surowy, dostojny i małomówny kapłan, duszpasterz, wielebny archidjakon Joryjski, drugi przybocznik biskupa, mający na głowie dwa dekanaty Montchery i Châteaufort, oraz sto czterdzieści siedem probostw wiejskich. Była to osobistość wzbudzająca szacunek, przed którą drżeli chłopcy z chóru w komżach i albach, zakrystjanie, bracia zakonni św. Augustyna i klerycy katedry Notre­‑Dame, kiedy powoli przechodził pod wysokiemi sklepieniami chóru majestatyczny, zamyślony, z rękoma założonemi na piersiach, głową zwieszoną nisko na piersiach, że z jego twarzy widać było tylko wysokie, łyse czoło.
Zresztą Dom Klaudjusz Frollo nie zaniedbywał ani nauki, ani wychowania swego młodszego brata, dwu głównych celów swego życia. Z czasem jednak wkradło się nieco goryczy do tych zajęć tak miłych dla niego. Z czasem — powiada Paulus Diaconus, — najlepsza słonina jełczeje. Mały Jan Frollo, przezwany du Moulin, od miejsca, w którem się wychował, nie poszedł w kierunku, jakiego sobie życzył Klaudjusz. Starszy brat spodziewał się, że Jan będzie wychowankiem pobożnym, posłusznym, przykładającym się do nauk i pod każdym względem wzorowym. Tymczasem mały braciszek rósł na podobieństwo tych drzew, kpiących z wysiłków ogrodnika i uporczywie zwracających się na bok, skąd przychodzi dla nich powietrze i słońce, — tak też rósł mały braciszek, wypuszczając bujne pędy jedynie w stronę lenistwa, nieuctwa i wybryków. Był to istny djabeł, rozwydrzony zupełnie, na co Klaudjusz marszczył brwi, ale też niezwykle odważny i dowcipny, co znowu wywoływało uśmiech na ustach starszego brata. Klaudjusz umieścił go w tem samem kolegjum Torchi, w którem sam niegdyś spędził pierwsze lata rozmyślań i pracy; tem boleśniejszem było dlań, że ten przybytek wiedzy, w którym ongi rozbrzmiewało tryumfami imię Frollo, obecnie widział w tem imieniu uosobienie zgorszenia. Z tego to powodu prawił niekiedy Johankowi długie i bardzo niewesołe kazania, których ten z pobożną miną wysłuchiwał; ostatecznie bowiem młody urwis niezłe miał serce, jak to zresztą zawsze widzimy w komedjach. Po każdem takiem kazaniu powracał najspokojniej na dawną drogę psot swych i zbereżeństw. To idąc za tradycją odwieczną i do dziś dnia obserwowaną, wyczubił jakiego „żółtodzióba“ (tak nazywano nowowstępujących żaków); to znowu namówił gromadę studentów, by urządzili klasyczny napad na gospodę „quasi classico excitati“, obili potem gospodarza „sposobem ataku kijami“ i ku rozweseleniu zupełnemu tak splądrowali lokal, że beczki z winem w piwnicy leżały potłuczone w kawałki. Skutkiem tego pewnego pięknego dnia submoliator kolegjum Torchi wręczał Dom Klaudjuszowi zbolałym ruchem orzeczenie, przyczem nie omieszkiwał zauważyć: „Rixa, prima causa vinum optimum, potatum“.[1] Wkońcu opowiadano sobie, — o chłopcu szesnastoletnim, o zgrozo!, — że niejednokrotnie zachodził aż na ulicę de Glatigny, osławioną siedzibę domów publicznych.
Zmartwiony tem wszystkiem i zawiedziony w swej życzliwości dla ludzi, Klaudjusz z tem większym zapałem oddał się nauce, — tej muzie, która przynajmniej nie parska śmiechem w oczy, jakkolwiek nieraz odpłaca się lichą monetą za trudy jej poświęcone. Stawał się więc coraz bardziej uczonym, a równocześnie, naturalną rzeczy koleją, coraz surowszym jako kapłan, coraz bardziej ponurym jako człowiek. W każdym z nas istnieje pewna równoległość między inteligencją, obyczajami i naszym charakterem, która rozwija się bez przerwy i ulega zakłóceniu tylko naskutek wielkich wstrząśnień życiowych.
Klaudjusz Frollo od młodych lat przebiegłszy prawie cały krąg wiedzy ludzkiej, pozytywnej, zewnętrznej i dozwolonej, widział się teraz zmuszonym, jeśli nie chciał zatrzymać się w miejscu, ubi orbis definit,[2] pójść dalej i szukać innego żeru dla nienasyconej ruchliwości swego ducha. Starożytny symbol węża kąsającego się w ogon stosuje się przedewszystkiem do nauki. Klaudjusz Frollo wiedział o tem zdaje się z własnego doświadczenia. Wiele wiarogodnych osób zapewniało, że wyczerpawszy „fas“[3] wiedzy ludzkiej, poważył się zagłębić w jej „nefas“[3]. Opowiadano, że po kolei skosztował wszystkich owoców z drzewa poznania i czy to z głodu, czy to z przesytu, ugryzł wreszcie i owoc zakazany. Kolejno, jak to widzieli nasi czytelnicy, brał on udział w rozprawach teologów w Sorbonie, w zebraniach mistrzów sztuk wyzwolonych pod posągiem świętego Hilarego, w dysputach dekretystów pod posągiem świętego Marcina, w zbiórkach medyków w chrzcielnicy w katedrze Notre­‑Dame (ad cupam Nostrae Dominae), Połknął wszystkie potrawy, jakie te cztery kuchnie, zwane czterema fakultetami, mogły dostarczyć umysłowi i poczuł niesmak do nich, zanim jeszcze zdołał zaspokoić swój głód wiedzy. Potem zagłębiał się coraz dalej w podstawy tej wiedzy skończonej, materjalnej i ograniczonej; wystawił może na szwank zbawienie swej duszy, zasiadł jednak wkońcu u tajemniczego stołu alchemików, astrologów i uczniów Hermesa,[4] na którego końcu siedzą Averroes, Wilhelm z Paryża i Mikołaj Flamel w średniowieczu, a który początkami swemi sięga starożytnego wschodu do blasku siedmioramiennego świecznika, do Salomona, Pitagorasa i Zoroastra.
Tak przynajmniej przypuszczano, słusznie czy niesłusznie.
Pewnem jest, że archidjakon często odwiedzał cmentarz Saint­‑Innocents, gdzie, jak wiadomo, spoczywali jego ojciec i matka, pogrzebani tam wraz z innemi ofiarami zarazy z r. 1466; ale również pewnem jest, że zajętym był tam znacznie mniej rozmyślaniami i modlitwą pod nagrobkiem rodziców, niż dziwnemi figurami zdobiącemi sąsiednie groby Mikołaja Flamela i Klaudjusza Pernelles’a!
Pewnem jest także, że widywano go często przemykającego się ulicą des Lombards i zachodzącego pokryjomu do małego domku, położonego na rogu ulicy Marivault. Był to dom zbudowany niegdyś przez Mikołaja Flamel’a, i od śmierci swego właściciela t. j. od roku 1417 stojący pustką i zaczynający się już rozpadać w gruzy; tak zniszczyli go alchemicy i poszukiwacze złota, przybywający tu ze wszystkich krajów i umieszczający swe nazwiska na ścianach. Kilku sąsiadów twierdziło nawet, że widzieli przez szparę, jak archidjakon kopał, rył i przerzucał ziemię, w owych dwu piwnicach, których sklepienia ostrołukowe pokryte były wierszami i niezliczonemi hieroglifami, skreślonemi ręką samego Flamela. Przypuszczano, że Flamel zakopał przed laty w tych piwnicach kamień mądrości; i hermetycy w ciągu dwu wieków, od Magistrina aż do ojca Pacifica nie przestali rozkopywać tam ziemi, aż póki tak niemiłosiernie podkopany, w pył się nie rozleciał pod ich stopami.
Pewnem jest również, że archidjakon pałał dziwną namiętnością do symbolicznngo portalu katedry Notre­‑Dame: do owej czarnoksięskiej karty wyrytej w kamieniu przez Wilhelma, biskupa paryskiego, który zapewne został za to potępiony, że świętej poezji, jaką wiecznie śpiewa reszta budynku, dał tak piekielną kartę tytułową. Przypuszczano również, że archidjakon Klaudjusz zbadał wnętrze kolosalnego posągu świętego Krzysztofa, tej wysokiej zagadkowej rzeźby, znajdującej się wówczas przy wejściu do katedry, a którą lud żartobliwie nazywał „Panem Burym“ (Monsieur Legris). Ale co już każdy mógł zauważyć, to że spędzał on całe godziny siedząc przed katedrą i przypatrując się rzeźbom portalu. To przyglądał się dziewicom głupim z wywróconemi lampkami, to dziewicom roztropnym i ich lampom wysoko trzymanym; innym razem znowu obliczał kąt widzenia owego kruka, siedzącego na lewo w portalu z wzrokiem utkwionym w tajemniczy punkt wnętrza katedry, gdzie napewno ukryty jest kamień mądrości, o ile nie znajduje się w piwnicy Mikołaja Flamela. Zaznaczymy tu mimochodem, że dziwnem zrządzeniem losu katedrę Notre­‑Dame kochały w owej epoce dwie tak różne istoty, w tak różny sposób, a jednak równie gorąco, mianowicie: Kłaudjusz i Quasimodo. Jeden, rodzaj dzikiego pół­‑człowieka, kochał ją instynktownie dla jej piękności, postaci, dla harmonji płynącej z jej majestatycznej całości; drugi, wyobraźnia uczona i namiętna, kochał ją dla jej mitu, dla jej znaczenia, dla symbolu, rozprószonego pod rzeźbami jej fasady, jak tekst pierwotny pod pismem powtórnem palimpsestu[5] — jednem słowem dla tej zagadki, którą wiecznie daje do rozwiązania umysłowi ludzkiemu.
Ponadto wiadomem było, że archidiakon urządził sobie w tej z dwu wież, która dotykała placu Greve, tuż obok rusztowania z dzwonami, i miała ukrytą celę, do której, jak opowiadano sobie, nikt, nawet sam biskup nie miał wstępu bez jego pozwolenia. Celę tę, znajdującą się prawie na szczycie wieży pod gniazdami kruczemi, kazał niegdyś zrobić biskup Hugo z Besançon[6], który tu swego czasu zajmował się czarnoksięstwem. Nikt nie wiedział, co się w tej celi mieściło; atoli często z nadbrzeża można było zauważyć, jak w małem okienku z tyłu wieży pojawiało się jakieś dziwne czerwone światełko; zjawiało się i znikało ono w krótkich równomiernych odstępach czasu; miało się wrażenie, że podnosi się ono i opada w takt podmuchów mnicha i że pochodzi raczej od płomienia niż od lampy. W ciemności i z tej wysokości robiło to niezwykłe wrażenie, a stare kobiety zwykły były mawiać: „Patrzcie, jak ten archidjakon dmucha w ogień! To piekło skrzy się tam na górze!“.
Wszystko to nie było jeszcze dostatecznym dowodem czarnoksięstwa, dym jednak był dostatecznie wielki, by z niego można było wnosić o istnieniu ognia; i archidjakon miał opinję prawie czarodzieja. Musimy atoli zaznaczyć, że sztuki egipskie, nekromancja, magja, nawet magja biała, ta najniewinniejsza jej forma, nie miały, zaciętszego nieprzyjaciela, bardziej nieubłaganego donosiciela przed trybunałem duchownym Notre­‑Dame, od archidjakona Klaudjusza. Być może, była to szczera odraza, a może był to podstęp ściganego złodzieja, wołającego „Łapaj złodzieja!“ Mimo wszystko uczone głowy kapituły zakonnej uważały archidjakona za duszę błądzącą w przedsionkach piekła, zgubioną w czeluściach kabały i idącą omackiem w mroku wiedzy tajemnej. Lud zaś już zupełnie nie dawał się wprowadzić w błąd: dla każdego, kto tylko był trochę przenikliwym, Quasimodo był djabłem, a Klaudjusz Frollo czarnoksiężnikiem. Jasnem było jak na dłoni, że dzwonnik musi odsłużyć archidjakonowi pewien oznaczony czas, po upływie którego zabierze jego duszę jako zapłatę. Dlatego to archidjakon, mimo swego surowego trybu życia, miał bardzo złą opinję u dusz pobożnych; a każda, nawet najmniej doświadczona dewotka wietrzyła w nim czarnoksiężnika.
I jeśli z wiekiem pootwierały się przepaści w jego wiedzy, pootwierały się one również w jego sercu. Do takiego wniosku przynajmniej dochodziło się, patrząc uważnie na jego twarz, z której wyzierała dusza jakby osłonięta gęstą mgłą. Bo i skąd ta wczesna łysina na głowie, to czoło zawsze pochylone, ta pierś stale wezbrana westchnieniem? Jakaż myśl tajemna składała jego usta do uśmiechu pełnego goryczy, kiedy równocześnie ściągnięte brwi zbliżały się ku sobie, jak gotujące się do boju węże? Czemu resztki jego włosów były już siwe? Cóżto za ogień wewnętrzny, który czasami wybuchał z taką siłą z jego wzroku, że oczy jego wyglądały jak dwa otwory w rozżarzonym piecu?
Te symptomy przesilenia duchowego doszły do ogólnego natężenia w czasie, w którym odbywały się opowiadane przez nas wypadki. Nieraz chłopiec z chóru, zetknąwszy się sam na sam z archidjakonem, uciekał przerażony jego przenikliwym i niesamowitym wzrokiem. Nieraz w czasie śpiewu chóralnego sąsiad jego w stalach słyszał, jak archidjakon wtrącał do śpiewu gregorjanskiego jakąś niezrozumiałą zwrotkę. Nieraz praczki, mające obowiązek „utrzymania w czystości kapituły klasztornej“, z przerażeniem widziały na komży wielebnego archidjakona Jorajskiego ślady paznokci i zaciśniętych palców. Tymczasem on podwajał swoją surowość i nigdy nie był bardziej przykładnym. Ze względu na ten stan swój i charakter trzymał się zawsze zdała od kobiet; teraz zdawał się nienawidzieć ich bardziej niż kiedykolwiek. Na sam szelest jedwabnej sukni nasuwał kaptur na oczy. Pod tym względem stał się tak dalece dbałym o nieskazitelność i przestrzeganie reguły zakonnej, że gdy pani de Beaujeu, córka królewska, zapragnęła była w grudniu 1481 zwiedzić klasztor Notre­‑Dame w Paryżu, sprzeciwił się temu bardzo stanowczo, przypominając biskupowi statut „Czarnej Księgi“ z daty wigilji św. Bartłomieja 1334, który zabraniał wstępu do klasztoru „niewieście każdej, zarówno starej jak młodej, pani czy służebnicy“. Na to biskup musiał zecytować rozporządzenie legata Odona, które czyni wyjątek dla pewnych znkomitych niewiast „alique magnates mulieres, quae sine scandalo evitari non possunt“.[7] Na to znowu zaprotestował archidjakon, zarzucając postanowieniu legata, że wyszło ono w r. 1207, to jest o sto dwadzieścia siedem lat wcześniej niż „Czarna Księga“ i że przez nią zostało ipso iure zniesione. I odmówił stawienia się przed księżną.
Oprócz tego zauważono, że od pewnego czasu wzmogła się odraza archidjakona do cyganek i cyganów. Domagał się on od biskupa wydania edyktu, zabraniającego najsurowiej tańców i gry na tamburinie na placu przed katedrą; i od tej chwili zaczął szperać w zatęchłych archiwach sądu kapituły, zbierając wyroki skazujące czarodziejów i czarownice na śmierć na stosie lub szubienicy za udział w sztukach czarnoksięskich przy pomocy capów, kóz i świń.





  1. Po łacinie: awantura w następstwie nadużycia dobrego wina.
  2. Po łacinie: Gdzie świat się kończy.
  3. 3,0 3,1 Po łacinie: fas — dozwolone, nefas — niedozwolone.
  4. Uczniowie i zwolennicy Hermesa Trismegistosa, ojca tajemnej wiedzy.
  5. Palimpsestami nazywają się stare rękopisy pergaminowe rzymskich i greckich klasyków, z których mnisi średniowieczni zeskrobali tekst pierwotny, by zyskać miejsce dla spisywania żywotów świętych i t. d.
  6. Hugo Il de Bisuncio (1326—1332).
  7. Po łacinie: Pewne dostojne niewiasty, którym bez obrazy ich nie można odmówić oglądnięcia.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: anonimowy.