Kapitan Czart/Tom I/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louis Gallet
Tytuł Kapitan Czart
Tom I
Podtytuł Przygody Cyrana de Bergerac
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wydania 1925
Drukarz Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wiktor Gomulicki
Tytuł orygin. Le Capitaine Satan
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
XXI

— Wstawać! — krzyknął wartownik o pierwszym brzasku dnia.
Porwali się wszyscy na nogi i w mgnieniu oka złożono na wóz cały ruchomy inwentarz bandy.
Castillan, pomimo, że dolegała mu jeszcze wczorajsza kontuzja, dosiadł bez trudności konia i całe, towarzystwo udało się w kierunku Orleanu.
Ben Joel i Rinaldo wyruszyli cokolwiek później.
Sulpicjusz nie domyślał się bynajmniej ich obecności. Mimo niedawnych podejrzeń, przypuszczał, że pozostali w Etampes, nocny zaś napad był dziełem zwykłych rzezimieszków.
Na wstępie do Orleanu młodzieniec rozłączył się z nowym i przyjaciółmi, którzy, zatrzymawszy się w skromnej oberży na przedmieściu, wskazali towarzyszowi, jako godniejsze jego stanu miejsce, zajazd „pod Herbem Francji“, dokąd bronił im wstępu opłakany stan kieszeni.
Sekretarz poety wsunął kilka pistolów w rękę wodza tej trupy, jako nagrodę za okazaną mu życzliwość, poczem udał się na wielki plac, gdzie błyszczał złociście „Herb Francji”.
Zaledwie linoskoki rozgościli się w swem ubogiem schronieniu, zjawił się Ben Joel.
Cygan był sam. Doradził on przezornie Rinaldowi, aby trzymał się tymczasem nauboczu, obiecując sobie zniknąć zkolei, gdy już powodzenie dzieła będzie zapewnione.
Wsunąwszy się do szynkowni, ujrzał gospodarza nakrywającego długi stół, przeznaczony widocznie dla przybyszów.
— Hej! acanie! — zakrzyknął nań Ben Joel, bez dłuższych wstępów — czy acan znasz ludzi, którzy z jechali tu przed chwilą?
—Czy ich znam?-odrzekł szynkarz-Od dziesięciu lat odwiedzają stale mój zakład. Przybywają zawsze na święta.
— W takim razie nieobce ci jest pewnie imię Maroty.
— Tancerki! Śliczne ślepki ma ona, mój panie!
— Znasz ją zatem acan dobrze. Proszę mi powiedzieć: gdzie ona jest w tej chwili?
— W swoim pokoju. Chcesz pan z nią pomówić?
— Być może. A gdzież to ten pokój?
— A któż to pan jesteś, że tak bez żadnych ceregieli wybierasz się do pokoju panny Maroty?
— Nie obawiaj się, acan. Należę do przyjaciół tej panny i nie zamierzam bynajmniej czynić zamachu na jej cnotę...którą zresztą znam oddawna.
Na wspomnienie o cnocie szynkarz mrugnął dowcipnie i znacząco, jakby dawał do zrozumienia, że wie czego się trzymać w tym względzie.
— Pierwsze piętro, drzwi na prawo — objaśnił wreszcie, uważając, że wszelkie dalsze uwagi były by zbyteczne.
Ben Joel pobiegł szybko, przeskakując po dwa stopnie naraz i kierując się w stronę, skąd docho dził go śpiew kobiecy; stanął niebawem przed drzwiami panny Maroty.
Tancerka ubierała się właśnie i, zajęta nadawaniem połysku swym czarnym włosom, wyśpiewywała na cały głos jakąś bardzo swobodną piosnkę mało dbając o to, czy jej zbyt wygorsowane strofki zaniepokoją którego z sąsiadów.
Na pierwszy rzut oka poznawało się w niej, dziecko cygańskie.
Była brunetką, a wielkie, czarne oczy, wydatne i jak krew purpurowe wargi, drżące nozdrza statecznie ujawniały, jaka krew w żyłach jej płynie.
Gibką, choć wspaniale rozwiniętą, postać cyganki okrywał rodzaj wełnianego szlafroka, z pod którego wyglądał lekki kostjum tancerki.
Było to, razem wziąwszy, zachwycające stworzonko; i choć brakło jej poważnej, posągowej piękności Zilli, wynagradzała ten brak nieprzepartym urokiem ponętnego, dojrzałego owocu, który sam przymyka się do chcącej zerwać go ręki.
Ben Joel znał dobrze Marotę, jako córkę plemienia, do którego sam należał; wspólnie też z nią włóczył się przez czas jakiś w kompanii wędrownych komediantów.
Zatrzymawszy się na progu izdebki, przypatrywał się przez jakiś czas w milczeniu zaśpiewanej dziewczynie; potem wszedł do środka.
Marota, usłyszawszy kroki, odwróciła się.
— A! ty tu? — zaśmiała się wesoło.
— Tak, ale sza!...nie wymieniaj głośno mego imienia.
— Tajemnica? Skąd przybywasz? A Zilla? Od dwóch lat nie miałem żadnej o was wiadomości!
— Odpowiem ci później na wszystko, Tymczasem chodzi o co innego.. Jeżeli jesteś w usposobieniu dość rozsądnem, aby wysłuchać mnie, nie przerywając, powiem ci zaraz, co mnie tu sprowadziło.
— Zaczekaj, Zaraz skończę.
Podczas gdy Marota kończyła układanie swych bujnych włosów, Ben Joel zamknął starannie drzwi, opukał mury, jakby dla zapewnienia się, czy się w nich kto nie ukrywa, i zasiadł na stołku przy oknie.
— Już! — zawołała wesoło tancerka, rzucając ostatnie, zadowolone spojrzenie w stłuczone zwierciadełko, które powtarzało jej liczko uśmiechnięte.Teraz możesz mówić. Słucham cię z wytężoną uwagą.
Rozmowa Ben Joela z Marotą trwała przeszło godzinę.
Cygan opuścił pokój tancerki z miną człowieka, który doprowadził sczęśliwie do końca trudne i ryzykowne przedsięwzięcie.
— Dziś wieczorem — rzekł do dziewczyny na odchodnem. — A nadewszystko, nie zapomnij o sygnale.
— Bądź spokojny i zostaw mnie samą, jeśli chcesz, aby wszystko było we wskazanym czasie gotowe.
Ben Joel wyśliznął się zręcznie i poszedł szukać Rinalda. Marota tymczasem, zamiast siąść do stołu z kolegami, przygotowała się również do opuszczenia zajazdu.
Przed wyjściem rozmawiała przez kilka chwil ze swym dyrektorem; potem, zarzuciwszy na głowę duży szal, który prawie zupełnie twarz jej zakrywał, udała się do zajazdu „pod Herbem Francji“, gdzie, jak wiadomo, zamieszkał Castillan.
Przed bramą służący hotelowy siodłał konia, w którym Marota poznała odrazu wierzchowca Sulpiciusza.
Zwierzę, choć wzmocnione dwugodzinnym wypoczynkiem, nosiło jednak ślady wielkiego zmęczenia.
Kopyta jego pokrywało zeschłe błoto publicznych gościńców; szerść, choć sucha już zupełnie, sklejała się na bokach, nakształt szerokich połyskujących plastrów.
— Piękny rumak! — rzekła Marota, głaszcząc konia.
— Ładna dziewczyna! — odparł tym samym tonem służący, obejmując gorącem spojrzeniem twarz baletniczki.
— Prawdziwie pańska sztuka! — podjęła ta ostatnia, nie zważając na pochlebstwo sługusa.
—A w nogach jaka krzepka! — dorzucił pachołek, chcąc podtrzymać rozmowę. — Zrobiło to nie wiem ile drogi dziś rano i zdążyć ma na nocleg do Romorantin.
Marota westchnęła.
— Ja muszę tam iść pieszo! — wyrwała jej się skarga.
— Pieszo? Ależ to porządny kawał drogi, piękna panno!
— Wiem o tem dobrze, Może znajdę w drodze jaką dobrą duszę, co pozwoli mi przysiąść na swym wózku.
Po tych słowach cyganka udała się w dalszą drogę, przyśpieszając kroku, jakby chciała wynagrodzić czas, stracony na rozmowie ze służącym.
Przeszła bramę miejską, nie zatrzymując się nigdzie na chwilę i znalazła się na drodze do Romorantin.
Nadmienić wypada, że wychodząc z wielkiego placu, Marota otarła się o jakiegoś człowieka, stojącego z miną roztargnioną na rogu jednej z ulic, i szepnęła mu kilka słów głosem przyciszonym.
Tym człowiekiem był Ben Joel.
Tancerka znajdowała się już o pół mili za miastem,gdy Castillan wyjechał z niego.
Wybiła trzecia z południa. Sulpiciusz spodziewał się stanąć w Romorantin o zachodzie słońca.
Spodziewam się — myślał, jadąc — że skończyły się nareszcie moje utrapienia, Pojedynek i dwa strzały pistoletowe, to dość, aby kupić sobie spokój na resztę podróży.
Sekretarz pomacał ręką kaftan i uczuł pod palcami list Cyrana, za podszewkę zaszyty, którego od dwudziestu czterech godzin bronił przed niewidzialnymi wrogami.
Uczyniwszy tę pocieszającą uwagę, Castillan, o nic już się nie kłopocząc, pozwolił koniowui, aby niósł go krokiem dowolnym i, korzystając z tego, że wierzchowiec posuwał się noga za nogą, wydobył z kieszeni kawałek pergaminu, oraz, ołówek,i próbował, azali mu się nie uda dorobić zakończenia do rozpoczętego w Paryżu sonetu.
Gdy tak, biedzi, się nad chwytaniem wymykających mu się rymów, słyszy nagle że go ktoś dźwięcznym głosem pozdrawia po imieniu.
Odwraca głowę i spostrzega siedzącą na przydrożnym wzgórku ładną dziewczynę, w, której poznaje bez trudności tancerkę, spotkaną minionej nocy przy gościnnem ognisku.
Marota odrzuciła szal na plecy i głowa jej, niczem nie nakryta, kąpała się w pełnem świetle dnia. Drobne jej stopy, popielate od kurzawy, spoczywały na trawniku, zgrabnie skrzyżowane, cała zaś postać objawiała wielkie strudzenie, tłumaczące się pełnem kuszącego powabu zaniedbaniem.
Castillan wstrzymał konia.
— Dzień dobry, panie Castillan! — powtórzyła Marota, skłaniając powabnie główkę i posyłając mu uśmiech czarujący.
— Cóż się to stało, że panią tu spotykam?zapytał zdziwiony Sulpiciusz. — Czyżbyś pani porzuciła pana Aracan? Takie ma nazwisko, jeśli się nie mylę, pani dyrektor?
— Nie myli się pan, A więc tak, porzuciłam go.Jest to stary samolub. Chciał obciąć mi gażę, ażeby mieć więcej dochodu z przedstawień w Orleanie.
— I cóż?
— A no, ponieważ mam usposobienie żywe, a, języczek ostry, nazwałam go sknerą, dusigroszem i jakoś tam jeszcze, i rzuciłam mu na głowę swe tamburyno.
— Tym sposobem pozostałaś bez środków utrzymania?
— Niezupełnie. Mogę znaleźć miejsce w innem towarzystwie, a w potrzebie mogę też żyć i sama, mam bowiem przy sobie wszystko, co mi do zarobkowania potrzebne, mianowicie: kastaniety i ubiór tancerki.
— Jesteś pani, jak widzę, filozofką.
Marota uśmiechnęła się.
— Trzeba nią być w tem życiu. Gdy nie jest się niczem, gdy się nie ma nic za sobą i do niczego się nie dąży, jakżeby bez filozofii można znieść różne drobne nędze życia?
— Do licha. Wyznajesz pani zatem, żeś zupełnie wykolejona i że sama nie wiesz dobrze, co cię czeka!
— Tak jest rzeczywiście — nie w tym jednak stopniu, jak pan sądzisz. Teraz oto udaję się do Romorantin, a może i do Louches.
— Czy tak? — zawołał Castillan głosem, w którym przebijało się wyraźne zadowolenie.
— W jednem z tych miasteczek spodziewam się znaleźć towarzystwo komediantów i tancerzy, w którem zapewne potrafię się umieścić.Imię moje jest dość głośne, mój panie!
— Nazywają panią Marotą, nieprawda?
— Do usług pańskich, panie Castillan.
— I zamierzasz pani udać się do Romorantin pieszo?
— Rozumie się, gdyż nie mam środków na odbycie tej drogi powozem.
— A więc posłuchaj, piękna Maroto. Byłoby grzechem, gdyby mężczyzna, w dobrych zasadach wychowany, pozwolił, aby twoje nóżki wykonać miały tak ciężką pracę.Jeśli zgodzisz się, możemy odbyć tę drogę razem. Jest to przytem dobra sposobność odwdzięczenia się za troskliwość, okazaną mi nocy minionej.
— Myśl pańska bardzo mi się podoba, ale — jakże wprowadzić ją w wykonanie? — rzekła Marota, udając zakłopotanie, naprawdę zaś ciesząc się niezmiernie z tego obrotu rzeczy.
— Nic łatwiejszego. Nie mogę wprawdzie oddać pani konia, a sam iść pieszo,gdyż zależy mi na pośpiechu, siodło moje wszakże jest dość szerokie i mocne, abyśmy oboje siedzieć na niem mogli.
— Z całą chęcią, mój szlachcicu. Nigdym jeszcze dotąd tak wesoło nie podróżowała.
— Proszę zatem siadać.
Castillan zeskoczył lekko na ziemię i z rąk Maroty, która się doń zbliżyła, wziął małe zawinięcie.Zawinięcie to rozpłaszczył nakształt poduszki i przymocował do siodła.
— Wybornie! — rzekła Marota. — Będę siedziała jak królowa. Nie wiem tylko, w jaki sposób dostanę się na pańskiego wierzchowca, który jest wysoki, jak katedra. Chyba pan mnie uniesiesz.
— To nic trudnego, Proszę o rękę.
Zamiast podać jedną rękę. Marota zarzuciła mu na szyję oba ramiona. Młodzieniec uczuł na twarzy jej ciepły oddech, a jednocześnie z jej czarnych, do połowy przymkniętych oczów, wybiegało spojrzenie, przenikające go do głębi duszy.
Pomimo silnego wzruszenia Castillan uniósł Marotę lekko jak piórko i posadził na przygotowanej poduszce.
Podczas gdy awanturnica przytrzymywała cugle, młodzieniec zdążył przyjść do siebie.
— Ah! Jakiż ja niezręczny! — wyrzekł nagle.— Zapomniałem. że to mnie pierwszemu wsiąść wypada. Co teraz zrobimy?
— Czy mam zejść? — zapytała zalotnica, wyciągając ponownie ramiona.
— Nie trzeba. Postaram się oszczędzić pani tego kłopotu.
Castillan prawą ręką chwycił konia za grzywę, wykręcił się doń tyłem, a następnie, nie dotykając strzemion, uniósł się silnym skokiem w powietrze i spadł na siodło.
Zaraz też prawą nogą okrążył w powietrzu szyję konia i znalazł się w pozycji zwyczajnej.
— Wszystko w porządku! — rzekł do Maroty. — Teraz obejmij mnie pani mocno, jak najmocniej, gdyż pojedziemy ostro.
Ostatnie zalecenie było zbytecznem.
Castillan jeszcze nie zdążył objawić go, gdy już uczuł przy piersiach ramiona Maroty, opasujące go żywym pierścieniem. Niebezpieczne było to położenie dla zapalnego serca młodzieńca.
Odbywać długą drogę z przytuloną do siebie, młodą i piękną kobietą, czuć nieustannie przy uchu i szyi słodki jej oddech i mieć w dodatku przeświadczenie o kruchości tej cnoty, osłabionej warunkami życia i zawodu — stanowiło pokusę zbyt silną nawet dla większego, niż Sulpicjusz, stoika!
— Czemużby nie!...— rzekł młodzieniec do siebie po długich rozmyślaniach, w których rozbiór szczegółowy wdawać się tu nie będziemy.
— O czem pan tak dumasz? — spytała w tymże czasie Marota głosem zachęcającym. — Miałżebyś jaki powód do smutku?
— Skądżeby! Czyż można być smutnym w tak miłem towarzystwie!
— Pochlebca! Nieprawda, że ten sposób podróżowania jest zachwycający? Bieg konia, powietrze, słońce — wszystko do rozwesela duszę i napełnia ją niezmierną słodyczą. Chciałoby się tak jechać bez końca.
Rączki Maroty zacisnęły się silniej nieco na piersiach Sulpiciusza, przyczem posunęły się wyżej i znalazły o kilka cali zaledwie od jego ust
Młodzieniec nie mógł wytrzymać. Narażając się na ból w szyi, schylił głowę jak najniżej i ucałował szybko paluszki, znajdujące się pod samą niemal brodą.
— Aj! co pan robisz? — krzyknęła Marota, cofając ręce, jakby dla ukarania go za śmiałość.
— To trudno! — odparł coraz śmielej Castillan. — Gdy się ma tak blisko piękną rączkę, same usta do niej biegną!
— Nadużywasz swych przywilejów, mości szlachcicu. Jeśli nie przyrzeczesz poprawy i nie będziesz zachowywał się przyzwoicie, pozbędę się tego oparcia, choćbym miała spaść i potłuc się.
— Nie czyń pani tego, na Boga! Przysięgam, że będę rozsądny.
Ale to były tylko słowa. Czyny zaraz im zaprzeczyły, gdyż młodzieniec jął na nowo ocałowywać zgrabne paluszki tancerki.
— Widzę — rzekła Marota — że jesteś pan niepoprawny. Skoro więc nie można w żaden sposób uspokoić pana, muszę postąpić z tobą, jak z dzieckiem, któremu daje się, czego się napiera, aby zaspokoić jego kaprys.
Przy tych słowach prawa ręka Maroty podniosła się do ust Sulpicjusza, który pokrył ją gorącemi pocałunkami.
Następnie, nie poprzestając na tem pierwszem zwycięstwie i czując ocierające się o jego twarz czarne włosy Maroty, odwrócił szybko głowę i cmoknął ustami na los szczęścia...
Ten całus, rzucony na ślepo, musnął brzeżek gorących warg baletnicy, która szarpnęła się wtył, krzycząc:
— Ach! ach! panie zdrajco, to w ten sposób płacisz mi za moje dobre serce? Kiedy tak, poczekaj — ponieważ chciałeś posiąść wszystko, wszystko ci odbiorę!
I ponownie ramiona Maroty osunęły się niżej, na kaftan bawoli, zajmując stanowisko w równem oddaleniu od pasa i od kołnierza.
— Jesteś pani zachwycająca — rzekł Castillan czemuż jednak chcesz nią być tylko w połowie? Przyznaj, że podróż stałaby się wkrótce nadzwyczaj nudną, gdybyśmy jej czemś przyjemnem nie urozmaicili. Gdybym więc naprzykład oświadczył pani bez żadnych wstępów, że panią ubóstwiam, cobyś na to odrzekła?
— Rzekłabym, że chcesz pan zbałamucić biedną dziewczynę i że źle wybrałeś się ze swemi zalotami, gdyż, choć jestem ostrożną, mam jednak w tych rzeczach doświadczenie.
Powiedziane to było głosem naiwnym.
Ale Castillan posunął się już zbyt daleko, aby miał zmieniać ton rozmowy. Nie zwracając też uwagi na odegrane znakomicie zmieszanie awanturnicy, zawołał w odpowiedzi:
— Najdroższa Maroto! gdybym nie był zwrócony do ciebie plecami, lub też, gdybym miał oczy ztyłu głowy, przekonałabyś się z mojej twarzy i spojrzenia, jak okropnie cię kocham!
— Nic mi do pańskich spojrzeń, panie umizgalski. Schowaj je dla innych!
— Przeklęte położenie! — zaklął Sulpicjusz. — Pomyśleć tylko, że pani jesteś tam, tuż przy mnie, a jednak za mną, i że nie mogę upajać się twoją pięknością
— Tracisz napróżno czas i piękne słówka, mości Castillanie! Gdybyś naprawdę życzył sobie tak bardzo wpatrywać się w twarz moją, mógłbyś doświadczać tej wielkiej rozkoszy, nic nie ryzykując, gdyż dostrzegam już w oddaleniu wieżę kościoła w Romorantin i — tu opuszczam już pańskiego wierzchowca i pana.
— A! do kroćset diabłów! — wykrzyknął Castillan, pozbywając się wszelkiej powściągliwości języka — trzeba mi było najpierw o tem pomyśleć, A więc, moja piękna, ja zatrzymuję się również w Romorantin, gdzie spożyjemy sam na sam smaczną kolacyjkę.
— Mam go! — pomyślała tancerka, zadowolona z odniesionego tak łatwo triumfu.
I rzekła głośno:
— Kolacyjka może nie grozić niebezpieczeństwem, gdy się zachowa pewne ostrożności.Zresztą na miejscu dopiero będzie można ocenić dokładnie, co warta pańska propozycja.
— Mam ją! — szepnął do siebie Castillan, powtarzając bezwiednie myśli towarzyszki.
Zapominając chwilowo, dla przelotnej miłostki, o ważnem posłannictwie, którem go obciążono,uspokajał się Castillan uwagą, że żadnej szkody nie poniesie ono na tej zwłoce.
Te kilka godzin — myślał — są jego wyłączną własnością i rozporządzać może niemi dowolnie, gdyż w każdym razie dopiero nazajutrz mógłby wyruszyć do Louches.
Żadnych przytem nie uczuwał obaw, ani podejrzeń.
Mógł był nie dowierzać Estebanowi i jego dwom towarzyszom, ale jakże podawać w wątpliwość niewinną duszę dziewczęcia, spotkanego wypadkiem i któremu nic zgoła nie mogło zależeć na wyprowadzeniu go w pole?
Młodzieniec oddał się więc bez żadnych skrupułów słodkiemu marzeniu i, wypuściwszy konia galopem, w ciągu niecałych dziesięciu minut przebył przestrzeń, dzielącą go od pierwszych domów w Romorantin.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louis Gallet i tłumacza: Wiktor Gomulicki.