Kamienne serce/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Kamienne serce
Pochodzenie Na dalekim zachodzie
Data wydania 1890
Wydawnictwo G. Centnerszwer
Drukarz Zakłady Artystyczne w Monachium
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie p0073.jpg
Rozdział VI.
Napad na hacjendę. — Porażka wroga.

Pantera, gdy mu Kamienne serce znikł z oczu, dosiadł swego konia i popędził do obozu oddanych mu wiernie Indjan. W chwili, gdy przybył, leżeli dzicy wojownicy, paląc fajki, rozpostarci dokoła ogniska. Na widok bandyty podnieśli się z uszanowaniem; widocznie, że wielkiem cieszył się wśród nich poważaniem. Odpowiedziawszy przyjaźnie na ich powitanie, skinął, by się koło niego zgromadzili, poczem donośnym głosem w te się do nich odezwał słowa: „Wodzowie Apachów, odważni wojownicy! Nie należy dłużéj zwlekać z zadaniem ciosu dumie wroga naszego, don Pedra! Niech się każdy uda na swe stanowisko; krzyk puszczyka będzie sygnałem do ataku.“
Skłonili się wodzowie przed Panterą i, na znak tegoż, kazali zwinąć obóz; poczem zaczęli się przygotowywać do wyprawy na hacjendę don Pedra. Z brzaskiem dnia wyszli na szeroką równinę, zarośniętą wysoką trawą, która się na kilka godzin drogi ciągnęła, następnie zanurzyli się znów w gąszczu leśnym i dopiero następnego dnia, już z zapadnięciem zmroku, zbliżyli się do hacjendy San Antonio.
Szyldwach, strzegący hacjendy podczas nocy, usłyszał kroki; bo chociaż były bardzo ciche, wśród ciszy nocnéj wszakże łatwo dojść mogły czujnego ucha. Natychmiast wystrzelił w powietrze, dając znać mieszkańcom hacjendy o blizkości nieprzyjaciela. Don Pedro, przestraszony, zerwał się z łoża i, przeczuwając niebezpieczeństwo, kazał wnet zatrąbić w wielką trąbę wojenną, odgłos któréj powoływał do broni wszystkich znajdujących się w pobliżu posiadłości mężczyzn. Po kilku chwilach zgromadziła się dość znaczna ilość uzbrojonych mężów; wszyscy bowiem, spodziewając się lada dzień napadu Indjan, w każdéj chwili gotowi byli stanąć z orężem w dłoni.
Godzina upłynęła; wśród nocnéj ciszy nic już podejrzanego nie dało się słyszeć; gdy nagle rozległ się mocny i przenikliwy krzyk puszczyka; powtórzył się raz i drugi, i dreszcz niepokoju przebiegł przez oczekujących. Po raz trzeci rozległ się krzyk, a echo jego nie zdążyło umilknąć, gdy ze wszystkich stron wszczęła się okropna wrzawa, Indjanie z okrzykiem wojennym rzucili się na zewnętrzne szańce hacjendy i usiłowali wedrzeć się na nie. Lecz meksykanie, broniąc się dzielnie, odparli ten pierwszy atak; Indjanie cofnęli się w nieładzie, a nabijane kartaczami armatki hacjendy, siały wśród nich i w ucieczce śmierć i zniszczenie.
Walka z krótkiemi przerwami kilkakrotnie była ponawianą. Daleko jeszcze było do ostatecznego rozstrzygnięcia, gdy słońce ukazało się na niebie, wspaniale roztaczając promienie. Okrzykiem radości powitali je Indjanie i z zdwojoną zaciekłością rzucili się do ataku. Tym razem Meksykanie, udając ucieczkę, opuścili swe stanowiska i rzucili się wgłąb hacjendy, ścigani przez rozjuszonych Indjan.
O zgrozo! Cóż się stało! Naraz zahuczał straszliwy grom; ziemia zatrzęsła się pod stopami walczących, i oddział Indjan, wyrzucony w powietrze, spadł z powrotem, poszarpany w kawały. Meksykanie podziemny korytarz napełnili prochem i, w chwili zbliżenia się Indjan, podpalili lontem. Przestrach pozostałych przy życiu wrogów nie da się opisać. W szalonym popłochu zaczęli uciekać na wszystkie strony. Biali byli uratowani.
Don Pedro oglądając z przyjaciółmi po téj walce morderczéj pole bitwy, spostrzegł ciężko rannego wojownika, który szczególną na siebie zwracał uwagę. Aczkolwiek barwą skóry biały, miał on na sobie ubiór i uzbrojenie wodza indyjskiego.
Rozkazał natychmiast przenieść rannego do domu, aby go ratować według możności, lub przynajmniéj osłodzić mu ostatnie chwile życia. „Ależ to Pantera, nikt inny! To ów okrutny bandyta!“ zawołał don Estevan, rzuciwszy okiem na rannego. W istocie był to Pantera. Przestrach ogarnął obecnych, gdy usłyszeli imię strasznego awanturnika. Po długiem trzeźwieniu ocknął się ciężko ranny w kilku miejscach Pantera, z gorączkowego snu. Don Pedro zbliżył się doń, chcąc mu zadać jakieś pytanie, gdy na dworze rozległ się tętent kopyt końskich. Wkrótce zjawił się jeździec, w którym don Pedro natychmiast poznał owego męża, co mu niedawno był w pustyni tak wiernym a dzielnym przewodnikiem. „To Kamienne serce!“ zawołał w radosnem uniesieniu i pośpieszył na przyjęcie młodego jeźdźca. Lecz, gdy do uszu Pantery doszło imię: Kamienne serce, wydał głośny okrzyk przerażenia i zemdlony upadł znów na łoże.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: anonimowy.