Kamienne serce/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Kamienne serce
Pochodzenie Na dalekim zachodzie
Wydawca G. Centnerszwer
Data wydania 1890
Druk Zakłady Artystyczne w Monachium
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie p0039.jpg
II.
Kamienne serce.
~~~~~~~~
Rozdział  I.
Jeździec w pustyni. — Spotkanie.

W roku 1857, gorącego dnia lipcowego, o kilka godzin przed zachodem słońca, jeździec jakiś dążył na wspaniałym koniu wdłuż brzegu rzeki Rio Bermejo w Meksyku, która, przepłynąwszy około 70 mil, wpada do Rio Grande del Norte.
Jeździec ten, mający na sobie kostjum strzelca meksykańskiego, o ile można było sądzić z powierzchowności, mógł liczyć około trzydziestu lat wieku. Był on wzrostu wysokiego, postaci wysmukłéj, ruchy były zgrabne, a na twarzy malowała się dobroć i szczerość. Niebieskie oczy o łagodnem spojrzeniu, gęste zwoje jasnych włosów, bogato wysuwające się z pod szerokiego ronda kapelusza i w malowniczym nieładzie spadające na ramiona, matowa bladość twarzy, różniąca się wybitnie od właściwéj meksykanom żółtawéj cery oblicza, — wszystko to naprowadzało na domysł, że jeździec nasz został zrodzony nie pod gorącem niebem Ameryki hiszpańskiéj.
Mąż ten, na pozór spokojnego i łagodnego usposobienia, łączył w swem sercu odwagę lwa z nieustraszonością bez granic; nie bez słuszności więc okoliczni mieszkańcy przezwali go „Kamiennem sercem.“
W chwili, gdy przedstawiamy go naszemu czytelnikowi, zawrócił właśnie konia z równiny w stronę gęstego lasu, którego krańce sięgały aż nad brzegi Rio Bermejo.
Był to jeden z owych dziewiczych lasów dalekiego zachodu, ciszy którego nie zakłócił wtedy jeszcze odgłos uderzeń siekiery. Drzewa też w nim rosły według upodobania; krzyżowały się swemi gałęźmi, splatały się z sobą, tu i owdzie znowuż, jakby na przekorę, zostawiały obszerną między sobą lukę, pokrytą zwykle suchymi konarami i pniami przegniłymi, leżącymi tu może od wieków. Grunt lasów tych, sformowany przez proch padłych przed tysiącami laty drzew, jest falisty; to się wznosi w postaci pagórków i małych gór, to znów ginie w rozległych bagniskach, zamieszkanych przez straszne aligatory, przewracające się tam w zielonkawym szlamie; miljardy much zjadliwych brzęcząc latają po nad dusznymi wyziewami błota. Kamienne serce widocznie nie był rzadkim gościem w téj puszczy, kiedy się tak odważnie w głąb jéj zapuszczał, i to jeszcze w chwili, gdy zachodzące słońce zostawiało ziemię w cieniu, który pod pokrywą gęstych koron drzew — olbrzymów tem bardziéj wzrastał. Pochylony zlekka naprzód w siodle, z czujnem okiem i uchem, pędził Kamienne serce przed siebie tak szybko, ile tylko pozwalała na to koniowi nierówność gruntu i ciemnie nocy.
Musiał przebyć po drodze wpław kilka strumieni i stromych parowów; na prawo i na lewo w niewielkiem oddaleniu rozlegały się stłumione ryki jaguarów i miauk szyderczy panter; on wszakże, niewzruszony wcale otaczającemi go niebezpieczeństwy, nieustannie mknął naprzód, aczkolwiek las z każdym krokiem stawał się wciąż dzikszym i bardziéj ponurym.
Przybywszy wreszcie do podnóża jednego pagórka, wstrzymał Kamienne serce konia, nie schodząc wszakże z niego, rzucił dokoła siebie badawcze spojrzenie. Grobowa cisza panowała wszędzie, wycie dzikich zwierząt milkło stopniowo w oddaleniu; żadnego szelestu nie można było dosłyszeć, prócz szmeru wody, przedzierającéj się przez rozpadlinę skały.
Ciemnolazurowe niebo było całe zasiane niezliczonemi lśniącemi gwiazdami; księżyc, pływający wśród białawych obłoczków, rzucał obficie srebrne swe promienie na wzgórze, którego pochyłość dzięki temu oświetleniu, dziwnie powabny stanowiła kontrast z pozostałą częścią krajobrazu, ukrytą w głębokim cieniu.
Kilka minut stał Kamienne serce, nieporuszony, jak posąg, i troskliwie przysłuchywał się najlżejszemu szmerowi; oparłszy palec na cynglu fuzji, w każdéj chwili na wypadek niebezpieczeństwa gotów był dać ognia.
Przekonawszy się widocznie, że wszystko znajduje się w pożądanym spokoju, uczynił już poruszenie, jakby zamierzając zeskoczyć z konia, gdy nagle zwierzę podniosło głowę, zastrzygło uszyma i kilkakroć głośno sapnęło.
Kamienne serce znów zaczął nasłuchywać; po kilku chwilach obiły się o jego uszy kroki kilku osób, dążących w tę stronę.
Żywo cofnął konia o kilka kroków ku podnóżu pagórka, poczem lekko zeskoczył na ziemię i, zasłonięty ciałem konia, wycelował fuzję. Po chwili jednak, odgadł widocznie, zanim jeszcze zauważył zbliżające się postacie, że nie grozi mu z ich strony żadne niebezpieczeństwo, albowiem lekki uśmiech zajaśniał mu na twarzy; opuścił szybko obronne swe stanowisko, cugle konia zarzucił sobie na ramię i strzelbę oparł na ziemi.
Zaszumiały wreszcie zarośla i ukazało się w nich w pewnem jeszcze oddaleniu pięć osób.





Rozdział II.
Uratowana od śmierci. — Opowiadanie starca.

Grupa wędrowców, dążących ciemną nocą przez odludną puszczę, składała się z czterech mężczyzn, z których dwoje wspierało chwiejące się kroki dziewczęcia; co najdziwniejsze, nieznajomi, w których z ubioru i barwy skóry, można było natychmiast poznać białych, nie mieli przy sobie ani ładunku, ani koni.
Nie zauważyli oni z początku obecności jeźdźca, który spoglądał na nich z żałością i politowaniem. Naraz jeden z obcych, sądząc z wszelkich pozorów, ojciec prowadzonego dziewczęcia, podniósł głowę i, spostrzegłszy Kamienne serce, zawołał po hiszpańsku: „Bogu niech będą dzięki! Jesteśmy uratowani. Mamy przed sobą wreszcie człowieka!“
Podróżni wstrzymali się; starzec tylko, co powyższe wymówił słowa, zbliżył się do Kamiennego serca, i rzekł doń nader grzecznie: „Pozwól pan zwrócić się do siebie z prośbą o to, czego się człowiekowi w pustyni nie odmawia: o pomoc i opiekę.“
Kamienne serce, wprzód nim odpowiedział, zmierzył nieznajomego badawczym wzrokiem. Był to mężczyzna lat wyżéj pięćdziesięciu, o rysach szlachetnych i poważnéj postawie. Włosy jego zbielały już na skroniach, lecz ruchy i ciemne oczy takiem tryskały życiem, jakby dopiero trzydzieści liczył. Bogactwo odzieży i szlachetność w obejściu pozwalały odgadnąć, że należał do wyższego towarzystwa meksykańskiego.
Kamienne serce stał jeszcze milcząc naprzeciwko nieznajomego, gdy zpośród reszty orszaku, stojącego o kilka kroków daléj, doleciał go cichy szept zamierającego głosu:
„Ojcze mój kochany, ojcze! Gdzie jesteś? Nie opuszczaj mnie!“
„Tutaj jestem, córko moja!“ zawołał starzec tkliwie, odwróciwszy się i biegnąc do dziewczęcia, co go przywoływało.
Na dźwięk głosu potrzebującéj pomocy, przez blade oblicze jeźdźca przemknęła chmura, a z oczu jego strzeliły płomienne błyskawice. — Po chwili wahania, zbliżył się do grupy nieznajomych i zapytał, kładąc dłoń na ramieniu starca: „Czyj to głos słyszałem dopiero?“
„Głos umierającéj córki mojéj,“ odpowiedział starzec z najgłębszą boleścią.
Kamienne serce zbliżył się jeszcze bardziéj. Młode dziewczę leżało rozciągnięte na ziemi, jego twarz była pokryta trupią bladością, oczy zawarte, tylko lekki oddech wskazywał, że życie nie zupełnie jeszcze z ciała uleciało.
Otaczający spoglądali na biedaczkę ze smutkiem, który widocznie ogarnął i Kamienne serce.
„Oh, majątek mój, życie oddam temu, kto uratuje najukochańsze me dziecię!“ zawołał starzec, przyklękając i okrywając pocałunkami rękę dziewicy.
Kamienne serce w zadumaniu spoglądał na dziewczę; po kilku minutach niemego rozmyślania zwrócił się do jéj ojca z zapytaniem: „Jakaż to choroba dręczy dziewczę?“
„Ach,“ westchnął starzec, „choroba nieuleczalna! została ukąszoną przez grzechotnika!“
„Jak dawno się to stało?“ pytał daléj Kamienne serce.
„Godzinę temu!“ rzekł starzec.
Rozjaśniła się twarz młodzieńca; milczał chwilę, jakby o czemś myślał, poczem głosem, pełnym szczęścia i nadzieji, przemówił do otaczających: „Godzinę dopiero? Więc ratunek jest jeszcze możliwy!“
Ojciec wydał okrzyk radosny i, zwracając się do Kamiennego serca, zawołał: „O, uratuj ją, uratuj, a będę cię błogosławił, ktokolwiek jesteś!“
„Śpieszmy się!“ rzekł jeździec, „niema czasu do stracenia.“ Zbliżył się do pewnego drzewa, któremu się uważnie przypatrywał, jakby czegoś na niem szukał. Naraz dobył swego długiego noża, odciął kilka gałązek lian (pnące się rośliny) i, promieniejąc radością, powrócił z niemi do nieznajomych, którzy niespokojnym wzrokiem śledzili każdy ruch jego.
Kamienne serce zmiął liście rośliny, a kiedy ojciec obnażył stopę dziewczęcia, rozszerzył nożem rankę, znajdującą się na niéj, i starannie wstrzyknął do niéj sok wyciśnięty.
Na szczęście, księżyc jasno oświecał krajobraz, pozwalając działać, jak wśród białego dnia.
Biedne dziewczę doznało przy téj operacji okrutnego bólu, albowiem głośno krzyknęło.
Następnie położył Kamienne serce na ranę kilka liści i umocował je za pomocą opaski. Niedługo można było spostrzedz, że dziewczę doznało błogiéj ulgi, kurcz je opuścił, oczy się przymknęły, i wkrótce pogrążyło się w spokojnym śnie.
„Bogu niech będą dzięki!“ zawołał ojciec, złożywszy dłonie. „Więc jest uratowaną!“
„Tak,“ odpowiedział Kamienne serce, „jeśli nie nastąpi coś nieprzewidzianego, to niema żadnéj obawy. Teraz pozwólcie mi was pożegnać. Spełniłem swój obowiązek, podając pomoc córce pańskiej; muszę się oddalić. Bądźcie zdrowi!“
„Nie, musisz pan naprzód powiedzieć, jak się zowiesz!“ zawołał starzec, chwytając za ramię młodzieńca.
„Po cóż to?“ wzruszył ramionami Kamienne serce.
„Abym mógł zachować w wdzięcznéj pamięci męża, któremu winienem nieskończone dzięki,“ rzekł starzec.
„Lecz to jest zupełnie niepotrzebnem,“ odparł młodzieniec.
„Niech tak będzie,“ rzekł starzec, „nie będę więcéj nalegał, byś mi pan swe nazwisko wymienił. Nie możesz mi jednak zabronić, abym ci wymienił swoje: musisz przecie wiedzieć, kogoś tak zobowiązał. Nazywam się don Pedro, mieszkam niedaleko ztąd; jestem posiadaczem hacjendy San-Antonio, wielkiéj hiszpańskiéj osady na gruncie meksykańskim.“
„Znam tę posiadłość,“ przerwał Kamienne serce; „lecz powiedz mi pan, co cię tu sprowadziło nocą w to dzikie pustkowie?“
Don Pedro opowiedział pokrótce swoje przygody. „Udałem się,“ rzekł, „w małą podróż wraz z córką moją Hermozą, któréj właśnie uratowałeś życie, i kilkoma zaufanymi przyjaciółmi, do innéj mojéj posiadłości, oddalonéj o dwa dni drogi; dziś zrana wyruszyłem z powrotem do domu. Z zapadnięciem zmroku przystanęliśmy na skraju lasu, obawiając się, byśmy pociemku nie zboczyli z drogi; rozciągnęliśmy już zmęczone członki na trawie, gdy nagle napadł na nas oddział dzikich wojowników, który widocznie śledził już nas oddawna, związał nas i zakneblował usta, zanim zdołaliśmy zrobić z broni użytek. Nie dość na tem: rozbójnicy zarzucili nam opony na głowy i powlekli w las daleko, pewno w tym zamiarze, by nas oddać na pastwę głodu, lub dzikich zwierząt. Poczem dzika tłuszcza znikła nam z oczu, uprowadzając konie nasze i pakunki, i zostawiając nas smutnemu losowi.“
Kamienne serce, słuchając opowiadania z natężoną uwagą, zmarszczył brwi; zdawało się, że się domyśla, kto są owi rozbójnicy, nie przerwał jednak opowiadania don Pedrowi, który też ciągnął daléj w te słowa:
„Znajdowaliśmy się w rozpaczliwem położeniu, i gdyby się nie udało mojemu przyjacielowi i towarzyszowi w nieszczęściu, don Estebanowi, który posiada olbrzymią siłę, rozerwać swych więzów, a potem i nas z nich oswobodzić, zginęlibyśmy niechybnie. Pozbawieni wszelkich zapasów, udaliśmy się piechotą naprzód, lecz nie mogliśmy w żaden sposób znaleźć drogi w téj zupełnie nam nieznanej części lasu. Błąkaliśmy się więc naokół, cierpliwie poddawszy się losowi.
Lecz nieszczęście zawsze chodzi parą. Córka moja wydała naraz przejmujący okrzyk bólu: ukąsił ją wąż jadowity. To dopełniło miary naszéj rozpaczy. W wzruszeniu gorączkowem zapomnieliśmy o wszystkiem, myśląc tylko o ocaleniu biednego dziecięcia.
W tem strasznem położeniu zesłał nam Bóg Pana, jako anioła ratunku.“
Z jawnem współczuciem słuchał Kamienne serce opowiadania don Pedra, lecz, nie przemówiwszy w odpowiedzi ani słowa, chciał się już oddalić od towarzystwa.
„O, zostań Pan z nami,“ prosił go starzec, „nie opuszczaj nas w téj dzikiéj miejscowości!“
Lecz Kamienne serce nie chciał się zdecydować na towarzyszenie nieznajomym; dał im tylko radę, by aż do brzasku dnia pozostawali lepiéj w miejscu, gdyż niebezpiecznem jest wielce błądzić tu w ciemnościach nocy. Gdy go jednak mężczyzni błagali na wszystko, by wraz z nimi opuścił złowrogi ten zakątek lasu, zgodził się im towarzyszyć; przedtem wszakże przestrzegł ich raz jeszcze: „Pomnijcie na me słowa, jam was ostrzegał, nie biorę więc żadnéj odpowiedzialności za to, co się stać może.“





Rozdział III.
Napad i zwycięztwo. — Rozstanie.

Podróżni poczęli się przygotowywać do opuszczenia miejsca, gdzie się odegrała opisana powyżéj scena. Hermoza spała jeszcze, leżąc na mchu; zbudzić ją, byłoby największą nieostrożnością, jaka mogłaby fatalnie oddziałać na jéj zdrowie. Kamienne serce przeto ściął kilka mocnych gałęzi i sporządził coś w rodzaju noszy; na nich to złożono jaknajostrożniej Hermozę, a dwaj służący don Pedra wzięli je na barki.
Kamienne serce dosiadł swego konia i na znak jego mały orszak ruszył w drogę. Wzrok młodzieńca z wielkim niepokojem błądził ciągle dokoła, jak gdyby oczekiwał strasznego jakiego zjawiska. Skierował drogę przez małe wzgórze, podnóża którego wkrótce dosięgnięto. Podróżni kroczyli w znacznéj odległości za swym przewodnikiem, który, jakby na zwiady, wciąż wysuwał się naprzód, gdy naraz dało się słyszeć przenikliwe gwizdnięcie.
Meksykanie wzdrygnęli się: „Coby to miało znaczyć?“ wyszeptał niespokojnie don Pedro. „Bezwątpienia, zdrada!“ odpowiedział przyjaciel jego, don Esteban, oglądając się badawczym wzrokiem i widząc, że Kamienne serce w pewnem oddaleniu znika po za zaroślami.
Po owem złowrogiem gwizdnięciu głęboka zapanowała cisza; nic się na pozór dokoła nie zmieniło. Lecz nie upłynęły i trzy minuty, gdy rozległy się ze wszystkich stron takież gwizdnięcia, widocznie w odpowiedzi na poprzedni sygnał. Tu nadjechał Kamienne serce w galopie ku zaniepokojonemu jego nieobecnością orszakowi.
Oblicze jego bladem było, ruchy niespokojne i szybkie.
„Samiście tego pragnęli!“ rzekł w wielkiem wzburzeniu, zwracając się do podróżnych. „Powtarzam jeszcze: nie jestem odpowiedzialnym za nieszczęście, które was prawdopodobnie dotknie.“
„Co się stało? jakież niebezpieczeństwo nam grozi?“ zawołał przestraszony don Pedro.
„Zostaliście odkryci przez Indjan,“ odpowiedział Kamienne serce: „dziki oddział Pantery znajduje się wpobliżu.“
„O!“ krzyknął w najwyższem przerażeniu don Pedro. „Czyjeś wymienił miano? Pantera, ten okropny bandyta, którego niezliczone przestępstwa od lat kilku zgrozą napełniają okolicę, ten Pantera godzi na nas! Biada nam, jesteśmy zgubieni!“
„Nie on sam w własnéj osobie,“ odpowiedział uspokajająco Kamienne serce, „lecz część jego zbójeckiéj bandy. No, nadszedł czas, by użyć całéj przytomności umysłu i odwagi.“ Na znak myśliwca, położyli się wszyscy meksykanie na ziemi i poczęli w milczeniu pełzać; nawet Hermoza, która zwolna przyszła do siebie i odzyskała siły, przyjęła udział w tym osobliwym pochodzie, aczkolwiek było jéj nader trudno zdążyć za towarzyszami. Wolała jednak raczéj znosić największe trudy, aniżeli wpaść w ręce nieprzyjaciół. Krok za krokiem posuwali się naprzód podróżni z bronią w ręku, aż wreszcie w niewielkiéj odległości dojrzeli obóz indyjski. Czterech Indjan, nad lewem uchem których zatknięte sokole pióra naprowadzały na domysł, iż są wodzami, siedziało około ogniska i w milczeniu paliło po kolei fajkę.
Na rozkaz myśliwca podnieśli się zcicha meksykanie i każdy z nich schronił się za pniem potężnego drzewa.
„Pozostawiam was tu,“ rzekł Kamienne serce, „sam zaś udam się do obozu; zachowujcie się spokojnie, i, cokolwiek się stanie, nie strzelajcie, aż ujrzycie, że kapelusz swój rzucam na ziemię.“
Meksykanie skłonili, przystając, głowy, poczem Kamienne serce znikł w gęstwinie. Z miejsca, gdzie się podróżni znajdowali w ukryciu, łatwo można było widzieć, co się dzieje w obozie czerwonoskórych, a nawet, przy większem natężeniu i ciszy, słyszeć, o czém się tam mówi. Z tułowiem pochylonym naprzód, palcem na odwiedzionym kurku, wzrok zwróciwszy ku obozowi, oczekiwali meksykanie z gorączkową niecierpliwością chwili, kiedy trzeba będzie dać ognia.
Kamienne serce tymczasem zbliżył się do obozu, rozsunął nizkie krzaki i wstąpił w oświetlone przez światło ogniska koło. Zwolna kroczył ku Indjanom, a z uprzejmości, jaką odpowiedzieli na jego powitanie, łatwo można było poznać, że mąż, opiece którego powierzyli się meksykanie, nie był dla dzikich obcą osobą. W pierwszéj chwili uważał don Pedro okoliczność tę za szczęście, miał bowiem nadzieję, że Kamienne serce wpływem swym wyrobi im wolne przejście; lecz późniéj począł starzec wątpić w uczciwość młodzieńca, sądząc, że ma do czynienia ze zdrajcą. Meksykanie nie potrafili jeszcze wytłumaczyć sobie zachowania się dotychczasowego swego obrońcy, gdy nagle usłyszeli ożywioną rozprawę w obozie, z któréj doszły ich następujące słowa:
„Brat mój jest ostrożnym,“ przemówił jeden z wodzów; „opuścił on blade twarze, albowiem wie, że je Pantera przeznaczył na ofiarę strzałom Indjan.“
„Nie opuściłem bladych twarzy,“ odparł Kamienne serce stanowczym głosem. „Indjanie mylą się; jam poprzysiągł bronić białych moich braci, ile tylko siły me na to pozwolą.“
„Ależ rozkaz Pantery sprzeciwia się temu!“ zawołał inny z czterech wodzów.
„Ja nie podlegam rozkazom Pantery,“ odparł z oburzeniem Kamienne serce, „nienawidzę zdrady i nie pozwolę Czerwonoskórym na dokonanie ich morderczych zamysłów.“
„Oah!“ zawołał wódz pierwszy, „Pantera życzy sobie, aby blade twarze straciły swe skalpy.“
„Nędzniku!“ zawołał gniewnie myśliwiec, „i jam bladą twarzą, więc i mnie zabierz mój skalp!“ Z temi słowy ruchem szybkim, jak błyskawica, strącił swój kapelusz na ziemię, a jednocześnie rzucił się na wodza indyjskiego i głęboko w pierś wepchnął mu nóż. W téjże chwili zagrzmiały jak jeden cztery strzały i pozostali wodzowie potoczyli się w piasek, wydając przedśmiertne chrapanie.
Gdy się rozległy strzały meksykan, zaczęła się mordercza walka pięciu mężów przeciwko piętnastu, walka tem zaciętsza, że każdy dobrze wiedział o tem, iż żadnéj litości spodziewać się nie może. Szczęście chciało, że podróżni posiadali pistolety; wypalili z nich w nieprzyjaciół, poczem zaczęli siec pałaszami. Z dwudziestu wojowników, dwunastu padło, ośmiu pozostałych szukało ocalenia w ucieczce.
Zgiełk walki dochodził do Hermozy, która, ukryta w oddaleniu w zaroślach, oczekiwała z niepokojem jéj rezultatu. Z pistoletem w ręku, przysłuchiwała się dzielna dziewczyna każdemu szmerowi, dochodzącemu bliżéj, gotowa w każdéj chwili bronić się odważnie. Nadszedł wreszcie ojciec i udzielił jéj wieści o tem, jak się wszystko odbyło; poczem cały orszak szybko udał się w dalszą drogę, dosiadłszy zdobytych na Indjanach koni.
Noc upłynęła na nieopisanie szybkiéj jeździe. Gdy słońce weszło, zbliżyli się wędrowcy do rozstajnych dróg, na których Kamienne serce pragnął się z nimi pożegnać, „Macie kilka już tylko mil do hacjendy; drogę do niéj łatwo znaleźć,“ rzekł.
„Nie, tak się nie rozstaniemy,“ odpowiedział don Pedro, „zanadtoś nas pan zobowiązał.“
„Zapomnij pan o wszystkiem!“ przerwał prędko Kamienne serce. „Pan wrócisz do majątku, ja zaś do swéj pustyni. Pamięć o was wszakże na zawsze zostanie ze mną! Bądźcie zdrowi!“ Rzekłszy to, uścisnął dłoń każdego, zawrócił konia i odjechał galopem.





Rozdział IV.
W hacjendzie. — Wyjaśnienia.

W dwie godziny po rozstaniu się z Kamiennem sercem przybyli wreszcie meksykanie do hacjendy don Pedra. Radość ich rodzin, które zaczęły się już obawiać o swoich, z powodu długiéj ich nieobecności, była nadzwyczajną, gdy ich obaczyły wracających w zdrowiu.
Hermoza udała się natychmiast do swego pokoju, gdzie, padłszy na kolana, z złożonemi dłońmi cichą, lecz gorącą zmówiła modlitwę, dziękując Bogu za szczęśliwe swe uratowanie w pustyni. Skończywszy modlitwę, usiadła w fotelu i głęboko się zadumała. Nagle zerwała się, jakby obudzona ze snu głębokiego, i pociągnęła za dzwonek. Na ten znak otworzyły się drzwi i do pokoju weszła piękna, choć o kolorowéj skórze kobieta. Przywitawszy się radośnie, uklękła wdzięcznie u stóp młodéj swéj pani i, zwróciwszy na nią czarne swe oczy, zapytała: „Czego sobie życzysz, Hermozo?“
„Chciałam cię ujrzeć i trochę pogwarzyć z tobą,“ odpowiedziała młoda pani.
„O, co za szczęście!“ zawołała Nina — tak się nazywało dziewczę, — i wesoło klasnęła w dłonie. „Długom cię już nie widziała, a, o ile wiem, byłaś w podróży narażona na wielkie niebezpieczeństwa.“
„Któż ci to powiedział?“ zapytała Hermoza.
„Dopiero co opowiedział nam don Esteban o wszystkiem, co się wam wydarzyło w pustyni,“ odpowiedziała Nina; „mówił nam także i o mężu, który tak uprzejmie zajął się twoim losem. Don Torribio, nasz rządca, powiedział, że zna Kamienne serce, utrzymywał jednak, że dobroć jego jest tylko pozorną, że ukrywa się po za nią zdrada piekielna.“
Jak gromem rażona, zerwała się na te słowa Hermoza z swego miejsca i zawołała: „To niepodobna! Gdzie don Torribio? Idź i poproś go, by przyszedł do mnie!“
Po kilku minutach zjawił się don Torribio, piękny mężczyzna w średnim wieku, o ruchach wdzięcznych i swobodnych. Skłonił się z głębokiem uszanowaniem przed swą panią, która podała mu przyjaźnie dłoń, mówiąc: „Szczęśliwą jestem, że pana widzę. Usiądź pan i opowiedz mi, co wiesz o owym człowieku, który się zowie Kamienne serce, i tyle dobrodziejstw wyświadczył mi w pustyni. Znasz go pan podobno, jak się właśnie dowiaduję.“
„O, że też pani prawdę powiedzieć muszę!“ zawołał don Torribio. „Kamienne serce, młody awanturnik, któregoś pani poznała, jest synem dzikiego Pantery, owego niebezpiecznego bandyty, którego imię strachem i zgrozą napełnia całą okolicę.“
Jak za dotknięciem węża, cofnęła się Hermoza i padła bezwładna na krzesło; pobladła strasznie na twarzy i drżącym rzekła głosem: „To niepodobna! Mąż ten, który tak szlachetnie z nami postąpił, nie może być potworem, ani żadnym zbójcą!“
„Opowiem pani wszystko, co wiem o jéj zbawcy,“ odparł don Torribio. „Że Kamienne serce jest synem sławnego Pantery, tom rzekł i nie odwołuję. Sława ojca, rzecz prosta, przeszła i na syna, i uczyniła go również, jak tamtego, strasznym dla każdego. Wyznać wszakże muszę, że mimo oskarżania go o mnóstwo najrozmaitszych haniebnych przestępstw i sprawek, godnych stryczka, nikt jednak i jednego występku nie zdołał mu udowodnić. Wszystko, cokolwiek opowiadają o nim, otoczone jest jakąś nieprzeniknioną tajemnicą. Kamienne serce ma być jednym ze znanych poławiaczy pszczół, jak zwą owych wpółdzikich ludzi, co to włóczą się po prerjach i zawierają niekiedy sojusz z Indjanami. Jakże chętnie zerwałbym gęstą zasłonę, jaka otacza zbawcę życia pani. Kto wié, może nadarzy się kiedy jaka po temu sposobność.“
„Byłabym za to panu nieskończenie wdzięczną,“ odrzekła Hermoza, podając rękę rządcy, poczem się ten oddalił, oddawszy nizki ukłon.





Rozdział  V.
Schadzka. — Niemiłe wynurzenia.

Kamienne serce, rozstawszy się z podróżnymi, skierował konia ku pewnéj jaskini, ukrytéj w gęstwinie lasu, która służyła za schronienie dla rozbójnika Pantery, kilkakroć już wzmiankowanego w naszem opowiadaniu.
Po żmudnéj podróży, przybył wreszcie do skały, w wnętrzu któréj znajdowała się owa jaskinia o wnijściu szczelnie zasłoniętem przez krzewy i zarośla.
Przywiązawszy konia do drzewa, przedarł się Kamienne serce przez gęstwinę i wstąpił do podziemnéj pieczary, zapaliwszy poprzednio pochodnię, co leżała w kącie niedaleko otworu. Czekał tam może z kwadrans, gdy naraz rozległ się odgłos kopyt końskich, który ucichł tuż u wnijścia do jaskini. Wkrótce zatrzeszczały gałęzie i ukazał się Pantera.
Dziki ten bandyta był mężem nadzwyczajnego wzrostu; szerokie barki jego i potężne członki dowodziły, iż, aczkolwiek już od wielu lat przekroczył granice średniego wieku, siła jego wcale na tem nie ucierpiała. Z twarzy, brunatnéj prawie od wichrów i skwarów, łatwo jednak poznać można było, że należał do rassy białéj. Odzienie jego stanowiła mieszanina ubioru meksykańskiego i indyjskiego; mokasyny (kamasze indyjskie) wszakże, zdobne w kolce jeżowe i perły szklanne, pióra nad czołem, zdradzały szczególne upodobanie do kostjumu Indjan.
Szeroki nóż do skalpowania, siekiera wojenna i torba z prochem i kulami wisiały u skórzanego pasa, co szczelnie obejmował jego biodra.
Orle pióro, osadzone w białéj opasce sterczało mu nad lewem uchem, co oznaczało dostojeństwo wodza, a w ręce trzymał olbrzymią fuzję, wysadzaną ozdobami ze srebra.
To był ów mąż, któremu Indjanie nadali przezwisko Pantery.
Ciemna chmura wisiała na szerokiem jego czole; zwracając się do syna, rzekł: „Zdaje się, żeś zapomniał, że jestem twym ojcem; albowiem, jakem słyszał, stanąłeś w obronie tego don Pedra, którego śmiertelnie nienawidzę.“
W słowach tych brzmiał gorzki wyrzut; wymawiając je, mierzył Pantera Kamienne serce dzikim wzrokiem, jak gdyby go o najcięższe oskarżał przestępstwo. Ostatni, w najwyższem wzburzeniu, uderzył kolbą fuzji o ziemię, i zawołał: „Więc toś ty rzeczywiście uplanował ową napaść na spokojnych podróżnych, którzy bez żadnych złych zamiarów szli swoją drogą?
To oburzające! Nazywasz się mym ojcem, to prawda; lecz wybacz, wyznam ci otwarcie, że ci synowskiem nie mogę płacić przywiązaniem!
Co się zresztą tyczy mojéj osoby, powiedz mi, czemu dotąd ani słowa z ust twych nie słyszałem ani o miejscu mego urodzenia, ani o dalszéj méj rodzinie, o stosunkach familijnych? Wiesz, że zwolna zaczynam wątpić, czyś w istocie mym ojcem, a ja twoim synem?“
„Co chcesz przez to powiedzieć, nieszczęśliwy? Jakimi znów obarczasz mię wyrzutami?“ przerwał starzec gniewnym głosem.
„Pozwól, niech skończę!“ zawołał Kamienne serce namiętnie. „Otworzyły się me oczy. Od dzieciństwa mego starałeś się usilnie wszystkie szlachetniejsze porywy tłumić w mem sercu. Bogu dzięki, nie udało ci się to. Obecnie postanowiłem oddać się cały trybowi życia, o jakim dawno już marzę. Chcę być niezależnym, choćbym nawet miał z tobą zerwać i z kim innym stosunki zawiązać. Tak postanowiłem, i tak postąpię!“
Rzekłszy to, oddalił się Kamienne serce, cały wzburzony. Zgrzytając zębami, podążył bandyta za młodzieńcem, lecz ten znikł już w gęstwinie lasu.





Rozdział VI.
Napad na hacjendę. — Porażka wroga.

Pantera, gdy mu Kamienne serce znikł z oczu, dosiadł swego konia i popędził do obozu oddanych mu wiernie Indjan. W chwili, gdy przybył, leżeli dzicy wojownicy, paląc fajki, rozpostarci dokoła ogniska. Na widok bandyty podnieśli się z uszanowaniem; widocznie, że wielkiem cieszył się wśród nich poważaniem. Odpowiedziawszy przyjaźnie na ich powitanie, skinął, by się koło niego zgromadzili, poczem donośnym głosem w te się do nich odezwał słowa: „Wodzowie Apachów, odważni wojownicy! Nie należy dłużéj zwlekać z zadaniem ciosu dumie wroga naszego, don Pedra! Niech się każdy uda na swe stanowisko; krzyk puszczyka będzie sygnałem do ataku.“
Skłonili się wodzowie przed Panterą i, na znak tegoż, kazali zwinąć obóz; poczem zaczęli się przygotowywać do wyprawy na hacjendę don Pedra. Z brzaskiem dnia wyszli na szeroką równinę, zarośniętą wysoką trawą, która się na kilka godzin drogi ciągnęła, następnie zanurzyli się znów w gąszczu leśnym i dopiero następnego dnia, już z zapadnięciem zmroku, zbliżyli się do hacjendy San Antonio.
Szyldwach, strzegący hacjendy podczas nocy, usłyszał kroki; bo chociaż były bardzo ciche, wśród ciszy nocnéj wszakże łatwo dojść mogły czujnego ucha. Natychmiast wystrzelił w powietrze, dając znać mieszkańcom hacjendy o blizkości nieprzyjaciela. Don Pedro, przestraszony, zerwał się z łoża i, przeczuwając niebezpieczeństwo, kazał wnet zatrąbić w wielką trąbę wojenną, odgłos któréj powoływał do broni wszystkich znajdujących się w pobliżu posiadłości mężczyzn. Po kilku chwilach zgromadziła się dość znaczna ilość uzbrojonych mężów; wszyscy bowiem, spodziewając się lada dzień napadu Indjan, w każdéj chwili gotowi byli stanąć z orężem w dłoni.
Godzina upłynęła; wśród nocnéj ciszy nic już podejrzanego nie dało się słyszeć; gdy nagle rozległ się mocny i przenikliwy krzyk puszczyka; powtórzył się raz i drugi, i dreszcz niepokoju przebiegł przez oczekujących. Po raz trzeci rozległ się krzyk, a echo jego nie zdążyło umilknąć, gdy ze wszystkich stron wszczęła się okropna wrzawa, Indjanie z okrzykiem wojennym rzucili się na zewnętrzne szańce hacjendy i usiłowali wedrzeć się na nie. Lecz meksykanie, broniąc się dzielnie, odparli ten pierwszy atak; Indjanie cofnęli się w nieładzie, a nabijane kartaczami armatki hacjendy, siały wśród nich i w ucieczce śmierć i zniszczenie.
Walka z krótkiemi przerwami kilkakrotnie była ponawianą. Daleko jeszcze było do ostatecznego rozstrzygnięcia, gdy słońce ukazało się na niebie, wspaniale roztaczając promienie. Okrzykiem radości powitali je Indjanie i z zdwojoną zaciekłością rzucili się do ataku. Tym razem Meksykanie, udając ucieczkę, opuścili swe stanowiska i rzucili się wgłąb hacjendy, ścigani przez rozjuszonych Indjan.
O zgrozo! Cóż się stało! Naraz zahuczał straszliwy grom; ziemia zatrzęsła się pod stopami walczących, i oddział Indjan, wyrzucony w powietrze, spadł z powrotem, poszarpany w kawały. Meksykanie podziemny korytarz napełnili prochem i, w chwili zbliżenia się Indjan, podpalili lontem. Przestrach pozostałych przy życiu wrogów nie da się opisać. W szalonym popłochu zaczęli uciekać na wszystkie strony. Biali byli uratowani.
Don Pedro oglądając z przyjaciółmi po téj walce morderczéj pole bitwy, spostrzegł ciężko rannego wojownika, który szczególną na siebie zwracał uwagę. Aczkolwiek barwą skóry biały, miał on na sobie ubiór i uzbrojenie wodza indyjskiego.
Rozkazał natychmiast przenieść rannego do domu, aby go ratować według możności, lub przynajmniéj osłodzić mu ostatnie chwile życia. „Ależ to Pantera, nikt inny! To ów okrutny bandyta!“ zawołał don Estevan, rzuciwszy okiem na rannego. W istocie był to Pantera. Przestrach ogarnął obecnych, gdy usłyszeli imię strasznego awanturnika. Po długiem trzeźwieniu ocknął się ciężko ranny w kilku miejscach Pantera, z gorączkowego snu. Don Pedro zbliżył się doń, chcąc mu zadać jakieś pytanie, gdy na dworze rozległ się tętent kopyt końskich. Wkrótce zjawił się jeździec, w którym don Pedro natychmiast poznał owego męża, co mu niedawno był w pustyni tak wiernym a dzielnym przewodnikiem. „To Kamienne serce!“ zawołał w radosnem uniesieniu i pośpieszył na przyjęcie młodego jeźdźca. Lecz, gdy do uszu Pantery doszło imię: Kamienne serce, wydał głośny okrzyk przerażenia i zemdlony upadł znów na łoże.





Rozdział VII.
Wyjawiona tajemnica. — Śmierć nieszczęśliwego.

Od owéj sprzeczki, jaką miał Kamienne serce z swym ojcem w ukrytéj w lesie jaskini, nie spotkał się już z nim ani razu. Zgadując niebezpieczeństwo, jakie zagraża don Pedrowi ze strony Indjan, krążył czas długi w niejakiem oddaleniu od hacjendy, by w razie niebezpieczeństwa pośpieszyć z pomocą temu człowiekowi, którego, sam nie wiedząc dla czego, bardzo pokochał.
„Nieszczęsny!“ zawołał Kamienne serce, wchodząc do pokoju i widząc Panterę, całego we krwi.
„Kamienne serce!“ odpowiedział bandyta, usiłując się podźwignąć z łoża i osłupiałym wzrokiem spoglądając na młodzieńca. Następnie natężył wszystkie swe siły, jakie mu jeszcze pozostały, i przemówił donośnym i wyraźnym głosem do otaczających:
„Wysłuchajcie tajemnicy!... Lata widocznie bardzo mię zmieniły, skoro nikt z was dotąd mnie nie poznał.“
I ująwszy don Pedra za rękę, rzekł: „Jestem Fernando, brat twój, który przed trzydziestu laty rozstał się z tobą z nienawiścią i pragnieniem zemsty w sercu.“
„Co mówisz?“ zawołał don Pedro, cofając się z przerażeniem od Pantery, podczas gdy otaczający wydali okrzyk zdumienia.
„Rzekłem prawdę,“ odpowiedział spokojnie Pantera. „Wymieniłem prawdziwe swe imię. Jestem Fernando.“ Tu osłabionym już głosem ciągnął: „Trzydzieści lat błąkałem się w pustyni; sam zdziczawszy, zawarłem przymierze z Indjanami i wkrótce zostałem wybrany ich wodzem. Z ich to pomocą pragnąłem się pomścić na tobie, kiedy zdradziły mię losy i w takim smutnym stanie w twe ręce oddały.“
„Boskie to zrządzenie!“ zawołał don Pedro wzruszonym głosem. Pantera wszakże skinął ręką i tak mówił daléj:
„Siły mię coraz więcéj opuszczają. Wysłuchajcie więc wszystkiego, zanim me oczy zamkną się na zawsze.“ I zwracając się do Kamiennego serca, dodał „Nie jesteś moim synem... Tyś Karlos, syn brata mego, don Pedra. Porwałem cię potajemnie jeszcze w dzieciństwie i wychowałem w pustyni. Don Pedro, to twe dziecię!“ zawołał, zbierając sił ostatek, poczem natychmiast wpół omdlały upadł na łoże.
„Moje dziecię!“ zabrzmiał jak echo głos starca, który natychmiast z nieopisaną radością przycisnął młodzieńca do piersi.
„Mój brat!“ zawołała Hermoza, zrywając się z krzesła, na którem siedziała, targana naprzemian różnemi uczuciami. „Więc brat to, brat mój był zbawcą mego życia, był nam przewodnikiem w pustyni, nie podejrzewając wcale, jakie nas z sobą ścisłe więzy łączą. Boże, niezbadane są twe wyroki!“
Pantera podczas téj sceny spoczywał w podobnym do śmierci śnie. Naraz rozwarły się nieruchome już prawie oczy konającego i przez zbladłe jego wargi jedno tylko przeszło słowo: „Przebaczenia!“
Poczem zawarły się usta. Pantera chwilę jeszcze walczył ze śmiercią, wreszcie wyprężył się bez ruchu... Skonał.
„Palec boży!“ zawołał don Pedro w głębokiem wzruszeniu. „Módlmy się za duszę nieszczęśliwego!“ Ukląkł przy zwłokach i wszyscy obecni poszli za jego przykładem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: anonimowy.