Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rozległ się mocny i przenikliwy krzyk puszczyka; powtórzył się raz i drugi, i dreszcz niepokoju przebiegł przez oczekujących. Po raz trzeci rozległ się krzyk, a echo jego nie zdążyło umilknąć, gdy ze wszystkich stron wszczęła się okropna wrzawa, Indjanie z okrzykiem wojennym rzucili się na zewnętrzne szańce hacjendy i usiłowali wedrzeć się na nie. Lecz meksykanie, broniąc się dzielnie, odparli ten pierwszy atak; Indjanie cofnęli się w nieładzie, a nabijane kartaczami armatki hacjendy, siały wśród nich i w ucieczce śmierć i zniszczenie.
Walka z krótkiemi przerwami kilkakrotnie była ponawianą. Daleko jeszcze było do ostatecznego rozstrzygnięcia, gdy słońce ukazało się na niebie, wspaniale roztaczając promienie. Okrzykiem radości powitali je Indjanie i z zdwojoną zaciekłością rzucili się do ataku. Tym razem Meksykanie, udając ucieczkę, opuścili swe stanowiska i rzucili się wgłąb hacjendy, ścigani przez rozjuszonych Indjan.
O zgrozo! Cóż się stało! Naraz zahuczał straszliwy grom; ziemia zatrzęsła się pod stopami walczących, i oddział Indjan, wyrzucony w powietrze, spadł z powrotem, poszarpany w kawały. Meksykanie podziemny korytarz napełnili prochem i, w chwili zbliżenia się Indjan, podpalili lontem. Przestrach pozostałych przy życiu wrogów nie da się opisać. W szalonym popłochu zaczęli uciekać na wszystkie strony. Biali byli uratowani.
Don Pedro oglądając z przyjaciółmi po téj walce morderczéj pole bitwy, spostrzegł ciężko rannego wojownika, który szczególną na siebie