Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jaźnie na ich powitanie, skinął, by się koło niego zgromadzili, poczem donośnym głosem w te się do nich odezwał słowa: „Wodzowie Apachów, odważni wojownicy! Nie należy dłużéj zwlekać z zadaniem ciosu dumie wroga naszego, don Pedra! Niech się każdy uda na swe stanowisko; krzyk puszczyka będzie sygnałem do ataku.“
Skłonili się wodzowie przed Panterą i, na znak tegoż, kazali zwinąć obóz; poczem zaczęli się przygotowywać do wyprawy na hacjendę don Pedra. Z brzaskiem dnia wyszli na szeroką równinę, zarośniętą wysoką trawą, która się na kilka godzin drogi ciągnęła, następnie zanurzyli się znów w gąszczu leśnym i dopiero następnego dnia, już z zapadnięciem zmroku, zbliżyli się do hacjendy San Antonio.
Szyldwach, strzegący hacjendy podczas nocy, usłyszał kroki; bo chociaż były bardzo ciche, wśród ciszy nocnéj wszakże łatwo dojść mogły czujnego ucha. Natychmiast wystrzelił w powietrze, dając znać mieszkańcom hacjendy o blizkości nieprzyjaciela. Don Pedro, przestraszony, zerwał się z łoża i, przeczuwając niebezpieczeństwo, kazał wnet zatrąbić w wielką trąbę wojenną, odgłos któréj powoływał do broni wszystkich znajdujących się w pobliżu posiadłości mężczyzn. Po kilku chwilach zgromadziła się dość znaczna ilość uzbrojonych mężów; wszyscy bowiem, spodziewając się lada dzień napadu Indjan, w każdéj chwili gotowi byli stanąć z orężem w dłoni.
Godzina upłynęła; wśród nocnéj ciszy nic już podejrzanego nie dało się słyszeć; gdy nagle