Kalton i Kolmal (Ustęp z powieści Ossyana)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Osjan
Tytuł Kalton i Kolmal
Podtytuł Ustęp z powieści Ossyana
Pochodzenie Nowe poezye
Data wydania 1872
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha i Czajkowskiego
Drukarz Zakład nar. im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ernest Buława
Źródło Skany na commons
Inne Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tomik jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tomik jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
USTĘP Z POWIEŚCI OSSYANA

„Kalton i Kolmal

przełożył Ernest Buława.

(OPOWIADANIE OSSYANA).

Fingal z łowów powrócił — pod swych sal sklepienie
I zastał dwóch młodzieńców! przybyszów z krainy
Obcej, a byli piękni, jako dwa promienie,
W komnacie Konch, wygnania zasmucone syny,
Błagalnicy Fingala serdecznej gościny...
Król wysłuchał ich losów dzieje — i dokoła
Spojrzał. Tysiąc rycerzy wzniosło boju hasło,
Wojny z Teutą! krzyknęli, kiedy słońce gasło.
Do świtu powróciłem z gór lotem sokoła,
Szczęście walki, tak pierś mą hardo unosiło
Że oszczep drżał mi w dłoni, serce w pancerz biło
A król przed czołem wojska, rzekł do Ossyana
„Weź oszczep Fingalowy, synu mojej siły
Pójdź kędy szumi Teuty fala rozhukana
Wybaw wozokotczego Kolmara, mój miły!

Niech przed tobą twa sława jak powiew łagodny
Leci, by dusza moja, jaśniała radością
Żeś w bitwie i w pokoju syn mój nieodrodny,
Co ród ojców swą własną odnowi świetnością!...
Ossyanie mój, śród boju bywaj nawałnicą,
Lecz, dla zwyciężonego bądź mi gołębicą!
Tak wzrosła moja sława z wszelakiego czynu
Bywajże mi rycerzem Selmy, o mój synu!...
Kiedy pyszny przekracza sal moich podwoje
Gardzę nim! i nie raczy znać go oko moje!
I nad nieszczęśliwymi miecz mój nakształt słońca
Czuwa — a słabszych będzie bronił aż do końca!”
Podniesion słowy króla wdziałem wdzięczną zbroję
Przy mnie Diaran i Dargo król oszczepów stali,
Trzystu młodych przy boku mym, ruszyło z sali
I cudni cudzoziemcy dwaj, z nami na boje —
Słysząc zgiełk naszych kroków Duntalmo zuchwały
Zgromadził siłę Teuty w szyk boju — wspaniały —
I na wzgórzu swe wojsko sprawił, stał na czele,
Byli jak skały, które pioruny mściciele
Zgruchoczą — a ich drzewa obdarte, złamane
Schylą się nad doliny powodzią zalane —  —  —
Między nami szumiała
Teuta okazała
Wijąc się wężem z głazów na głazy leciała!
Do Duntalma wysłałem barda, by na błoniu
Walkę mu zapowiedział. Uśmiechnął się hardo
Urągał mi z ponurą pychą — i ze wzgardą!...
Ruchliwe jego wojsko mrowiem się mąciło
Jak chmura burz ziejąca ogniem na gór szczytach

Której każdy bok ciemność czochra na błękitach
I nad brzeg mętnej Teuty kędy wojsko było
Przyniesiono Kolmara, powrozów tysiącem
Skrępowanego, smutny był, lecz okazały
Na nas poglądał okiem od zemsty płonącem
Ale fale nas rzeki rwiącej rozdzielały. —
Przypadł podły Duntalmo z obliczem poczwary
I zhańbionym orężem przeszył bok ofiary —
Padł Kolmar — i ostatnie słyszeliśmy jęki —
W strumień rzucił się Kalton miecz u jego ręki
Wrósł w pięści, żądzą zemsty. Za nim w nurt skoczyłem
I padło pod mym mieczem Teuty pokolenie —
Noc zapadła —
Duntalmo szedł w borów przestrzenie
I na skale chciał spocząć, ale wczasem miłym
I na chwilę niespoczął — bo nim żądza wściekła
Ku Kaltonowi wrzała, gorętsza od piekła!...
Ale Kalton stał w smutku, i płakał Kolmara
Kolmara co padł młodo, zanim jego sława
Wznieść się mogła i błysnąć. I pieśń ludów stara,
Pieśń żałoby zabrzmiała, w bojach starodawna
Którą nucić kazałem, by pocieszyć brata!
Ale on nieruchomy — nieporuszon spiewem
Padł o ziem!... Zadławiła głos jego ta strata!...
Przy nim oczy Kolmali zachodziły łzami
Czuła, że ojciec, albo kochanek jej zginie
I nocą zaszła dusza nieszczęsnej dziewczynie.
Noc mijała — i cisza była nad polami,
Sen jeszcze oczy wojska przywierał znużone

A duch Kaltona ucichł — jak uspokojone
Morze wielkiej boleści!... Napół zawarł oczy
Ale słyszał szum Teuty huczącej z uboczy
I przyszedł doń zdaleka duch Kolmara blady
I wskazując swe rany nad nim się pochylił,
I szeptał: „Syn Ratmora spi, jak w dzień biesiady
Gdy brat jego tam leży — ! czy pójdziem na łowy?!.
Może ciemno-śniadego jelenia, co zmylił
Tropy psów pogonimy? Kolmar zapomniany
Nie był — aż padł śród cichej kędy spi, dąbrowy!
Aż śmierć mu zagoiła tak boleśne rany!
Blady ja śpię nad Lory śniademi skałami
Wstań Kaltonie! już ranek ściga noc światłami
Przebudzi się Duntalmo — pierwsze jego słowo
Będzie urągowiskiem nad Kolmara głową!“
I znikł w burzy — a Kalton nagle przebudzony
Kroki odchodzącego czuł — w głębi wzburzony
Zerwał się — głosem trąby co ciszę rozdarła
Zbudził nieszczęsną Kolmal. Szła w tropy rycerza
I niosła za nim oszczep śmierci; wpół umarła,
Śród nocy — trzymająca się jego puklerza…
..........
..........






Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Macpherson i tłumacza: Władysław Tarnowski.