Karton (powieść z Ossyana)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Osjan
Tytuł Karton
Podtytuł Powieść z Ossyana
Pochodzenie Nowe poezye
Data wydania 1872
Wydawnictwo Księgarnia Seyfartha i Czajkowskiego
Drukarz Zakład nar. im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ernest Buława
Źródło Skany na commons
Inne Cały tomik
Pobierz jako: Pobierz Cały tomik jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tomik jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tomik jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Karton[1][2][3]

POWIEŚĆ Z OSSYANA

PRZEŁOŻYŁ

Ernest Buława.






PAMIĘCI


MIECZYSŁAWA ROMANOWSKIEGO


poświęcił


Tłumacz.


Karton.

Powieść z lat dawnych
Czynów dni ubiegłych —
Szmer fal twych Loro! tę przeszłość mi wskrzesza,
Garlmalar! — lasów twych szum mnie pociesza —
Widzisz Malwino! tam z nad błoń rozległych
Skałę, co hardo wyrasta w niebiosy,
Jak czoło w zmarszczkach lecz wyższe nad losy!
Trzech sosen grzywy u jej bioder trzmielą,
W dół się łagodna ściele połonina,
Od szczytów ryczy spienioną gardzielą
Górski zdrój — szlochem swym przeszłość wspomina,
Śród skalnych kwiatów oset się rozpina... —


∗             ∗

U góry sterczą głazy omszone
Z ziemi wytknęły głowy opylone,
Górski dzik z trwogą te miejsca omija

Bo tam białego ducha cień się wzbija —
Śród skał wąwozu tego o Malwino,
Spią męże, orły!.... które w pieśniach słyną!
Powieść dni dawnych
Czynów lat ubiegłych —
Kto tam przybywa od krain odległych
Otoczon świetnym tysiąców orszakiem?
Słońce mu drogę ściele złotym szlakiem
A od pagórków wiatr zachodniej pory
Z pod hełmu bujne rozwiewa kędziory!..
Twarz odwrócona w tej chwili, od boju
Jest jak wieczorny płomień co w pokoju
Wyjrzał nad Kony cichemi doliny.
Kto on? jeżeli nie syn Komhalowy,
Potężnych czynów król, wyniosłej głowy?....
Wesół po górach wzrok swobodny toczy,
Tysiące głosów budzi Pan uroczy:
«Już wasze łodzie, ziem dalekich syny
«Wylądowały w naszych pól krainy,
«W świetnym przybytku zasiada król świata,
«Zewsząd krzyk szczęścia ludu go dolata:
«Wzrok pałający z orlej wysokości
«Wzniósł — błysnął mieczem swych ojców świetności
«Już wasze łodzie, ziem dalekich syny
«Wylądowały w waszych pól krainy!»
Takiemi słowy usta bardów piały
Kiedy komnaty Selmy powitały, —
Tysiące ognisk gore w pośród ludu
Z dalekich krajów — noc na uczcie spływa.

Gdzie mój szlachetny Klessamor przebywa?
Zawołał znagła Fingal pięknowłosy —
Gdy krzyk radości ulata w niebiosy,
Kędy się Morny smutny brat podziewa?
Chmurne i tęskne przeżył dni w dolinie
Lory wrzawliwej, co weselem słynie,
Lecz patrzcie…. oto z gór schodzi samotny
Jak dzielny rumak w pędzie nieprzelotny
Gdy wpośród wichrów braci swoich pyta,
A powiew wiatru chmurną grzywę chwyta.
Błogosławieństwo chrobrej twojej duszy
O Klessamorze! Jakże dawno z Selmy?
Czy z sławą hetman nasz powraca dzielny?
Klessamor pyta, gdy go wrzawa głuszy —
Taką Komhala w rozgłośnej młodości
Bywała sława —  —  —
„Częstośmy chadzali
W kraj obcych, brzegi Karonowej fali,
A miecze syte krwi w pochwy wracały;
Król świata nie mógł cieszyć się z swej chwały.
Czemuż wspomnienia bitew nie zabyłem!
Włos mój pleśniami wieku posrebrzyłem,
Prawica moja od łuku odwykła,
Lżejszego miecza wymaga dłoń nikła!
O! gdybyż radość w piersi powróciła
Co pierwszej uczty serce napełniła,
Gdy cudzoziemca córę snieżnołoną,
Ujrzałem pierwszy raz cichą spłonioną
Moinę moją, z oczy błękitnemi
Ciemno modremi!...! —

«Powiedz nam dzieje dni twojej młodości!»
Rzekł chrobry Fingal —  —
Czoło Klessamora
Smutek jak chmura co zasępia słońce
Powleka nagle — — «Smutne śród wieczora
I nad brzegami pełne samotności
Szumiącej Lory twe dumy tęskniące;
Podziel się z nami przygodą młodości
I walk młodzieńczych — młodzieńczych miłości!
„Było to w czasach pokoju” rzekł Wielki
Klessamor „wtedy na statku wspaniałym
Do baszt Balkuty dumnych przypływałem,
I dzikie wichry wyły za żaglami,
A czarnołony okręt, piany Kluty
Przyjęły, niosąc gościnnie falami
I w Reutamira gościnie przykuty,
Trzy dni bawiłem ujrzawszy dziewicę
O! córę jego! jasną krasawicę,
Wiosenną życia mego błyskawicę!...
Święto Konch głośno wówczas obchodzono,
I dał mi córę słonecznie spłonioną!
Pierś jej falista jako piana morza
Oczy jak gwiazdy co okwefia zorza,
Włosy jej czarne jako krucze skrzydła
Duch cichy — piękny! nad tęcz malowidła!
Uczucie moje granicy nie znało,
Ze szczęścia serce pierś mi rozrywało!....


∗             ∗

„I przybył cudzy syn rozmiłowany

W Moiny wdziękach — na sali wezbrany
Spiżem głos jego, walecznemi słowy
Brzmiał — często miecza dobywał połowy —
Kędyż jest, mawiał, Komhal ukochany
Wędrowiec, dolin nasz, niezmordowany.
Czy wojsko swoje ku Balkucie sprawia,
Że tak zuchwale Klessamor się stawia?
Wodzu, odparłem z pożarami w łonie,
Własnym płomieniem duch mój tylko płonie
I bez bojaźni cienia, śród tysiąca
Stanę, choć Komhal daleko odemnie.
O cudzoziemcze! straszysz mnie daremnie
Chociem samotny, dłoń do miecza drżąca,
A miecz do dłoni drży, i błysnąć pragnie
Do twej się woli przenigdy nie nagnie!
Więc nie wspominaj daremnie Komhala,
Syna od brzegów kędy mętna fala
Krętej się Kluty wije i przemyka!
Wybuchła wściekłość mego przeciwnika,
Starły się miecze — runął w proch! bez życia.
Nad Klutą jego śmierć zbudziła wycia —  —
Tysiąc oszczepów zabłysło do koła,
Tysiąc nademną! nie ugiąłem czoła!
Przemogła przemoc. W toń Kluty skoczyłem
Na modrej fali — śnieżny żagiel zwiłem.
Przyszła nad brzegi samotna Moina,
Zapłakanemi śledząc mnie oczyma,
Z wichrami chmura szalała jej włosów,
W które tuliła cudną twarz ze łkaniem,
W dali rozpacze, łowiłem, jej głosów

I głosy wrogów grzmiące urąganiem!, .
Częstom kierował żagiel ku tej stronie,
Ale wiatr wschodni spiętrzył fali tonie
I nie ujrzałem już Balkuty, ani
Moiny, mojej ciemnookiej łani!
– Zmarła w Balkucie! —  —
— Ducha jej widziałem —  —
Gdy ciemną nocą w chmurach przelatywał,
Nad szumem Lory — wiała kształtem białym
A fałd jej szaty z światłami się spływał
Jak nów co patrzy przez mgły natłoczone,
Gdy niebo runy chmurnemi przyćmione
I w ciszy na świat lecą płatki białe
A w koło światy chmurne, oniemiałe!!
Potężny Fingal rzekł: Wznieście Bardowie
Pieśniami, chwałę nieszczęsnej Moiny!
Zaklnijcie ducha białego dziewczyny,
Niech w zbłękitnionym, na kwiatach parowie
Spłynie, z cudnemi Morwenu dziewkami
Na nasze wonne kobierce doliny
I niech odpocznie słońca promieniami!. .
Przyszłych rycerzy — chwały przeczuciami!


∗             ∗

Widziałem gród twój, Balkuto wspaniała,
W szmat gruzów szata twoja popadała,
I puste ognie w komnatach szumiały
A głosy ludu na zawsze zniemiały!
Z okna wybłyskał dziki zwierz slepiami

A z gzymsów zielska spadały wieńcami...
Strumienie Kluty w zwaliskach ruiny
Zgubiły łoże — i oset schylony
Buja w zburzonem mieszkaniu Moiny
A w domu ojca jej, cisza dokoła!.... —
Zabrzmijcie pieśnią na dom opuszczony!
Na cudzą ziemię co płakać nie zdoła!....
Oni przed nami dniem pierwej upadli
Po nich upadniem, my, co ziemią władli,
Choć nieśmiertelni chwałą swego czynu —  —
Przecz dźwigasz gmachy, dni przelotnych synu?
Dziś jeszcze z baszt twych poglądasz w doliny
Za lat nie wiele w biegu niepowrotnych
Przepędzi burza — gwizdnie nad ruiny
I po podwórzu na tarczy zbutwiałej
Rdzawo zadzwoni, wicher rozszalały!..
Niechaj z puszcz ciągną gromoskrzydłe burze,
Czy jasna dola, czy ciemna w naturze,
Niech nasza sława za życia się pleni!
Me bitwy będą w kurhanów zieleni
Pomnikiem moim, co przestoi burze!
I gmachu sławy co wzniesie me ramię,
Nie złamie piorun! ani czas nie złamie
Bo w pieśni Bardów jest pomnik mej chwały
Nad wszelkie chwały tej ziemi — wspaniały!
Brzmijcież mi pieśni! dzwońcie konchy białe,
Jeźli ty także o słońce wspaniałe
Takeś znikome, jak Fingala życie,
To nasza sława będzie tu na ziemi,
Chociaż twój promień skona na błękicie!

Taka pieśń brzmiała pod łuki wielkiemi,
Wielki ją Fingal pierśmi olbrzymiemi
Piał — i komnata, komnacie wtórzyła
A jedna arfa mu towarzyszyła
I tysiąc Bardów głowę przychylało
By każde ucho pieśń króla słyszało —
Głos jego dźwięczy brzmiał jak arfy dźwięki
Niesione skrzydłem wiosennej jutrzenki;
Twych pień w pamięci nic mi nie zagłuszy!
Lecz czemuż nie mam, mocy twojej duszy?....
Och! ty sam stoisz w obłoku twej chwały
Ojcze mój!.... Któż się z Selmy królem zrówna?
Tak noc spłynęła, w spiewach co skonały
Aż wstał poranek co cień z światłem równa!....
Wyjrzały czoła sinych gór z oddali
I uśmiechnęła się toń Oceanu
Błękitną smugą — niebieskiemu ranu,
I było widać w dali — w koło skały
Jak fale kładły się, i powstawały...
I zwolna wzniósł się tuman z fal jeziora
I białym starcem po błoni przesuwał
Olbrzymie kształty mglistego potwora
Tak nieruchome jakby snił — choć czuwał —  —
Niesiony duchem, przez wiew południowy —  —  —
Wsunął się w salę Selmy —, i rozpłynął
Się krwawym dżdżem!..
I tylko Fingalowy
Wzrok go zaoczył!... i przeczuł śmierć ludu!
Milcząc na salę wszedł — i miecz co słynął,
Miecz ojca swego, od krwawego trudu

Dawno zdrzewiały — , ujął pancerz rdzawy
Na piersi jego chrzęszczał!
Dzielni męże
Stanęli w koło, wsparci o oręże
I osłupiali wzrok Fingala krwawy
Śledzili bacznie — a w jego obliczu
Odgadli bitwę, na jego oszczepie
Bladą śmierć nieprzyjaciół! na to jedno hasło
Tysiąc tarcz pod tysiącem mieczów dziko wrzasło.
Iskrami błysła wielka Selmy sala
I szczęk oręża tak się rozbrzmiał zdala,
Że mu w dziedzińcu razem odszczeknęły
Sfory psów szarych... I rycerzy zdjęły
Dziwne przeczucia — lecz żaden ni słowa
Nie rzekł — wzrok tylko badawczy zatopił
Kędy Fingala wyrastała głowa,
W niej każdy przyszłych losów hasła tropił
I każden niemo wzniósł miecz do połowy
A po milczeniu brzmiał, głos Fingalowy;
Syny Morwenu!... nie czas konchy wasze
Napełniać trunkiem co zapienił czasze,
Nad nami chmurzy się i sunie wojna,
Już nad głowami wisi śmierć spokojna,
Siwy duch ostrzegł zbyt wcześnie Fingala —
Tam, kędy ciemnych mórz się pieni fala
Płyną przybysze od ciemnej zatoki!
Przeto nad Morwen wstał z fali głębokiej
Duch — wieszcz! na hasło posępnej przygody!
Niech dzidę wzniesie i stary i młody
Miecz niech przypasze i na wszystkich głowach

Niechaj zapłoną szyszaki świąteczne,
Niechaj pancerze zabłysną słoneczne,
Bitwa gromadzi się burzą śród dziczy
Wkrótce grom padnie, śmiech śmierci zaryczy!
I stanął dzielny wódz na wojska czele,
Jak czarna chmura nad płomieni morzem,
Co się objawia nad czarnem przestworzem
Kiedy żeglarze wróżą nawałnicę,
Z trwogą witając ciche błyskawice —
I wyszli razem na dolinę Kony
A śnieżnołonych dziewic wzrok spłoszony
Widzi ich przez łzy — jako bór ruchomy...
I klnąc pogląda na dzikie przestworze
Skąd o brzeg pędzi rozhukane morze —  —
I śnieżne piany spiętrzonych bałwanów
Łudzą ich oczy — czują śmierć młodzianów
I każda pianą fal, za żagiel wzięła
I cicha łza jej — po licu spłynęła —
I po nad morzem ranne słońce wstało
A białych żaglów stado się zbliżało,
Suną — jak białe mgły — piersią łabędzią
Już są!... lądują — pod skały krawędzią
I na ląd pierwszy wyskoczył wódz młody,
Jak młody jeleń rej szlachetnej trzody —  —
Tarcz jego złota — słońcu'ś sprzeciwiała
Króla oszczepów, pysznie, postać śmiała
Stąpa ku Selmie — a za nim tysiące —
Krwawym całunem, drogę ściele słońce!
Tu powstał Fingal — i rzekł do Ullina
Z pieśnią pokoju idź! do mieczów syna,

Powiedz mu żeśmy orłami wśród boju,
Pełne powietrze duchów naszych wrogów,
Żeśmy potężni na kształt gromkich Bogów
Lecz nie mniej sławni, co z nami w pokoju
Przy mem ognisku u spólnej biesiady
Patrzą na zbroję ojców swych na sali,
Że cudzoziemcy wraz je podziwiali
I że dalecy od zwady i zdrady
Błogosławieństwo plemionom Morwenu
Słali, siewając imieniu naszemu
Sławę jak ziarno — że drżeli przed nami
Dalecy króle z wojska swych szeregami!
I poszedł Ullin — Na oszczepie wsparty
W spoczynku Fingal stał — i błogosławił
Cudzego syna co tak dzielnie sprawił
Wojsko we zbrojach po nad brzeg rozwarty
Morza, i mówił: Jak okazałemu
Synowi morza cudnie na wojsk czele!...
Oby mu wieczne świeciło wesele!
Rzekł, lesistego, wielki król, Morwenu —
Miecz twój to promień słońc co budzi wiosnę
Oszczep twój zda się już przerastać sosnę
Co najeźona burzom się urąga!
A księżyc w pełni, co z nad gór nadciąga
Do twojego się nie umył oblicza!
Kędziory twoje niech wicher oblicza!
Ale to drzewo musi runąć ninie
A pamięć jego rozwiana zaginie.
I cudza córa ze szatą rozwianą
Przyjdzie nad morze i wieczór i rano,

I toczyć będzie wzrok po fal przestworzu
A dzieci rzekną: Mamo! tam na morzu
Błysł jakiś okręt! król Balkuty może!
Lecz łzy zapełnią matczyne źrenice
Bo chociaż czeka, czuje że czekany
Leży — Morwenu ziemią przysypany!...
Tak dumał Fingal gdy Kartona lice
Pojrzawszy Ullin, schylił miecz trzy razy
I pieśń pokoju temi piał wyrazy:
«O chodź Kartonie na ucztę Fingala!...
Zamorski gościu! lub miecz wznieś do góry —
W powietrzu wrogów naszych duchów chmury
Drżą — lecz sławniejsza jest przyjaźń Morwenu!
O patrz Kartonie! jako morza fala
Liczne te wzgórki! na nich niezliczone
Kamienie szare, siwym mchem omszone.
Patrz na to pole! one strzegą progów
Kędy spoczęły kości naszych wrogów!
Tych głazów spytaj synu fal spiętrzonych
O moc Fingala!... choć czasem omszonych!...
«Czyżem niedorósł ojców moich zbroi!?
Ty lesistego spiewaku Morwenu!
Zawołał Karton. Czy obliczu memu
Bladość zaznaczona od tej pieśni twojej?
Przecz niepokoisz liczbą tych co legli
Mojego ducha! sławne już me ramię,
Ci co jak orły sławy mojej strzegli
Znają już miecza mego krwawe znamię,
Karton nie ugnie się — chyba się złamie!!!...
Taż jako młokos przez cię postraszony

Mam Fingalowi uderzyć pokłony?
Ja?! mam ustąpić przed wojskiem Fingala,
Mnież biesiadować dziś z synem Komhala
Co ogień wpuścił pod mych ojców dachy —
I płaczem dziewic napełnił ich gmachy?
Te słupy dymu co nad mur wstawały
Pomnę, że dzieckiem mi się podobały,
Z zabawąm patrzał jak bracia pierzchali
Lecz kiedym dorósł — gruzy przemawiały!
Poranek moje pochwycił wspomnienie
A noc nizała łez moich strumienie
Spłakanych na to me upokorzenie!
Jażbym ustąpił, dziś o walki chwili
Gdy wrogów moich dzieci tuż przedemną?
Hej! oszczep w górę! niechaj mi nie kwili
Pieśń twoja Bardzie! będziemy walczyli!
I czuję siłę — co we mnie! i ze mną! —
Lud się wyroił w koło bohatera,
Co z ziemi dobył miecza, i spoziera
Jak słup ognisty!... w tem spadła w płomienie!
Zemsty — łza cicha, Balkuty wspomnienie!
Ale stłumiona podniosła się pycha
Coraz mu ducha pęta — i popycha,
Spojrzał na wzgórek gdzie nasi rycerze
W słońcu złocone wznosili puklerze
Oni mu nieśli w tej chwili — przymierze!
Wzniósł dumny oszczep — pogroził królowi!
«Mamże rzekł Fingal naprzód młodzieńcowi
Zadać cios pierwszy, a razem ostatni
Za nim się wsławi dla drużyny bratniej?

Ale Bard kiedyś przy grobie Kartona
Mógłby rzec, Fingal pokonał tysiące
Nim Kartonowi tchnienie uszło z łona?
O nie! o Bardzie na to jasne słońce
Na włos nie ujmiesz ze sławy Fingala!
Rycerze moi młodzieńca spotkają
A Fingal walce przypatrzy się zdala
Jeźli nad całą ich zwycięży zgrają
Jeźli ich zwalczy — nastąpię na niego
W całej mej sile, jak grzmiący spad Lory!...
Który z rycerzy orszaku mojego
Chce walczyć z synem mórz spienionych? Męże!
Na brzegu morza miecz mój piorunowy
Patrzcie! on dzierży swój oszczep sosnowy!
Naprzód wyskoczył Katull syn Lormana
W całej swej grozie wystąpił na czoło,
Trzydziestu młodych rycerzy w około
Z pokoleń górskich wyrosłych strumieni, —
Za nim ruszyła naprzód dzielna wiara,
Lecz oręż jego pod gromem Kartona
Upadł — i pierzchli jak trzoda spłoszona —
Runął zwalczony — a Karton śród szyków
Ubiegłych jego szukał wojowników
« O Klessamorze! ryknął król Morwenu
Gdzie twej potęgi oszczep pochowałeś
Czyż obojętnie na ten cios patrzałeś
Jak brat od Lory runął?
Biada Jemu!!!
Wstań w blasku stali o druhu Komhala,
Naucz młokosa z Balkuty co może
Ramię pokoleń — Morwenu! niech fala

Mórz imię twoje ryknie Klessamorze!»
Klessamor powstał, i siwe kędziory
Otrząsnął w blaskach stali, blacha tarczy
Już najeżona po pancerzu warczy;
On ją przytwierdził — w dumie swego męztwa
I poszedł w walkę, — na śmierć lub zwycięstwa!
Karton oparty stał na blizkiej skale
I idącemu na się rycerzowi
Przyglądał rzewnie, jego siwej chwale
Co wyglądała z każdego kędziora
Zdał błogosławić się, i sobie mówi:
«Mamże mój oszczep podnieść nań zuchwale,
Oszczep co nigdy nie chybił w mej dłoni?
Lub poczcić mirem zmierzch jego wieczora?
Jak dumny jego wzrok! jaka sędziwość!
Ach! może ongi dla Moiny tkliwość
Gorzała w sercu tem, dzielnym płomieniem?
Może — i jego niegdyś ukochała ona?
Może... wozokotczego, On!? ojcem Kartona?
Dzieją, że mieszkał nad Lory strumieniem!»
Tak dumał młody Karton, pięścią w pierś uderzył,
Gdy natarł, nań Klessamor — i oszczepem zmierzył —
Odparł go tarczą, i rzekł miłościwie:
«O siwobrody mężu! zaż nie macie
Tam młodych orłów coby natarczywie
W bój poszli na mnie, gdy się narażacie?
Czyliż nie wielbi małżonka twych czynów
Czy może płacze nad grobami synów? —
Czyżeś nie mężów mężem! co bard powie?
Gdybyś z mej ręki padł? biada mej głowie!

I sławie mojej!»
«Nad Morwenu szczyty
Wzrosłaby synu pychy niepożytej!»
Odrzekł Klessamor «Słynąłem ja w boju
Lecz nigdy nie znał wróg mego imienia!
O synu fali! poddaj się w pokoju
A poznasz ilu kurhanów szum, głosi
Miecza mojego sławę, i imienia!
Po ilu polach wicher ją roznosi!...
«Lecz ja» rzekł Karton «nigdy mego kroku
Wstecz nie stawiłem, o oszczepów królu!
W bitwach dotrwałem, i śród skonu bolu
Witałem sławę moją w krwi obłoku
Wyciągającą ramię ku wieczności!
O! nie lekceważ lat mojej młodości
Wróć do twych braci, wyszlij twych mołojców!
«Przecz ranisz duszę mą! na prochy ojców»
Ryknął Klessamor ze łzami goryczy —
«Wszak ma prawica nie drży i dość dzielna
By dzierżyć mogła miecz, co szczerby liczy!...
Maż mi Fingala chwała nieśmiertelna
Być świadkiem hańby, mnie com go ukochał?
O! nie — nie będę na mą starość szlochał!
W górę z twą dzidą! kroku nieustąpię!
Broń się! bo krwi twej iście nie poskąpię!
Wpadli na siebie jak dwa uragany
Morskie, nad które spiętrzyła się fala!...
Do swego miecza Karton rozegrzany
Modlił się aby w walce chybiał ciosu,
On czuł piekielnie, że szyderstwem losu

Ten z którym w walce krwawej się przewala
Bywał Moiny niegdyś oblubieńcem —
Skruszył mu oszczep — wydarł miecz iskrzący
Lecz starzec w walce ostatniej z młodzieńcem
Bok jego nagi dostrzegł — ojców swych kindżału
Dobył i zadał cios śmiertelny ciału!
I dostrzegł Fingal że Klassamor pada
Zatrząsł swą zbroją — wojsko patrzy — biada!
Jak szum burz dziki co wąwozem chodzi
Przed którym łowiec w pieczary ucieka
W której za chwilę przepadnie — kto brodzi,
Tak on popędził — Karton wryty stoi,
Bokiem lunęła krew — spływa po zbroi —
Żądza mu sławy szarpnęła trzewiami
Ale twarz jego zbielała — włosami
Rozburzonemi wiał wiatr! szyszak zsunął
Się — padło ciało — ale duch — nie runął!
Fingal nad krwawym młodzieńcem miecz wstrzymał
Złóż miecz! o królu mieczów! rzekł Komhala
Syn arcydzielny, chrobrześ miecz ten imał
I jak daleko pójdzie czasów fala
Sława się twoja zaćmić tu nie zdoła!
Czyś ty Wszechwładny król? Karton zapytał
Czyś ty piorunem śmierci co dokoła
Przeraża synów ziemi?» i zazgrzytał:
«Przecz Kartonowi pytać? on strumieniem
Gór swoich! w pędzie gwałtowny do końca!
On brat niebieskich orłów — posłów słońca!»
O! gdybym z królem był walczył choć chwilę!
Miałbym w skonaniu sławy! szczęścia tyle!...

I siadłszy łowiec na moim kamieniu
Rzekłby — on walczył ze gromkim Fingalem
Lecz Karton kona nieznany w cierpieniu
Strwonił swe siły w zapasach z miernością!...»
«O nie! nie umrzesz! krwi twojej koralem
Czerwienieć będziesz się w sławie z wiecznością!»
Rzekł lesistego Morwenu z rzewnością
Król pochylony: Mam bardów bez końca!
Oni podniosą cię na tarczy słońca
I na ich pieśni ramionach twa dzielność
Powieje w wieki — w sławę — w nieśmiertelność!
Dzieci pokoleń imię twe wysławią
Pamięć twą — ducha utrwaloną mocą!
Łowiec wędrowny co spocznie na błoni
Gdy wicher gwiznie, wzniesie wzrok na skałę
Gdzie Karton upadł, cichą łzę uroni
Której nie otrze! i memu synowi
Okaże miejsce gdzie bohaterowie
Walczyli: “Rzeknie, tutaj król Balkuty
Walczył — jak siła strumieni tysiąca!
I rozjaśniała się twarz konająca
Młodzieńca – jako w zachodzie twarz słońca.
Wzrok pełen śmierci wzniósł ku Fingalowi
I miecz swój oddał Morwenu królowi,
By po Balkuty królu go zachował
Na salach swoich, czasem pożałował!!...
Umilkł szczęk broni — łzawym korowodem
Już pieśń pokoju zapiali bardowie,
Przy konającym stanęli wodzowie
I słowa jego łowili szlochając,

Głowy na silnych oszczepach wspierając
Śledzili życia w bohaterze młodym....
Powoli mówił blady syn Balkuty
I wiatrem wzdychał jego płowy włos,
Smutny i miły jak pieśń drżącej nóty —
Spadał i konał jego rzewny głos...
„Królu Morwenu w połowie mej drogi
Padam! ostatni z rodu Reutamira —
Niewiem przecz los ten zdziałały mi Bogi!
Obcy grób w cudzej skryje mnie dąbrowie,
Żałość już grodem Balkuty wyziera
A Kratma gniazdem żalu się nazowie!
Lecz tam!... —
Nad brzegiem Lory ukochanej
Tam, nad zielonym! gdzie prężę ramiona,
Wznieście mogiłę popiołom Kartona —
Tam śpią ojcowie przy fali wezbranej
Morza, co pieje o brzegi ich sławę!
Może Moiny kochanek tam łzawe
Podniesie oczy ku niebu srogiemu
Co Kartonowi zajrzało młodemu
Sławy młodzieńczej! orlego polotu,
Boby się wzniosła do słońc kołowrotu!..
I zanim orzeł na grobie zakracze
Może Moiny mąż syna opłacze!”
Jak grot te słowa w sercu Klessamora
Utkwiły — dziko padł na syna zwłoki
I z oczu łez mu lunęły potoki
Dziksze niż wiosny ma, rozmarzła pora —  —
Rycerze wkoło jakby skamieniali

Bez tchu — i wryci — jak posągi stali —  —
I martwa cisza zapadła dokoła
Że słychać w dali jak z głazów na głazy
Szarpie się Lora na spienione jazy
I szumiąc dziko na syna mórz woła!.. —
I noc zapadła nad polem żałoby
Wstał z nad Morwenu księżyc zachmurzony
A oni jeszcze śród północnej doby
Stali, i stali — jak las najeżony
Którego głowa na Gormalu wstaje
Gdy milkną burze posępnej jesieni
A dziki jeleń śród wzgórzów przestrzeni
Cicho się pasie w mgłach miesięcznej nocy.

∗             ∗

Trzy dni płakały Fingalowe kraje
Kartona co padł młodo w ducha mocy!...
A dnia czwartego ojciec siwobrody
Poszedł — w kraj śmierci, szukać gdzie syn młody?
Leżą obydwa pod dzikiemi skały
Pośród płaszczyzny, gdzie słychać mórz wały
A nad grobami ich, czuwa duch biały!..,
Często tam błądzi cichy cień Moiny —
Gdy promień słońca skona śród szczeliny
Wtedy się sunie śród cichych ciemności
Jasna — a ubiór jej, jest z cudzych włości!..
Fingal zachmurzył po Kartonie czoło,
Kazał go bardom ubóstwiać pieśniami,
A dzień jesieni oznaczać świętami!

I piano o nim często — i w około!...


∗             ∗

«Kto tam przybywa z Oceanu fali
Jak ciemna chmura z wichrami jesieni?
Wzrok jego źródłem piorunów się pali
A postać cienie wlecze po przestrzeni!
W ręce co na powietrze wyciągnięta
Drży śmierć — co go mści! na wrogach zawzięta!
Kto tam po błoniach Lory szumi z dali
Kto po tych chmurnych przesuwa krainach?
Jeźli nie mieczów król! po swych dziedzinach?...
Kędy on walczy, lud jak las upada —
Równy duchowi Morwenu — co włada!...
Ale dziś leży na błoniu samotnem
Dąb olbrzym!... wichrów siłą powalony
Runął wydarty i wykorzeniony!
Kona listkami za dniem niepowrotnym!
Kiedyż się ockniesz Balkuty wesele!
Kartonie! Kiedyż staniesz na ich czele!...
Kto tam jak chmura posępnej jesieni
Szumi — od morza gwałtownej przestrzeni?..,
Tak piały bardy! —  —
Często głos Ossyana
Z nimi się łączył — z wieczora i rana
Po nim do końca smętna dusza moja!
Bo tak młodzieńczo pękła jego zbroja!
A kędyż grób twój chrobry Klessamorze?
Kto ci z wichrami ściele zimne łoże?

Czy młody Karton zabył swojej rany?
Czy płynie z tobą po chmurach, zjednany?
Już czuję słońce!...


∗             ∗

Prowadź mnie Malwino!
Wiedź na spoczynek — może w snach przypłyną
Ku mnie ich duchy — o! tak — gdzieś daleko
Słyszę ich ciche głosy w mgłach się wleką —
Promień rozkoszą drży, z ciemności łona
Że to on! świeci nad grobem Kartona!
A ciepło jego czuję tu — w około! — [4]
O ty! co jasne w górze toczysz czoło
Krągłe jak tarcza mych ojców — o! słońce!
Zkąd płyną światła strugi nieprzebrane?
Wstajesz — pięknością bez miary odziane
W niebie się tulą drżących gwiazd gromady,
W falach zachodu przepada nów blady...
A ty samotnie błądzisz w dróg przestrzenie!
Lecz któż podzieli z tobą to błądzenie?
Runie dębów bór
Na wiszarach gór
Z wiekiem runą góry
W przestworzach natury
Oceanu fale
Spiętrzą się i runą
Ale

Ty, wiecznie jasną radujesz się łuną!..
A kiedy burza przyćmi ziemi lice,
Toczą się grzmoty, leją błyskawice
Wyjrzysz z obłoku co świat cały chmurzy
I twą pięknością śmiejesz się do burzy.
Lecz Ossyanowym o! próżno źrenicom
Uśmiechasz ty się! bo Ossyan twym licom
Przenigdy już nie spojrzy oko w oko!
Czy z wschodu wzlatasz nad ziemią wysoko,
Czy toniesz w drżącej zachodu granicy —
Bo zgasła światłość w Ossyana źrenicy!
Lecz i tyś może jak ja — i ty słońce
Początki lat twych może mają końce,
I zaśniesz kiedyś w chmur grobowym wianku
Głuche na lube odgłosy poranku
A więc się wesel siłą twej młodości
Bo gorzką, chmurną, jest dola starości
Jak ten księżyca bieg zimny, ponury.
Co się przedziera w połamane chmury
I mgły rozświeca po wzgórzach zwieszone
A od północy wichry rozpędzone
Po błoniach gwiżdżą zagnane w manowiec,
Gdy śród swej drogi drży błędny wędrowiec!

Koniec Kartona.

Zobacz też


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Pieśni Osjana - zbiór rzekomych średniowiecznych poematów celtyckich, za których odkrywcę podawał się osiemnastowieczny poeta szkocki James Macpherson, który był w rzeczywistości ich redaktorem na prawach współtworzenia. Zostały wydane w języku angielskim w 1760 roku (Macpherson podawał, że tłumaczył je z języka gaelickiego) i stały się bardzo popularne w całej Europie, wywierając wpływ na literaturę romantyczną.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Tłumaczenie „Pieśni Ossjana” przez Władysława Tarnowskiego nie jest pierwszym, z pewnością wcześniejsze jest tłumaczenie Władysława hr. Ostrowskiego z 1820 r.; czy Seweryna Goszczyńskiego z roku 1832, dokonane z pomocą Józefa Tetmajera i p. Szumińskiego, a wydane w roku 1838 we Lwowie w drukarni Fr. Pillera; (przedruk w: Seweryn Goszczyński „Pisma Goszczyńskiego”, Tom II, pod redakcją Zygmunta Wasilewskiego, Lwów-Warszawa, nakładem Towarzystwa Wydawniczego, 1904, druk W. L. Anczyca i Spółki, Kraków; dostępny tutaj; tamże „Karton” – strony 47-59). Tłumaczenie Seweryna Goszczyńskiego, jakkolwiek poetyckie, nie jest jednak ułożone wierszem, są to opowiadania; za to w przeciwieństwie do tych dwóch zamieszczonych w „Nowych poezyach”, są zebrane w jednym tomie, co pozwoli zainteresowanym zorientować się w „Pieśniach Osjana”.
  3. Przypis własny Wikiźródeł  Zobacz tłumaczenie Władysława hr. Ostrowskiego z 1820 r.
  4. Następujący ustęp wyszedł w Dz. literackim lwowskim 1865.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Macpherson i tłumacza: Władysław Tarnowski.