Kalosze szczęścia (1933)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Kalosze szczęścia
Data wydania 1933
Wydawnictwo Nowa Bibljoteczka Dla Dzieci
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Lykkens Kalosker
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

— NOWA BIBLJOTECZKA DLA DZIECI —





KALOSZE

SZCZĘŚCIA




PL Hans Christian Andersen - Kalosze szczęścia page05.jpg




WARSZAWA   1933.







W jednym z bogatych domów na ulicy północnej zebrało się wiele gości.
Rzecz działa w Kopenhadze.
Gospodarze urządzając huczny wieczór, z kolei liczyli na zaprosiny do innych. Niektórzy z gości zasiedli do kart, inni zaś czekali na dobrą myśl gospodyni, która się im udzieli, by lepiej spędzić czas. Między innemi rozmowa toczyła się o wiekach średnich.
Znaleźli się oczywiście zwolennicy starożytności. Ci twierdzili, iż wówczas lepiej i ciekawiej się żyło.
Szczególnie potwierdzał to zdanie radca, Knap — jego również podtrzymywała gospodyni domu i obaj usilnie bronili uczonego Arystotelesa, który dowodził w ostatnim swem dziele, iż nasze czasy stoją o wiele wyżej od średniowiecza. W pojęciu radcy, w Danji nie było szczęśliwszej epoki nad epokę XV wieku, gdy panował król Hans.
Podczas gdy w jadalni toczył się spór, który na chwilę tylko umilkł przy pojawieniu się gazety wieczorowej, zajrzyjmy do pokoju, w którym goście zostawili swe stroje.
Tam znajdowały się dwie dziewczyny. Jedna młoda, druga poważniejsza oczekiwały na swe panie, by odprowadzić je do domu.
Przyjrzawszy im się bliżej, z łatwością można było zauważyć, iż nie są to zwykłe służebnice, ręce ich były subtelne i białe, a gesty pańskie. Ubrane były zbyt dobrze i ładnie, jak na służące. Były to dwie wróżki: młodsza, jeśli nie była wróżką Szczęścia to na wszelki wypadek miała z nią jakąś łączność. Była to zapewne jedna z jej służebnic które przynoszą ludziom drobne dary szczęścia.
Otyła poważniejsza, o bardzo surowym wyrazie twarzy, była to wróżka Smutku, ta swych czynności nie porucza nikomu, lecz sama musi wszystkiego dokonać; dlatego też nie popełnia nigdy pomyłek — każden otrzymuje to co mu się należy.
Wróżki prowadziły dyskretną rozmowę, o tem co widziały, co słyszały i gdzie bywały. Pokojówka wróżki Szczęścia miała tylko kilka drobnych rozkazów wypełnić: uchronić od deszczu czyjś nowy kapelusz, oddać biednemu, lecz dobremu, znakomitemu człowiekowi ukłon, lecz najważniejszy rozkaz tak brzmiał:
Oddać nową parę kaloszy, którą dziś otrzymała w darze, jako w dzień swych urodzin, ludziom. Kalosze te posiadają dziwną własność:
Każden kto je ubiera, przenosi się w tej samej chwili w taką miejscowość, która mu się najbardziej podoba, lub dostaje mu się dola człowieka któremu najbardziej zazdrości. Człowiek któremu się te kalosze dostają, staje się szczęśliwym.
— Nieprawda! — rzekła wróżka Smutku. — Wierz mi, kalosze twe przynoszą tylko nieszczęście, a każden pobłogosławi tę chwilę, w której się ich pozbędzie.
— Cóż to za pomysł, — oburzyła się młodsza. — Ja postawię je tuż przy drzwiach. Ktokolwiek włoży je przez pomyłkę stanie się szczęśliwym.
Na tem skończyła się rozmowa.






Wieczór miał się ku końcowi, i radca Knap wybierał się do domu. Rozkoszując się wspomnieniami o tych czasach, gdy panował król Hans, miasto kaloszy swoich włożył kalosze wróżki i wyszedł na ulicę.

Niezwykła jakaś siła odrazu przeniosła go w czasy króla Hansa, i za pierwszym krokiem uwiązł w kałuży, wszak za tamtych czasów nie było jeszcze ulic brukowanych.
— Fu, jakie błocko! — rzekł Knap. — Gdzież znikły chendułki i latarnie?
Już wyszedł księżyc, lecz gęsta mgła nie pozwoliła dojrzeć, co dzieje się w pobliżu dwóch kroków. U zbiegu ulicy, coprawda, przed Madonną paliła się maleńka latarka, lecz światło było tak marne, że radca dostrzegł je dopiero, gdy podszedł zupełnie blisko.
W tejże chwili przeszło kilka [...][1] w strojach starożytnych „zapewne wracają z balu maskowego! — pomyślał radca.
Wtem na końcu ulicy, zabłysły fakle i doszły dźwięki bębnów i fleta. Radca przystanął i cóż zobaczył? Dziwny pochód! Na przedzie szli dobosze, za nimi wojacy przystrojeni w łuki i samostrzały.
Muzykanci i żołnierze towarzyszyli jakiemuś duchownemu.
Zdziwiony radca zapytał: co znaczy ten dziwny pochód, i kim jest ów wielki starzec?
— Biskup Zelandzki! — odpowiedzieli mu.
— Mój Boże! Cóż to się stało biskupowi? — westchnął radca, kiwając głową.
— Nie, to być nie może, aby to był biskup.
Nie oglądając się, szedł Knap wprost na plac.
Wtem zrównał się z rzeką, lecz nie widzi mostu, natomiast na rzece płynie łódka a w niej siedzi dwoje młodych ludzi?
— Czy pan jedzie do Holuca? — zapytali.
— Do Holuca? Cóż to za Holuc? zdziwił się Knap.
Wszak nie wiedział o tem, iż przeniósł się do czasów średniowiecza — Ja zmierzam na Przystań Chrześcijańską.
Panowie z niedowierzaniem spojrzeli na siebie.
— Pokażcie mi na wszelki wypadek, gdzie się tu znajduje most? — ciągnie dalej radca.
Co za bezmyślność! Niema ani jednej latarni, i kędy spojrzysz, wszędzie błoto.
Czem więcej mówił z ludźmi siedzącymi w łódce, tem mniej ich rozumiał.
— Nie rozumiem waszej paplaniny! — rzekł zdenerwowany Knap i odwrócił się od swych towarzyszy. Lecz znikąd nie widać było mostu; nawet kładki nie było żadnej.
— Toż dopiero porządki!
— Jakiż ja byłem głupi, twierdząc, że nasze czasy są marne. Trzeba chyba będzie pojechać do domu. Ale gdzież są drożkarze? Należy wrócić na plac Królewski, tam jest pełno ich.
Zawrócił, lecz ku swojemu, wielkiemu zdumieniu, zamiast ulic, ciągnęły się łąki i pola.
— Albo to wszystko jest mirażem, albo ja jestem pijany — westchnął radca.
I znów zawrócił. Z niedowierzaniem zauważył, że większość domów była napoły kamienna, napoły drewniana, a niektóre były kryte słomą.
— Ja chyba jestem chory — myślał Knap. Wszak wypiłem tylko jedną szklankę ponczu, lecz widać, że i tego było dla mnie za wiele. Cóż to za myśl była ugościć mnie smażoną rybą i ponczem. Przy pierwszej sposobności przypomnę o tem gospodyni.
— A może iść do niej i opowiedzieć wszystko, co mi się wydarzyło. Ech! wszyscy śpią już tam zapewne.
Zaczął szukać znajomego domu lecz nie znalazł go.
— Okropność! wszak nie poznaję ulicy Północnej, ani magazynów. Wszystko jest stare, pokraczne. Jestem zupełnie chory.
— Muszę wrócić do znajomych. Lecz gdzie się podział ich dom?
O! widzę jakieś światełko, tam widać nie śpią...
Jakiż ja jestem, chory, zupełnie chory!
Pchnął napoły otwarte drzwi, z których wydobywało się światło. Była to piwiarnia. W niziutkim pokoiku siedziało przy kuflach piwa kilku rybaków i dwóch uczonych. Spojrzeli na wchodzącego i ciągnęli dalej rozmowę. Naprzeciw radcy wyszła gospodyni.
— Przepraszam bardzo! — zwrócił się do niej radca. Źle mi jest. Bądź pani dobra posłać po drożkarza na przystań Chrześcijańską.
Kobieta ze zdziwieniem spojrzała na Knapa i pokiwała głową. Radca sądził, iż kobieta nie rozumie po duńsku więc powtórzył prośbę po niemiecku.
Ta okoliczność, a także strój przekonały gosposię o tem, — iż ma przed sobą cudzoziemca. Lecz zrozumiała, że jest on chory i przyniosła mu wody źródlanej.
Radca podparł rękoma głowę, westchnął głęboko i zaczął rozmyślać o tem co przeżył tego wieczoru.
Zauważywszy w rękach gospodyni ogromny arkusz zapytał, by powiedzieć cokolwiek: „Czy to wasza gazetka wieczorowa”.
Gospodyni nie zrozumiała o co chodzi, lecz podała arkusz przybyszowi. Był to rysunek, wyobrażający zjawisko jakieś oderwane.
— To ciekawe — ożywił się radca, wielbiciel rzadkości okazów. Jak się tu ten rysunek dostał?
Przy tych słowach, siedzący obok ze zdziwieniem spojrzeli na radcę, a jeden z obecnych wstał, uchylił kapelusz i z szacunkiem przemówił:
— Pan jest widać wielkim uczonym?
— Gdzie tam? — odpowiedział radca — W swoim czasie uczyłem się wiele i potrafię nie gorzej od innych pomówić o różnych rzeczach.
— Tu rozumie się nie jest miejsce na uczone rozmowy. — Ale pan chyba ma wiadomości o literaturze starożytnej znów zaindagował ciekawy.
— Słabe — odrzekł radca. Chętnie wczytuję się w starożytną literaturę, lecz nie omijam współczesnej. Nie lubię tylko powieści współczesnych, pełnych historji z codziennego życia.
— Wszak powieści są niezwykle mądre, czytają je nawet chętnie we dworze. — Najbardziej we dworze lubi król romanse, o rycerzach Okrągłego Stołu, współczesnych królowi Arturowi.
— Nie czytałem jeszcze! — rzekł radca — Widać Hejberg wydał coś nowego.
— Nie Hejberg, lecz Gotfryd Hemeński — poprawił bakalarz.
— Coż to za autor! — rzekł radca — wszak tak nazywali pierwszego duńskiego typografa.
— Tak to on — rzekł bakalarz.
Narazie wszystko szło jeszcze dobrze. Jeden z obecnych wspomnął o dżumie panującej kilka lat, a także w roku 1484-ym.
Radca pomyślał, że mowa o cholerze i podtrzymywał rozmowę.
Mimochodem natknęli się na wojnę z roku 1410-ego, gdy angielscy piraci zagarnęli okręty duńskie.
Radca który przeżył rok 1801-y słuchał. Lecz dalej rozmowa coraz mniej się kleiła.
— Jakżeż się pan teraz czuje — zapytała gospodyni, chwyciwszy radcę za rękaw.
Głos jej przywrócił radcy pamięć. W toku rozmowy zapomniał prawie co się z nim dzieje i gdzie się znajduje.
— „Boże, gdzież ja się dostałem?” pomyślał z przestrachem Knap i chwycił się za głowę.
— Dawać nam tu miodu i piwa — krzyknął ktoś z towarzystwa. — I pana prosim przyłączyć się do nas.
Przyszły dwie dziewczynki w wysokich kolorowych czepkach i zaczęły nalewać gościom wina. Usilnie przystawały do radcy, tak że rad nie rad wychylał kubek za kubkiem.
Ogarnęło go przerażenie. Straszniejszych chwil nie przeżywał w swojem życiu, przytem nie pamiętał, by kiedykolwiek znajdował się w tak nieokrzesanem towarzystwie.
Wtem przyszło mu na myśl umknąć niespostrzeżenie. Lecz goście zauważyli to i zdążyli go schwycić za nogi. O jakie szczęście! Kalosze spadły z nóg, a wraz z nimi znikły czary.
Przed sobą radca zobaczył latarnię zapaloną i ogromny, piękny dom, poznał go, a także ulicę Północną. Dwa kroki od niego znajdował się stróż nocny.
— Boże mój! Wszak to wszystko musiało być snem. Wszak jestem na ulicy Północnej.
— Jak tu czysto i widno.
— Dziwne to zaiste, co mogła uczynić jedna szklanka ponczu.
Po kilku minutach znalazł się na przystani Chrześcijańskiej. Wspominając, dopiero co przeżyte okropności, radca z całego serca chwalił epokę współczesną, która nie bacząc na niedostatki, bez porównania lepsza jest od tej, w której pan radca dzięki czarom do niedawna przebywał.
Sądzę, że każden człowiek rozumny zgodzi się w tym wypadku z radcą.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Brak części tekstu. Treść (zaznaczoną kolorem szarym) uzupełniono na podstawie kontekstu, jeśli było to możliwe.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Hans Christian Andersen.