Kairata

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anonimowy
Tytuł Kairata
Podtytuł Powieść o góralu
Pochodzenie Dywan wschodni, dział Indye
Redaktor Antoni Lange
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wydania 1921
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Antoni Lange
Źródło Skany na Commons
Inne Cały dział Indye
Pobierz jako: Pobierz Cały dział Indye jako ePub Pobierz Cały dział Indye jako PDF Pobierz Cały dział Indye jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


MAHĀ-BHĀRATA.
KAIRATA
(POWIEŚĆ O GÓRALU).

Więc na rozkaz Judhisztiry szedł Ardżuna w nieba strefy,
Ujrzeć Indrę, pana surów oraz Siwę-Mahadewę.
Wziął swój boski łuk Gandiwę, miecz ognisty — topór silny
I na górę Himawata szedł, zagłębion w myślach czystych.
Przebył ciemny las ciernisty — pełny kwiatów i owoców
Ptasich krzyków, zwierza ryków, złych rakszasów, czarowników.
Gdy syn Prity znamienity w bór szedł ciemny i ponury —
Zahuczały niebios chwały gromkie konchy i tambury,
I deszcz kwiatów aromatów oto nagle spadł na ziemię —
A dokoła cienie szerzą niezmierzone szare chmury.
Więc przybywszy w te gęstwiny, niedostępnej czarnej puszczy,
Tu na zboczu Himawatu zatrzymuje się Ardżuna.
Drzewa zgięte pod kwiatami, w srebrne patrzą się jeziora,
Czaple, pawie i łabędzie, krążą stadem niezliczonem.
Uradował się Ardżuna na te fale przezroczyste,
I zagłębi się w askezę, w umartwienia uroczyste.
Oto patrzcie pustelnika, przystrojony szatą z łyka,
Suchym liściem spadłym z drzewa, karmi jeno swoje trzewa.
Więc co trzy dni a trzy noce naprzód jadał on owoce,
W drugi miesiąc co tygodnia, w trzeci zaś co dwa tygodnie.

W czwarty jeno żył powietrzem i oddechem żył już własnym.
Więc ramiona wzniósłszy w górę, bez oparcia stał na palcach.
Od ablucyj jego włosy lśnić zaczęły jak lotosy.
Gdy ujrzeli tę potęgę ascetycznych ćwiczeń księcia,
Idą wszyscy mahariszye, przyzywając Mahadewę,
By mu rzec, jak niesłychane umartwienia czyni Partha.
Więc mu wszystko powiadają: „Promienisty ów Ardżuna
Na wyżynie Himawatu, czyni trudy niesłychane,
Ze aż góra jęła dymić, dymem gęstym jęła dymić.
Po co wszystko ta askeza, co chce czynić ów Ardżuna?
Nie wiadomo! Lecz to riszich wielce trwoży! Niech więc kończy!“
Toć małżonek groźny Umy, Bhutów pan, do riszich rzecze:
Niech was trudy te nie trwożą! On tu jest za wolą bożą,
I odejdźcie tak radośni, jak przybyliście radośni,
Znam ja zamiar jego ducha, niepożąda on niebiosów,
Ni potęgi, ni żywota: znaną mi jest jego cnota,
Znane jego pożądanie: dziś to wszystko mu się stanie.
Gdy usłyszą to asceci, wielką rzeszą do dom spieszą.
Gdy odeszli pustelnicy, bóg, co trójząb trzyma w dłoni,
Bóg, co ludzkie grzechy waży, przyjął na się kształt górala.
Złotą cerę miał jak kanczan, świetny był jako szczyt Meru.
Wziąwszy tedy wielki łuk oraz wężom równe groty,
Zeszedł z nieba wielki bóg, nito góral człowiek dziki,
Z nim małżonka jego Uma, jak dzika szła niewiasta,
A za niemi mnogie dusze: nimfy, bhuty i geniusze.
Wnet ci kraj się zapromieni, szmer zamilknął drzew i krzaków,
I zamilknął szum strumieni i zamilkły pieśni ptaków,
A gdy zeszedł na szczyt góry, ujrzał bóg demona Muka,
Co przyjąwszy postać dzika, zły — Ardżuny śmierci szuka.
Ale rycerz wziął Gandiwę, i napina w nim cięciwę,

I wypuszcza w dzika strzałę! Chcesz mnie zabić, ty, złośliwy,
Lecz ja pierwej cię przepędzę do ponurych krain Siwy!
Widzi Siwa, że Gandiwa już się z grotem żywo styka.
Góral rzekł do pustelnika: Jam chciał pierwszy razić dzika.
Lecz Ardżuna słów nie słyszy — rzuca grot w dzikiego zwierza,
Góral zasię jednocześnie takąż strzałą weń uderza. —
Oba groty w jednej porze — utkwią naraz w tym potworze.
Jako grzmiące dwa pioruny, Siwy grot i grot Ardżuny —
Tak wśród gór naraz zabrzmiały! Potem inne mnogie strzały,
Jako węże w dzika walą — z przeraźliwym mknąc hałasem,
Aż ten padł i stał się znowu tem, czem iście był — Rakszasem[1]
Wówczas ujrzał król górala — i tak rzecze mu z uśmiechem:
— Ktoś ty jest, co krążysz borem, otoczony niewiast dworem?
Czy nie strasznać puszcz ciemnota, ty człowieku barwy złota?
Czemuż zasię w łup mych łowów swoje strzały mi wysyłasz?
Jam to zabił tego czarta, ja Ardżuna, mówię, Partha![2]
Chcesz czy nie chcesz, lecz ja ciebie w piekle jeszcze dziś pogrzebię
Za działanie twe zdradzieckie! Takie prawo jest łowieckie.
Góral na to do Pandawy:[3] Po co gniew, rycerzu prawy!
Bór ten i ta ziemia sławna, to siedziba nasza dawna.
Ale z jakiej, mów, przyczyny ty, co wielkie spełniasz czyny,

Na ozdobę swą osobę sprowadziłeś w te gęstwiny?
— Mą ucieczką jest Gandiwa i te groty me ogniste,
A te puszcze ocieniste — zamieszkuję niby Siwa.
Ten zaś czart niesamowity tu przezemnie był ubity —
— Powalony moim grotem, w piekło zwalił się pokotem.
— Jam go pierwszy trafił strzałą: mojem jest to martwe ciało!
— Nie przypisuj chwały sobie, co należna mej osobie.
Pełny pychy, mocą dumny, tyś rycerzu nierozumny —
I nie ujdziesz rąk mych żywy! Bądź wytrwały i cierpliwy:
Rzucę w ciebie swoje groty, przeraźliwe niby grzmoty,
Również czekam twoich strzał“. To wyrzekłszy, góral stał.
Zaś Ardżuna, tak wyzwany, jął wyrzucać na przemiany
Swoje strzały, jako deszcze! Góral woła: jeszcze, jeszcze!
I co grot — to w lot go chwyta — i jak młot swym łukiem zgrzyta.
Wściekły jeden, wściekły drugi, wyrzucają strzał swych strugi,
Jako węże, mkną oręże: każde w locie świszcze, rzęże.
Próżno Ardżun na górala — strzały swemi wciąż uderza:
Ten z uśmiechem je rozpierza i z uśmiechem je oddala
A gdy minie tak godzina — Siwa ciągle stał nietknięty,
Nieruchomy, uśmiechnięty! Aż król dziwić się zaczyna.
— Moc tych strzałów dziwnie licha! Ardżun prawi sobie z cicha.
Cała walka bezowocna! Ten młodzieniec jeszcze żywie!
Nietykalny jest Gandiwie! To istota jakaś mocna!
Czy to Asur? czyli Dewa? czyli Siwa Mahadewa?
Bo na szczycie tej tu góry żyją Sury i Asury.
Ale strącę go do piekła, ktobądź jest ten złotoskóry!

Znów tysiące rzuca strzał. Lecz nietknięty góral stał.
Wszystkie groty szły jak w próżnię; więc Ardżuna w duchu ważył.
— To jest Agni, ten, co niegdyś owym łukiem mnie obdarzył.
Dziwna iście to istota, co mym strzałom czoło stawia?
Lecz ja złamię go — i zwalę tem łuczyskiem mego łuku.
Więc łuczyskiem swego łuku — jął w górala bić potężnie,
Ale naraz zręcznym rzutem góral łuk mu wyrwie z ręki.
Więc Ardżuna miecza dobył i uderza w przeciwnika.
Mieczem wali w jego głowę całą siłą swoich ramion,
Całą siłą swej młodości, której góra nie wytrzyma.
Lecz się miecz na szczęty rozbił o mocarną pierś olbrzyma.
Więc Ardżuna drzewa pień chwyci, wali, ciska weń,
A zaś góral wielkim głazem bije w księcia raz za razem.
Wówczas młodzian wielkiej mocy pięścią walić jął jak gromem. —
I wśród kurzu chmurnej nocy bój wiódł straszny z nieznajomym,
Jak spiżowe groźne ptaki, tak latają ich kułaki.
Bóg — ów góral dziś z podstawy, walił pięścią w pierś Pandawy.
Bór zahuczał gromkiem echem od tej wielkiej boju gry
Pandawicza i Kairaty, co walczyli niby lwy.
Bój okropny trwał godzinę: toż ramiona z ramionami
Uderzały się i wiły i jako w walce Writry z Indrą.
Óna piersi ściskał wroga, Ardżun zasię dusił boga;
A od tego ramion ścisku, powstał żar w ich krwi ognisku
I aż płonąć jęły ciała, jako węgiel, który pała.
Wtedy znużył Mahadewa królewicza, co zemdlony
Stał — a góral go olśniewa blaskiem bożej swojej wiony.
Góral w ciągłym stał uśmiechu: Parcie zbrakło zaś oddechu,
I ugięty mocą Siwy, upadł, rzekłbyś jak nieżywy.
Odpocząwszy, zwolna wstawa, zbiera ducha moc Pandawa,

Pełny smutku, krwią oblany, wzywa pana między pany,
Wzywa boga mroków toni, który dzierży trójząb w dłoni;
Poczem kurhan stawia mały, Siwie głosi hymn pochwały.
Wieniec z kwiatów bogu wiąże. I w tej samej chwili książe,
Tą modlitwą odrodzony, swój ofiarny ujrzy wieniec
Na górala skroni złotej. I zrozumiał rzecz młodzieniec:
Oto zjawił mu się bóg! Więc mu kornie padł do nóg.


(A. Lange).



Przypisy

  1. Rakszas — bies, czart, zły duch.
  2. Partha — zowie się Ardżuna po matce jako syn Prithy.
  3. Pandawa — (Pandawicz) — zowie się Ardżuna, po ojcu jako syn Pandu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anonimowy i tłumacza: Antoni Lange.