Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/314

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Na ozdobę swą osobę sprowadziłeś w te gęstwiny?
— Mą ucieczką jest Gandiwa i te groty me ogniste,
A te puszcze ocieniste — zamieszkuję niby Siwa.
Ten zaś czart niesamowity tu przezemnie był ubity —
— Powalony moim grotem, w piekło zwalił się pokotem.
— Jam go pierwszy trafił strzałą: mojem jest to martwe ciało!
— Nie przypisuj chwały sobie, co należna mej osobie.
Pełny pychy, mocą dumny, tyś rycerzu nierozumny —
I nie ujdziesz rąk mych żywy! Bądź wytrwały i cierpliwy:
Rzucę w ciebie swoje groty, przeraźliwe niby grzmoty,
Również czekam twoich strzał“. To wyrzekłszy, góral stał.
Zaś Ardżuna, tak wyzwany, jął wyrzucać na przemiany
Swoje strzały, jako deszcze! Góral woła: jeszcze, jeszcze!
I co grot — to w lot go chwyta — i jak młot swym łukiem zgrzyta.
Wściekły jeden, wściekły drugi, wyrzucają strzał swych strugi,
Jako węże, mkną oręże: każde w locie świszcze, rzęże.
Próżno Ardżun na górala — strzały swemi wciąż uderza:
Ten z uśmiechem je rozpierza i z uśmiechem je oddala
A gdy minie tak godzina — Siwa ciągle stał nietknięty,
Nieruchomy, uśmiechnięty! Aż król dziwić się zaczyna.
— Moc tych strzałów dziwnie licha! Ardżun prawi sobie z cicha.
Cała walka bezowocna! Ten młodzieniec jeszcze żywie!
Nietykalny jest Gandiwie! To istota jakaś mocna!
Czy to Asur? czyli Dewa? czyli Siwa Mahadewa?
Bo na szczycie tej tu góry żyją Sury i Asury.
Ale strącę go do piekła, ktobądź jest ten złotoskóry!