Jagiellonowie/Jan Długosz

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Jagiellonowie
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1918
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Jan Długosz.
(1415 — 1480).

Cicha i mroźna, długa noc zimowa. Kraków czarny i pusty, na ciemnych ulicach milczenie; zdala na Wawelu rysuje się kontur zamku królewskiego z wieżycami kościoła i stoi wysoko, niby widmo ciche, opiekuńczy duch miasta.
Noc i cisza wszędzie, wszystko uśpione; — cóż to za światło błyszczy w małem okienku przy kościele? Tu ktoś czuwa mimo spóźnionej godziny, ktoś, co snu nie zna.
W dużem krześle przy siole, kobiercem zasianym, założonym kartami pargaminu, przy blasku świec woskowych, siedzi mąż poważny, o twarzy bladej, zmarszczkami pokrytej, wysokiem czole i rozumnych oczach, w których maluje się namysł głęboki, wielkie skupienie uwagi i myśli.
Przed nim karta, zapisana do połowy, na której od czasu do czasu zwolna i wyraźnie nakreśli jakieś zdanie. Znów się namyśla, sprawdza w rozłożonych kartach, w księgach na półce obok ustawionej, rozważa, — pisze dalej. Czasem wzrok jego błyszczy wyrazem natchnienia, i pisze długo, nie składając pióra i nie podnosząc oczu, aż nagle się zatrzyma, w twarzy znać wahanie, niepokój. Znowu bada, szuka, namyśla się, sumienia pyta i własnego rozumu, czasem oczy wzniesie na krzyż, umieszczony wprost niego nad łóżkiem, a usta poruszają się modlitwą: snać Boskiej wzywa w trudnościach pomocy.
Godziny płyną długie i ciche, praca posuwa się zwolna, na twarzy piszącego wyraz spokojnego zadowolenia, o spoczynku nie myśli.
Noc mija.
To ksiądz Jan Długosz pracuje, pisząc dzieje kraju.

Na Anioł Pański biją dzwony,
W niebiosach kędyś głos ich kona,
Niech będzie Chrystus pozdrowiony,
Niech będzie Marja pozdrowiona...[1]


Dzwony zagrały w mieście pieśń poranną, zwiastującą powrót słonecznej jasności. Nieprędko jeszcze, bo to czas zimowy, noc czarna, mimo jutrzni.
Długosz podniósł się zwolna: więc już ranek? Zdziwienie wyraziło się na jego twarzy: więc całą noc pracował?
— Dzięki Ci, Boże, za siły, za pracę! — westchnął z uczuciem głębokiej wdzięczności, — Twoje to, Panie, dzieło. Ty je tworzysz ręką nieudolnego robotnika, przebacz, że nie umiem go wykonać wedle Twej świętej i mądrej woli.
Starannie złożył karty, zasłonił je suknem, odsunął inkaust w głębokiem naczyniu, i raz jeszcze troskliwem okiem obrzuciwszy złożoną i zabezpieczoną od uszkodzenia pracę, zdjął z kołka ciepła sutannę i długim korytarzem podążył do kościoła, by wysłuchać mszy rannej.
— Boże, dodaj mi siły, bym skończył Twe dzieło — modlił się z głębi serca, klęcząc przed ołtarzem. — Ty wiesz, Panie, iż trudu na nie nie żałuję, lecz podobało Ci się nie ten jeden złożyć na barki moje obowiązek, i oto wiele lat już upłynęło, gdy w imię Twoje rozpocząłem pierwszą księgę, a do końca daleko, a coraz nowe prace, na które nie uskarżam się i nie narzekam, odrywają mię od tej, którą za wolą Twoją z całego serca ukochałem.
Pogrążony w modlitwie, nie zwrócił uwagi, iż mąż jakiś poważny wyszedł z ławki kościelnej i ukląkł obok niego.
Skończyło się poranne nabożeństwo, pogaszono światła na ołtarzu, on wciąż trwał na modlitwie.
Podniósł się wreszcie i zmierzał ku wyjściu. Wówczas zauważył, iż ktoś podąża za nim. W przedsionku kościoła mrok panował jeszcze, lecz na otwartem powietrzu było dosyć światła, by się poznać nawzajem.
— Wybaczcie mi, przezacny księże kanoniku — odezwał się milczący dotąd towarzysz Długosza — że niepokoję was tak wcześnie i prawie w kościele, wiedziałem jednak, że tutaj napewno was spotkam, i dlatego przyszedłem. Król, pan nasz miłościwy, prosi was do siebie przed południem.
— Nie wiecie, o co chodzi, mości marszałku? — zapytał ksiądz z pewnym niepokojem w głosie.
— Juści wiem, bośmy razem wczoraj uradzili, że musicie jechać do cesarza. Nikt was nie zastąpi, kiedy chodzi o ważne sprawy. Ale to już rzecz króla wyłuszczyć wam cel poselstwa.
Długosz stłumił westchnienie.
— Stawię się wedle rozkazu — rzekł cicho. — A potem dodał żywiej.
— Czy była mowa o tem, kto zastąpi mię przy królewiczach?
— Nie zastąpi was nikt, przezacny kanoniku, w mądrości, jakiej udzielacie królewiczom, ale sprawy ojczyzny pierwsze; królewicze, daj Boże, długo jeszcze z waszej światłej nauki korzystać będą mogli, a tymczasem pod waszą nieobecność ma ich ćwiczyć w łacinie Włoch Kalimach. Gość to niepospolity i królowi miły, a nauki mu niebrak, zwłaszcza świeckiej.
— Tak, świeckiej — powtórzył Długosz z wyraźną już niechęcią. — Stawię się przed królem, wedle jego woli.
I znów na miesiące całe przerwaną została praca, nad którą mu upłynęło całe życie. 25 lat pisał Długosz dzieje Polski, poświęcając na to każdą wolną chwilę, wyrzekając się snu i spoczynku, nie folgując sobie nawet podczas choroby.
Tak gorąco pragnął ukończyć to dzieło, tak szczerze i głęboko je ukochał, tyle w nie włożył trudu. W podeszłym wieku uczył się języków, by poznać ruskie i niemieckie źródła, aby sprawdzić, co można, i wyświetlić prawdę. Dzieje kraju uważał za najpierwszą i najpotrzebniejszą dla każdego wykształconego człowieka naukę, a przedewszystkiem naturalnie dla monarchy: jakże ma rządzić państwem, którego nie zna przeszłości?
Miała już Polska przedtem historyków, a właściwie kronikarzy, bo historja ich niepewna, z podań przeważnie złożona, niezawsze jest prawdziwą, — korzystał z nich Długosz, ale odrzucał baśnie i to wszystko, co uznał za niezgodne z prawdą. Do czasów Krzywoustego największą miał pomoc z kroniki Gallusa, cudzoziemca, który osiedlił się w Polsce i dzieje jej opisał tak, jak je rozumiał, z wielką prostotą i szczerością. Potem korzystał Długosz z kronikarza Wincentego Kadłubka, który żył za panowania Kazimierza Sprawiedliwego i do tych czasów doprowadził swoją bardzo bajeczną historję. O Łokietku, Kazimierzu Wielkim i Ludwiku znalazł wiele wiadomości w kronice Janka z Czarnkowa, podskarbiego Kazimierza, który te czasy dość szczegółowo opisał. O Jadwidze i Jagiellonach już łatwiej było mu pisać, bo to wypadki niedawne, które wszyscy pamiętali, znali, rozumieli, do których się odnosiło wiele dokumentów, a te mógł znaleźć w archiwum królewskiem, t. j. zbiorze ważnych piśmiennych dowodów, np. umów, listów, zobowiązań i t. p.
Ale wszystko to zebrać, uporządkować, ułożyć w rozumną całość, opracować, odróżnić trafnie prawdę od zmyślenia, wytłumaczyć przyczynę każdego wypadku i wszystkie jego następstwa, to była praca — jak sam Długosz pisze — prawie nad siły ludzkie. A jednak jej podołał w ciągu lat 25, wierząc mocno, iż spełnia rozkaz Boski, z Boskiego natchnienia i przy Boskiej pomocy odsłaniając ludziom obrazy przeszłości, aby nie poszły w zapomnienie, lecz służyły jako przykład na pożytek nowym pokoleniom.
A tak się starał o prawdę, że jeśli błąd własny poznał, nie wahał się kilkakrotnie przerabiać tego samego, aby — jak pisze — fałszem nie pokalać sumienia.
Łatwo zrozumieć, jak przykrem musiało być dla niego każde oderwanie się od tego trudu, a jednak bezustannie musiał go porzucać dla innych, równie ważnych obowiązków.
Był wychowawcą synów Kazimierza Jagiellończyka, co musiało zabierać mu bardzo wiele czasu. Gdy najstarszy Władysław królem czeskim został obrany, on z nim do Czech pojechał, jako główny doradca i przewodnik młodzieńca, pełen sprawiedliwości i rozumu.
Żadne ważniejsze zdarzenie, dotyczące losów kraju, nie obeszło się też bez niego: czy trzeba było porozumieć się z cesarzem, skłonić go do jakiej myśli, powstrzymać od szkodliwych dla Polski zamiarów, — czy układano przymierze, zawierano pokój, rozpatrywano prawa — wszędzie potrzebny był Długosz, nikt sumienniej i lepiej od niego nie załatwił sprawy najtrudniejszej. To też niemało życia upłynęło mu w długich i uciążliwych podróżach, a rozpoczęta praca cierpliwie czekać musiała powrotu.
Na kilka miesięcy przed śmiercią dopiero ukończył to najmilsze zadanie swego życia, a kończy je gorącą dziękczynną modlitwą, że tej chwili doczekał.
Czytając jego historję, musimy podziwiać skromność tego człowieka, któremu w historycznej wiedzy nikt wówczas nie dorównywał, a który przecież nie wyobraża sobie wcale, iż tworzy rzecz doskonalą, ale czuje, iż mimo chęci popełnia błędy i pomyłki, prosi o ich sprostowanie tych, którzy prawdę lepiej od niego poznają.
Wreszcie widząc złe skutki zaniedbania historji, skutkiem czego trudno po latach i wiekach całą prawdę odsłonić, wyznaczył stały dochód dla męża wykształconego odpowiednio, któryby od wszelkich prac innych zwolniony, mógł czas swój, zdolności i pracę poświęcić wyłącznie na spisywaniu wiernie współczesnych wypadków, z czego powstanie wolna od błędów historja.





Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Fragment III części tryptyku "Dzwony" Kazimierza Przerwy-Tetmajera (1898).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.