Józef Balsamo/Tom XI/Rozdział CXLVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XI jako ePub Pobierz Cały tom XI jako PDF Pobierz Cały tom XI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXLVII
DWIE BOLEŚCI

Gilbert sądził bardzo zdrowo, gdy o owym nieznajomym spotkanym w ogrodzie podczas owej nocy tak fatalnej dla Andrei, powiedział: „Czy go odnajdą?“
Rzeczywiście Filip nie miał pojęcia, gdzie szukać Józefa Balsamo, hrabiego de Fenix, Przypomniał sobie ową damę, markizę de Saverny, do której 31 maja odprowadzono Andreę.
Nie było jeszcze tak późno, aby nie można było przedstawić się owej damie. Mieszkała ona przy ulicy Saint-Honoré.
Zapanował nad sobą, udał się pod wiadomy adres i tam objaśniono go, iż znajdzie Balsama przy ulicy Saint-Claude.
Zwrócił się tam natychmiast. Nie bez głębokiego wzruszenia ujął za młotek domu, w którym bezwątpienia został pogrzebany na zawsze spokój i honor Andrei. Ale pokonał się siłą woli i zachował całą energję, która, jak sądził, będzie mu z pewnością potrzebna.
Zastukał pewną ręką do bramy wchodowej, a ta otworzyła się natychmiast. Wszedł w podwórze, prowadząc konia za sobą. Ale nie zrobił paru kroków, gdy Fryc ukazał się u góry schodów z zapytaniem:
— Co pan sobie życzy?
Filip zadrżał, jakby wobec nieprzewidzianej przeszkody. Spojrzał na niemca ze zmarszczonem czołem, jakby ten nie spełnił zwykłego obowiązku służącego.
— Chcę się widzieć z panem domu, z hrabią Fenix rzekł, wiążąc konia do kółka i wchodząc do wnętrza.
— Pana niema — odrzekł Fryc, wpuszczając jednak Filipa z uprzejmością służbisty.
Filip zdawał się wszystko przewidywać z wyjątkiem tej jednej okoliczności. Zmieszał się też ogromnie.
— Gdzież go można znaleźć? — zapytał.
— Nie wiem, proszę pana.
— A przecież powinieneś wiedzieć.
— Mój pan nie zdaje mi nigdy sprawy z tego, co robi.
— Ja jednak muszę się z nim widzieć koniecznie.
— Wątpię, czy to będzie możliwe.
— Musi być możliwe, bo chodzi o wyjątkowo doniosłą sprawę.
Fryc skłonił się w milczeniu.
— Więc pan wyszedł?
— Tak, panie.
Powróci jednak wkrótce?
— Nie sądzę, panie.
— Nie sądzisz?
— Nie.
— Bardzo dobrze — odrzekł Filip z początkiem podniecenia gorączkowego — ale tymczasem idź i powiedz swemu panu...
— Miałem wszak zaszczyt uwiadomić pana, że ekscelencji tu niema.
— Znam ja się, mój kochanku, na podobnych odpowiedziach, jesteś, widzę, bardzo sumiennym w wypełnianiu rozkazów; ale ja wyjątkowo i całkiem niespodziewanie przybywam.
— Rozkaz dotyczy wszystkich — odpowiedział niezręcznie Fryc.
— A więc skoro ci hrabia dał rozkaz, to musi się w domu znajdować.
— Więc cóż z tego? — zapytał Fryc, zaczynający się tą natarczywością już niecierpliwie.
— Więc będę czekał na niego. Pana niema, powiedziałem już panu, niedawno był w tym domu pożar i odtąd jest niezamieszkany.
— Ty go jednak zamieszkujesz?
— Jako stróż.
Filip wzruszył pogardliwie ramionami.
Fryc zaczynał się coraz więcej irytować.
— Zresztą — odrzekł — czy pan hrabia jest, czy nie, niema tu zwyczaju przemocą się wdzierać do niego i jeśli się pan do tego nie zastosuje, zmuszony będę...
Zatrzymał się.
— Do czego? — przerwał Filip gorączkowo.
— Wyrzucić pana za drzwi — rzekł spokojnie Fryc.
— Ty? — krzyknął Filip z błyszczącem okiem.
— Tak, ja — odparł niemiec z pozorami zimnej krwi, właściwymi tej narodowości, podczas gdy gniew wrzał w nim coraz więcej. I postąpił krok ku młodemu człowiekowi; Filip wydobył szpadę.
Fryc wcale nie poruszony widokiem żelaza, pochwycił z szafy, ze zbiorami broni starożytnej, rodzaj drążka ostro zakończonego żelazem i od jednego uderzenia wytrącił filigranowe ostrze z ręki Filipa.
Ten ostatni, z okrzykiem wściekłości, rzucił się z kolei ku szafie, aby również broń jaką pochwycić.
W tej chwili otworzyły się drzwi w korytarzu i głos czyjś zapytał:
— Co to takiego, Fryc?
— Nic — odparł sługa, opuszczając drąg, ale zasłaniając swego pana, który go jednakże o całe pół korpusu przewyższał.
— Panie hrabio de Fenix — zawołał Filip — czy w pańskim kraju lokaje z drągiem w ręku zwykli przyjmować szlachtę, czy też jest to tylko specjalność pańskiego domu?
Fryc, na rozkaz hrabiego, złożył drążek w kącie przedsionka.
— Kto pan jesteś? — zapytał Balsamo, nie mogąc widzieć dokładnie w słabem oświetleniu przedpokoju.
— Ktoś, kto koniecznie potrzebuje rozmówić się z panem, i żąda tego stanowczo.
— Który żąda?
— Tak.
— Ten wyraz tłumaczy mi w zupełności postępowanie Fryca, bo ja, mój panie, nie życzę sobie mówić z nikim, a gdy jestem u siebie, nie przyznaję nikomu prawa wydawania mi rozkazów. Sam pan tedy zawiniłeś, ale — dodał z westchnieniem — wybaczam to panu pod warunkiem, że nie zechcesz zakłócać mi spokoju.
— Aha! żądasz spokoju, gdyś mi mój wydarł niegodziwie?
— Co... ja spokój panu wydarłem?
— Jestem Filip de Taverney — odrzekł młody człowiek, sądząc, iż sumieniu hrabiego starczy to za wszelkie tłumaczenia.
— Filip de Taverney?... A, panie, byłem kiedyś w gościnie u twego ojca, mam zatem obowiązek wdzięczności względem pana.
— Bardzo jestem szczęśliwy! — mruknął Filip przez zęby.
Balsamo zamknął za sobą kryte drzwiczki, poszedł przodem do salonu, gdzie widzieliśmy rozgrywające się już różne sceny, a nadewszystko, ostatnią z tajnymi pięciu sędziami.
Sala była oświetlona, jakby się spodziewano kogoś, ale widoczne było, że to tylko wykwintny zwyczaj domowy.
— Witam pana, panie de Taverney — rzekł Balsamo tonem słodkim, ale tak zbolałym, że Filip podniósł nań oczy i cofnął się w tej chwili o parę kroków, przejęty podziwem i zdumieniem.
W rzeczy samej zaledwie cień tylko pozostał z tego człowieka; oczy były zapadłe i bez życia, usta otaczały fałdy i zmarszczki, a owal twarzy zaostrzył się, czyniąc ją podobną do czaszki trupiej.
Filip stał bez ruchu, uderzony tem spostrzeżeniem, a Balsamo spostrzegł jego zdumienie i lekki, śmiertelnie smutny uśmiech, przesunął się po jego bladem obliczu.
— Przepraszam pana za mego sługę — wyrzekł — ale zastosował się on tylko do polecenia, jakie otrzymał.
— Są wszak czasami, panie hrabio, okoliczności nadzwyczajne, a ja się właśnie w podobnej znajduję.
Balsamo nic nie odpowiedział.
— Chciałem pana widzieć i rozmówić się z panem, choćby mi to przyszło okupić śmiercią.
Balsamo milczał ciągle, jakby czekał dalszych wyjaśnień młodego człowieka, nie mając ani sił, ani ciekawości, aby pytać.
— Nareszcie widzę pana — rozmówmy się więc, jeżeli łaska; zechciej pan tylko oddalić tego człowieka.
I Filip wskazał Fryca, który uniósł właśnie portjery, jakby oczekując dalszych rozkazów co do natarczywego gościa.
Balsamo zwrócił oczy na Filipa, aby zbadać jego zamiary, ale Taverney, znalazłszy się wobec człowieka równego mu pozycją i wychowaniem, odzyskał zupełny spokój i siły i był nieodgadniony.
Lekkim ruchem głowy, a raczej brwi, kazał usunąć się Frycowi i dwaj przeciwnicy usiedli naprzeciw siebie, Filip tyłem zwrócony do kominka, Balsamo wsparty łokciem na stoliczku.
— Mów pan jasno i krótko, jeżeli łaska — odezwał się hrabia — bo słucham pana, powodowany szczerą ku niemu życzliwością, ale uprzedzam, iż bardzo się prędko wyczerpię.
— Będę mówił tak, jak uznam za potrzebne i właściwe, a rozpocznę od badania.
Słowa te wywołały gwałtowne zmarszczenie brwi hrabiego, z pod których strzeliły błyskawice.
Obudziły w nim takie wspomnienia, że sam Filip byłby zadrżał, gdyby wiedział, co poruszył w sercu tego człowieka.
Balsamo, po chwili milczenia, zapanował jednakże nad sobą i rzekł szorstko:
— Pytaj pan.
— Chcę, abyś mi pan wytłumaczył, coś robił w czasie owej pamiętnej nocy, 31 maja, od chwili, jak uniosłeś moją siostrę z pomiędzy umierających i umarłych na placu Ludwika XV?
— Co to znaczy, proszę pana?
— To znaczy, że pańskie postępki po tym fakcie są więcej, niż podejrzane.
— Podejrzane?
— Tak i według wszelkiego prawdopodobieństwa, niegodne człowieka honoru...
— Nie rozumiem pana nic a nic; powinieneś pamiętać, ze mam strasznie zmęczoną głowę, że łatwo z tego powodu ulegam zniecierpliwieniu.
— Panie! — krzyknął Filip, dotknięty wyniosłością i spokojem, z jakim go traktował Balsamo.
— Panie! odpowiedział w tym samym tonie a samo od czasu jak miałem zaszczyt widzieć pana, doznałem ciężkich bardzo ciosów; dom mi się w części spalił i straciłem wiele rzeczy cennych, bardzo cennych i drogich. Cierpienia spowodowały jakby lekkie przyćmienie moich sił umysłowych, badź więc pan jasnym i kategorycznym, proszę pana o to, albo będę zmuszonym go pożegnać.
— O! nie, nie, mój panie, nie pożegnasz mnie tak łatwo, jak mówisz; potrafię uszanować pańskie cierpienia, jeżeli nawzajem zechcesz pan odczuć nieszczęście moje, nieszczęście stokroć cięższe, niż wszystkie klęski pańskie razem wzięte; jestem tego zupełnie pewny.
Balsamo uśmiechnął się tym uśmiechem rozpaczliwym, który Filip dostrzegł już raz na jego twarzy.
— Bo ja, panie, straciłem honor rodziny.
— Cóż ja jednak mogę na to poradzić?
— Co pan możesz? — zawołał Filip z iskrzącemi oczyma.
— Pytam właśnie pana o to.
— Możesz mi pan honor ten powrócić!
— Ależ pan jesteś chyba warjatem! — zawołał Balsamo.
I wyciągnął rękę do dzwonka, ale tak bez żadnego uniesienia, że Filip go powstrzymał.
— Ja jestem warjatem? — zawołał głosem urywanym. — Więc pan się nie domyślasz, że idzie tu o siostrę moją, którą zemdloną porwałeś w swoje objęcia 31 maja, którą zaniosłeś do domu, podług pana uczciwego, a podług mnie podłego; idzie tu o siostrę moją, o której honor upominam się z bronią w ręku.
Balsamo wzruszył ramionami.
— Poco cały ten potok słów w tak prostej sprawie?...
— Nieszczęsny!
— Panie, co za jakimś rozpaczliwym i pełnym gróźb głosem przemawiasz pan do mnie?... Czy nie posądzasz mnie pan czasem o odarcie z honoru panny de Teverney?...
— Tak właśnie, nikczemniku!
— I znów obelga bezcelowa, mój panie; skąd panu podobna myśl przyszła, u djabła, do głowy?...
Filip się zawahał; ton, jakim przemawiał Balsamo zbijał go z tropu. Był to albo szczyt arogancji, albo głos czystego sumienia.
— Co mi tę myśl poddało?
— Ależ tak, pytam pana o to!
— Siostra moja mi powiedziała.
— W takim razie, siostra pańska...
— Może pan zechcesz powiedzieć... — zawołał Filip groźnie.
— Chcę powiedzieć, że pańska siostra daje mi bardzo złą opinję o sobie. Najohydniejsza to spekulacja, jaką niektóre kobiety urządzają na swej hańbie. Przybyłeś pan z groźbą na ustach, aby mnie zmusić ze szpadą w ręku, albo do zaślubienia tej siostry, co dowodzi, że jej tego gwałtownie potrzeba, albo do dania wam pieniędzy, ponieważ wiecie, że ja robię złoto. Otóż czuję się w obowiązku uprzedzić pana, żeś się omylił; pan nie uzyskasz pieniędzy, siostra pańska nie znajdzie we mnie męża...
— W takim razie będę miał krew, która płynie w twych żyłach!
— Ani nawet tego, mój panie!
— Jakto?
— Nie myślę krwi przelewać, skoro nie zrobiłem tego z powodów daleko godniejszych i poważniejszych. Bądź pan więc łaskaw opuścić mnie spokojnie, jeżeli bowiem będziesz dłużej hałasował, i jeżeli od tych hałasów głowa mnie rozboli, zawołam Fryca, a ten, na jedno skinienie moje, zmiażdży pana poprostu.
Powiedziawszy to, Balsamo zadzwonił, że zaś Filip i tym razem nie chciał ustąpić, otworzył hebanową szkatułkę i wyjął pistolet.
— Tak, to dobrze — zawołał de Taverney — zabij mnie pan, bardzo cię proszę.
— Dlaczegóż miałbym pana zabijać?
— Boś mnie odarł z honoru!...
Taka prawda i taka rozpacz przebijały się w tych słowach młodzieńca, że Balsamo zwrócił się doń i łagodnie zapytał:
— Czyż podobna, abyś pan mówił to z przekonaniem?
— Pan więc wątpisz — nie wierzysz słowu szlachcica?
— W takim razie przypuścić chyba muszę, że panna de Taverney powzięła to niegodne podejrzenie, i że pan działasz pod jej wpływem. Przysięgam tedy panu na honor, że zachowanie się moje względem siostry pańskiej, owej nocy 31 maja, było najszlachetniejsze; ani honor mój, ani sądy ludzkie, ani sprawiedliwość boska, nie potrafiłyby mi nic takiego zarzucić, coby niegodnem było człowieka uczciwego w całem znaczeniu tego wyrazu. Czy wierzysz mi pan teraz?
— Panie! — zawołał zdziwiony Filip.
— Pan wiesz, że nie powoduje mną obawa pojedynku, boś to z pewnością z oczu moich wyczytał. Co do mego osłabienia, niech się pan niem nie łudzi, bo jest ono powierzchowne tylko. Wyglądam, jakby wszystka krew ze mnie uciekła, to prawda, ale muskuły moje nic nie straciły na swej sile. Chcesz pan dowodu na to? No to masz...
Balsamo porwał i uniósł jedną ręką olbrzymi wazon z bronzu, mało co odeń mniejszy.
— Niechże więc i tak będzie, wierzę panu co 31 maja; ale to podstęp prosty — to osłanianie się datą. Wszakże pan i później widywał moją siostrę?...
— Widywałem.
I wypogodzone czoło Balsama znowu się posępnie zachmurzyło.
— A wadzisz pan! — rzekł Filip.
— Cóż to za dowód przeciwko mnie, że widziałem jeszcze potem pannę Andreę?
— Pan ją trzykrotnie pogrążałeś w jakiś sen nienaturalny, skorzystałeś z tego jej stanu, aby występek swój pokryć tajemnicą nieprzeniknioną.
— Pytam raz jeszcze, kto to twierdzi?
— Siotra moja...
— Skądże ona może to wiedzieć, jeżeli spała?
— A! Więc przyznajesz pan, że była uśpioną?
— Przyznaję i to nawet, że ja ją uśpiłem.
— Uśpiłeś ją pan?
— Tak.
— W jakimże więc celu, jeżeli nie dlatego, ażeby ją pohańbić?
— W jakim celu? Ach, Boże! — szepnął Balsamo, smutnie zwieszając głowę.
— Odpowiedz pan, proszę pana.
— Aby dowiedzieć się tajemnicy droższej mi nad życie.
— Wybieg!
— I to tej nocy... — ciągnął dalej Balsamo, nie zważając na obelżywy wykrzyknik Filipa — tej nocy... siostra pana...
— Została zhańbiona.
— Zhańbiona?
— Siostra moja jest w odmiennym stanie.
Balsamo wykrzyknął:
— Prawda, prawda, odszedłem nie obudziwszy jej wcale.
— Przyznajesz pan!
— I nędznik jakiś, tej strasznej dla nas trojga nocy, skorzystał z tego...
— Czy pan sobie chcesz szydzić ze mnie?
— Nie! chcę pana tylko przekonać.
— To będzie trudno zapewne...
— Gdzie jest obecnie siostra pańska?
— Tam, gdzieś ją pan tak łatwo odnalazł.
— W Trianon?
— Tak.
— Jadę z panem do Trianon.
Filip zdumiał się poprostu.
— Popełniłem omyłkę, ale żadnego występku nie mam sobie do wyrzucenia, moje sumienie jest czyste, bo zostawiłem to dziecię niepokalane w śnie magnetycznym. Za ten błąd, który mi pan musisz wybaczyć, wskażę panu nikczemnego winowajcę.
— Powiedz mi pan, powiedz?...
— Nie znam go osobiście i nie wiem kto on — rzekł Balsamo.
— Któż zatem będzie wiedział?
— Siostra pańska.
— Odmówiła mi stanowczo.
— Może panu, ale mnie nie odmówi.
— Moja siostra?
— Jeżeli sama kogo oskarży, czy pan jej uwierzysz?
— Uwierzę, bo ona jest aniołem dobroci.
Balsamo zadzwonił:
— Fryc, kareta — rozkazał niemcowi.
Filip przebiegał salon wzdłuż i wszerz, jak obłąkany.
— Więc pan obiecujesz wskazać winnego?
— Panie rzekł Balsamo — szpada pańska została tutaj strzaskana, czy pozwolisz, abym ci inną ofiarował?
I podał de Taverney‘owi pyszną szpadę o złoconej rękojeści.
— A pan? — zapytał młody człowiek.
— Ja nie potrzebuję wcale broni, moja obrona jest w Trianon, a moim obrońcą pan będziesz, skoro wysłuchasz siostry swojej.
W kwadrans później siedzieli w karecie, a Fryc, puszczając galopem pyszne rumaki, wiózł ich w stronę Wersalu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.