Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXXVI
ZSTĘPUJEMY NA ZIEMIĘ

Książę de Richelieu, w sypialni swej w apartamentach Wersalu, pił właśnie czekoladę z wanilją, a przy nim siedział pan Rafté, przedstawiający rachunki.
Książę, zajęty swą powierzchownością, patrzył nieustannie w zwierciadło i zaledwie zwracał uwagę na to, co mu odczytywał sekretarz.
Naraz szmer kroków w przedpokoju, zapowiedział wizytę; książę połknął prędko resztę czekolady i spojrzał z obawą w stronę drzwi.
Książę de Richelieu miał godziny, w których, jak stare kokietki, nie lubił przyjmować nikogo.
Kamerdyner zaanonsował pana de Taverney.
Książę miał właśnie na myśli jakąś wymówkę, odkładającą wizytę na inny dzień lub inną godzinę przynajmniej, gdy nagle drzwi się otworzyły i baron wbiegł do pokoju, podał końce palców księciu i rzucił się na kanapkę, która aż jękła, tak ruch był gwałtowny.
Richelieu, patrzył zdumiony na swego przyjaciela. Posłyszał trzask kanapki, ciężkie westchnienia i zwracając się do gościa i rzekł:
— Cóż tam nowego baronie?... wydajesz mi się smutnym straszliwie!...
— Smutny jestem! — odrzekł Taverney — bardzo smutny!...
— Cóż do licha, przecież nie z rozkoszy tak ciężko w tej chwili westchnąłeś?...
Baron rzucił spojrzenie, które miało znaczyć że w obecności Rafté’go, nie wyjaśni tego westchnienia.
Rafté zrozumiał o co chodzi, bo miał zwyczaj, jak pan jego, spoglądać w lustro i usunął się dyskretnie.
Baron przeprowadził go oczami, a gdy drzwi się za nim zamknęły — rzekł:
— Nie mów żem smutny, mój książę, tylko żem niespokojny, śmiertelnie niespokojny.
— No!...
— Tak, tak — mówił Taverney, załamując ręce — toć przecie drugi już miesiąc upływa jak zbywasz mnie wciąż takiemi słówkami jak: „Nie widziałem króla“ albo „Król mnie nie widział“, albo „Król na mnie nie łaskaw”. Cóż u Boga, mój książę, czy to tak się odpowiada staremu przyjacielowi? Dwa miesiące, zastanów się, to wieczność przecie.
Richelieu wzruszył ramionami.
— Cóż więc chcesz, u djabła, abym ci powiedział?...
— Prawdę.
— Toć ci mówię tę prawdę, toć ci ją kładę w uszy; tylko w tem rzecz, że nie chcesz słuchać.
— Jakto?... ty książę i par, ty marszałek Francji, ty chcesz we mnie wmówić, że nie widzisz króla, ty który codziennie jesteś przy jego wstawaniu?... Dajże pokój!...
— Powiedziałem ci, i powtarzam, że to co ci zdaje się nieprawdopodobieństwem, jest jednak prawdziwem; od trzech tygodni asystuję codzienne przy wstawaniu Jego Królewskiej Mości, ja książę i par, ja marszałek Francji, ja...
— I król nie rozmawia z tobą — przerwał Taverney, — i ty nie mówisz do króla! i ty chcesz abym w to wierzył?...
— Kochany baronie, stajesz się impertynentem; zadajesz mi kłamstwo, jakbyśmy obaj mieli mniej przynajmniej po lat czterdzieści.
— Ale bo to się wściec można, mój książę.
— No!... to, co innego; wściekaj się mój kochany, bo i ja się wściekam.
— I ty się wściekasz?...
— Bo jest czego. Powiadam ci, król od owego dnia, ani nawet na mnie spojrzał!.. odwraca się ciągle do mnie plecami; ile razy uśmiechnę się uprzejmie, odpowiada mi okropnym grymasem, tak, że już mi się sprzykrzyło bywać w Wersalu po to jedynie, aby podobnych szyderstw doznawać! Co zatem, mój kochany, robić mam w takiem położeniu?
Taverney cały czas gryzł sobie okrutnie paznokcie.
— Nic a nic tego wszystkiego nie rozumiem — odrzekł wreszcie.
— Zupełnie jak i ja.
— Chyba, że to zabawka ze strony króla, że go bawi twój niepokój... bo nareszcie...
— Ja sobie to samo powiadam, bo wkońcu...
— Trzeba się raz przecie wyplątać z tego położenia, trzeba coś obmyślić, ażeby się położenie wyjaśniło.
— Pamiętaj tylko baronie, że to ciężka sprawa zmuszać króla do wyjaśnień.
— Tak sądzisz?
— Tak jest. Przytem czy chcesz, żebym ci coś powiedział?
— Proszę cię o to.
— Podejrzewam, widzisz, pewną rzecz.
— Co takiego?... — zapytał baron wyniośle.
— Pocóż się zaraz irytujesz?
— Bo jest czego, o ile sądzę.
— W takim razie nie mówmy już o tem.
— Przeciwnie, mówmy; proszę cię bardzo, wytłumacz mi się raz przecie.
— Uwziąłeś się z tem tłumaczeniem: to zakrawa na manję doprawdy; strzeż się.
— Doskonały jesteś sobie, mój książę; widzisz, że wszystkie nasze plany pokrzyżowane, widzisz najohydniejszą stagnację w moich interesach i każesz mi czekać!
— O jakiej znów prawisz stagnacji?
— Najprzód, masz, patrz!
— List?
— Tak, od syna.
— Od pułkownika?
— Piękny mi pułkownik!
— Masz tobie! cóż tam znowu?
— Filip od miesiąca oczekuje w Reims na nominację obiecaną przez króla, pułk wychodzi za dwa dni, a nominacji jak niema, tak niema...
— A do djabła! pułk wychodzi?
— Do Strassburga.
— Jeśli więc w przeciągu tych dwóch dni nie dostanie tej nominacji, to...
— To co?
— To powróci tutaj.
— Rozumiem, zapomniano o nim, biedny chłopiec! to zwykła rzecz w biurach tak zorganizowanych, jak u naszego nowego ministra wojny. O! gdybym ja był ministrem, jużby wszystko oddawna było zrobione.
— Hm! — mruknął Taverney.
— Co mówisz?
— Mówię, że nie wierzę w to wcale.
— Jakto?
— Bo gdybyś był został ministrem, byłbyś wysłał Filipa do stu djabłów!
— Co?...
— I jego ojca także!
— Ależ...
— A jego siostrę jeszcze dalej.
— Lubię z tobą pogawędzić, Taverney, bo jesteś zawsze pełen dowcipu! Ale skończmy już, do licha.
— Co do mnie i owszem; ale mój syn nie może na tem skończyć; jego pozycja jest niemożliwa. Trzeba koniecznie zobaczyć króla.
— Codzień go widzę, mówię ci.
— Pomów z nim.
— O, mój kochany, nie mówi się z królem, gdy on z nami nie mówi.
— Zmuś go.
— Nie jestem papieżem, niestety!
— W takim razie Andrea zdecyduje się pomówić; bo musi być coś podejrzanego w tem wszystkiem.
Słowo to podziałało magicznie.
Richelieu znał Taverney’a jako szczwanego lisa, jak Lafare’a i de Nocé, swych przyjaciół młodości, których reputacja pozostała nienaruszoną. Bał się związku między ojcem a córką, bał się wreszcie czegoś niespodziewanego, coby nań mogło ściągnąć niełaskę.
— No, no, tylko się nie gniewaj; spróbuję jeszcze raz. Ale potrzebuję jakiegokolwiek pretekstu.
— Masz go.
— Ja?
— Naturalnie.
— A jakiż?
— Król dał obietnicę...
— Komu?
— Memu synowi. Tę obietnicę można mu przecie przypomnieć.
— Masz rację. Masz ten list?
— Mam.
— Dawaj go.
Taverney wyciągnął papier z kieszonki od kamizelki i podał księciu, — zalecając mu śmiałość i ostrożność zarazem.
— Ogień i woda — rzekł Richelieu — ale stało się, piwo zostało nawarzone, trzeba je wypić.
Zadzwonił.
— Ubierać mnie i zaprzęgać — rozkazał książę.
Potem, zwracając się do Taverney’a, dodał:
— Czy zechcesz zostać podczas mej toalety, baronie?
Taverney zrozumiał, że nie zobowiązałby tem wcale swego przyjaciela.
— Nie, mój kochany, nie mogę w żaden sposób, muszę być koniecznie na mieście. Naznacz mi rendez-vous, gdzie ci się podoba.
— W zamku, zatem.
— Niech będzie w zamku.
— Wypada nawet, abyś i ty widział się z Jego Królewską Mością.
— Sądzisz — rzekł Taverney zachwycony.
— Wymagam; chcę abyś sam się przekonał o mej życzliwości.
— Nie wątpię o niej, ale jeżeli sobie życzysz?...
— Ty to bardzo lubisz, hę?
— No tak, jestem szczery.
— A więc bądź w galerji lustrzanej o jedenastej.
— Dobrze, dowidzenia!
— Dowidzenia; tylko mój baronie, nie gniewaj się — dodał Richelieu, nie mający zwyczaju nigdy w niczem narażać się osobom, których moc i wpływy nie były mu jeszcze dostatecznie znane.
Taverney wsiadł do karety i odjechał, aby w samotności i zamyśleniu używać przechadzki po ogrodzie. Richelieu tymczasem, oddawszy się w ręce swych szatnych, fryzjerów i kamerdynerów, zajęty był całkiem ważną kwestją odmłodzenia się, wymagającą przynajmniej dwóch godzin czasu.
Było to i tak krócej, niźli przypuszczał Taverney, który pilnie obserwując pałac, widział, jak punkt o jedenastej kareta marszałka zatrzymała się przed wejściem.
Baronowi biło serce gwałtownie; przerwał swą przechadzkę i wolno, daleko wolniej, niż tego żądały niecierpliwe jego myśli, udał się do galerji lustrzanej, gdzie poważna liczba dworaków niepewnych łaski, oficerów z prośbami, ambitnej szlachty, wystawała na śliskiej posadzce, przedstawiającej właściwy grunt dla tego rodzaju figur, ubiegających się za fortuną.
Taverney, wzdychając, zniknął w tłumie, starał się jednak zająć stanowisko niezbyt daleko od drzwi, któremi marszałek miał wyjść od Jego Królewskiej Mości.
— Och! — mruczał sobie — to ładna rzecz wystawać tu, z tymi szlachetkami i brudnymi pióropuszami, mnie, co przed miesiącem wieczerzałem sam na sam z Najjaśniejszym Panem.
I w zasępionym jego wzroku malowało się niejedno bezecne podejrzenie, które mogło biedną Andreę przyprawić o rumieniec.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.