Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXXVII
PAMIĘĆ KRÓLÓW

Richelieu, stosownie do przeznaczenia, umieścił się wprost Jego Królewskiej Mości, w chwili, gdy książę Kondeusz podawał mu koszulę.
Król, spostrzegłszy marszałka, odwrócił się tak gwałtownie, że koszula o mało nie upadła na ziemię.
Książę Kondeusz cofnął się przerażony.
— Przepraszam cię kuzynie — rzekł Ludwik XV, aby zaznaczyć, że ten odruch niechęci nie do niego się odnosił.
Richelieu pojął doskonale, że gniew dotyczył jego osoby. Ponieważ jednak przyszedł zdecydowany nawet na wywołanie gniewu, gdyby potrzeba było, byle doprowadzić do wyjaśnień, zmienił tylko miejsce i stanął tam, którędy król musiał przechodzić, udając się do gabinetu.
Ludwik XV, straciwszy z oczu marszałka, zaczął znów rozmawiać swobodnie i uprzejmie, ubierał się: projektował polowanie w Marly, i zasięgał co do tego rady kuzyna, bo Kondeusze mieli sławę wielkich myśliwych.
Ale w chwili udania się do gabinetu, w chwili kiedy prawie wszyscy już wyszli, wzrok jego spotkał znów Richelieu’go; pochylającego się w tak pysznym ukłonie, jakiego nie widziano już od czasu Lauzun’a, który, jak wiadomo, sławny był pod tym względem.
Ludwik XV zatrzymał się prawie zmieszany.
— Jeszcześ tu, panie de Richelieu? — zapytał.
— Na rozkazy Waszej Królewskiej Mości.
— Nie opuszczasz więc zupełnie Wersalu?
— Od czterdziestu lat, Najjaśniejszy Panie, prawie się stąd nie oddalam, chyba na krótko i za rozkazem Waszej Królewskiej Mości.
Król się zatrzymał.
— Zapewne żądasz czego ode mnie?
— Ja, Najjaśniejszy Panie, czegóżby?
— Czegóż mnie więc prześladujesz nieustannie swą obecnością do licha, widzę to przecież dobrze.
— To, Najjaśniejszy Panie, z miłości i poważania.
— Udajesz, jakbyś mnie nie rozumiał, a doskonale mnie rozumiesz. Otóż ja, ja panie marszałku, wiedzże o tem, nie mam ci nic dopowiedzenia.
— Nic, Najjaśniejszy Panie?
— Nic a nic zgoła.
Richelieu uzbroił się w obojętność i cierpliwość.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł — było to zawsze moim punktem honoru, abym mógł sobie wobec Boga i sumienia przyznać, iż moje przywiązanie do Waszej królewskiej Mości jest zupełnie bezinteresowne. To też zazdrośni nigdy nie będą mogli powiedzieć, że Król mnie czemś obdarzył. Na tym punkcie opinja moja jest na szczęście ustaloną.
— Mój książę, jeśli masz jakie żądanie, to mów otwarcie, ale prędko.
— Najjaśniejszy Panie, ja nic, zupełnie nic nie żądam dla siebie, chcę tylko błagać Waszą Królewską Mość...
— O co?
— Aby przypuścił do podziękowania.
— Kogóż?
— Kogoś, kto bardzo się czuje obowiązanym względem Waszej królewskiej Mości.
— Kogóż, nareszcie?
— Kogoś, którego Wasza Królewska Mość wielce zaszczyciła!.. Ach, bo kto raz dostąpił honoru, że siedział z Waszą Królewską Mością u stołu, zakosztował tej rozmowy tak subtelnej, tej wesołości, tak zachwycającej, która czyni z Waszej Królewskiej Mości boskiego towarzysza, ten nie zapomina tego nigdy, a tak się szybko przyzwyczaja do takich chwil słodkich i drogich....
— Jesteś złotoustym, panie de Richelieu.
— Och! Najjaśniejszy Panie...
— O czemże nareszcie chcesz mówić?
— O przyjacielu moim, de Taverney.
— O twoim przyjacielu? — zawołał król.
— Wybacz, Najjaśniejszy Panie....
— Taverney! — powtórzył Ludwik XV z rodzajem przerażenia, które zdziwiło księcia.
— Najjaśniejszy Panie! Stary to towarzysz mój... służył pod Villars razem ze mną.
Zatrzymał się na chwilkę.
— Wiesz wszak, Najjaśniejszy Panie, że mamy zwyczaj nazywać na tym świecie przyjaciółmi wszystkich, których znamy, wszystkich, którzy nareszcie nie są naszymi nieprzyjaciółmi; to zwyczajna formułka grzeczności.... formułka, pod którą zwykle nie wiele się kryje.
— Jest to wyraz często kompromitujący, mój książę — rzekł król kwaśno — jest to wyraz, którego ostrożnie używać należy.
— Rady Waszej Królewskiej Mości są wyrazem prawdziwej mądrości. Pan de Taverney więc...
— Pan de Taverney jest człowiekiem zdemoralizowanym.
— Najjaśniejszy Panie — rzekł Richelieu — domyślałem się, słowo honoru...
— Człowiek to bez najmniejszej delikatności, panie marszałku.
— Co do jego delikatności, Najjaśniejszy Panie, nie mogę nic powiedzieć; możemy tylko sądzić o tem, co nam jest znane, nie zaręczam więc...
— Jakto nie zaręczasz za delikatność twego przyjaciela, starego towarzysza, kolegi z pod Villars, człowieka, którego mi przedstawiłeś nareszcie? Musisz go znać chyba przecie?
— Jego? tak, Najjaśniejszy Panie; ale jego delikatności nie. Sully powiedział dziadowi Waszej Królewskiej Mości, Henrykowi IV, że widział gorączkę jego, wychodzącą w zielonym stroju; ja jednak, przyznają się pokornie, nie widziałem nigdy, jak ubiera się delikatność pana de Taverney.
— Więc ja ci mówię, marszałku, że to brzydki człowiek, że odegrał niemniej brzydką rolę...
— O! jeżeli Wasza Królewska Mość mi to mówi...
— Tak, ja sam!
— Jestem bardzo szczęśliwy, słysząc to z ust Najjaśniejszego Pana. Bo przyznaję, że i dla mnie Taverney nie jest uosobieniem delikatności, ale Najjaśniejszy Panie, dopóki Wasza Królewska Mość nie raczyłeś objawić swego zdania...
— Więc objawiam, że go nie cierpię.
— Wyrok zatem zapadł — ciągnął dalej Richelieu — ale baron ma na swoje szczęście tak potężne orędownictwo u Waszej Królewskiej Mości.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Że jeśli ojciec miał nieszczęście niepodobać się królowi...
— I to nawet mocno.
— Rozumiem, Najjaśniejszy Panie.
— Więc cóż chcesz powiedzieć?
— Chcę powiedzieć, że pewien anioł o niebieskich oczach i jasnych włosach...
— Nie rozumiem cię, Mości książę.
— Pojmuję to Najjaśniejszy Panie.
— Ale ja życzyłbym sobie zrozumieć.
— Najjaśniejszy Panie, profan taki jak ja, drży na myśl uniesienia zasłony, pod którą się kryje tajemnica czarów i miłości; ale powtarzam, ileż to Taverney zawdzięcza tej, która łagodzi oburzenie królewskie przeciw niemu. Panna Andrea musi być aniołem!
— Panna Andrea jest potworem fizycznym, jak ojciec moralnym! — zawołał król.
— Ach! — krzyknął Richelieu w najwyższem zdumieniu — więc myliliśmy się wszyscy. A ta piękna powierzchowność!...
— Nie wspominaj mi książę nigdy o tej dziewczynie, dreszcz mnie przejmuje na samą myśl o niej.
Richelieu załamał ręce z hipokryzją.
— Ach! Boże! co to znaczą pozory... Gdyby Najjaśniejszy Pan, pierwszy znawca w Królestwie, nieomylność uosobiona, nie zapewnił mnie o tem, czyżbym potrafił uwierzyć?... Jakto, Najjaśniejszy Panie, więc do tego stopnia jest upośledzoną?
— Więcej niż upośledzoną... dotknięta jest chorobą... straszną... zasadzka, książę. Ale na Boga, zaklinam się, ani słowa już o niej, bo mnie zabijesz.
— Nie otworzę już ust o tem. Zabijać Waszą Królewską Mość, co za okropność! Co za niegodziwa rodzina. Toż to musi być dopiero nieszczęśliwy ten biedny chłopiec!
— O kimże znowu mówisz jeszcze?
— O wiernym, szczerym, oddanym słudze Waszej Królewskiej Mości; och, jest to wzór, któryś dobrze sam osądził, Najjaśniejszy Panie. Tym razem odpowiadam zań, łaska Najjaśniejszego Pana, nie została źle umieszczoną.
— O kogóż idzie?... kończ książę, bo mi pilno.
— Mówię, Najjaśniejszy Panie — ciągnął słodko Richelieu — o synu pierwszego, a o bracie drugiej; mówię o Filipie de Taverney, o tym dzielnym młodzieńcu, któremu Wasza Królewska Mość pułk oddała.
— Co? ja komu pułk oddałem?
— Tak, Najjaśniejszy Panie, pułk, na który co prawda, Filip de Taveruey wciąż czeka jeszcze, ale który dałeś mu Najjaśniejszy Panie.
— Ja?
— No tak, Najjaśniejszy Panie.
— Zwarjowałeś czy co?
— O!
— Nic mu nie dałem, nic zupełnie, marszałku.
— Doprawdy?
— Ale po co się ty u djabła w to mieszasz?
— Najjaśniejszy Panie!...
— Czy cię to co obchodzi?
— Mnie, bynajmniej.
— Uwziąłeś się, żeby piec mnie na wolnym ogniu i kłuć tym pękiem cierni!
— Cóż robić Najjaśniejszy Panie! Zdawało mi się (widzę teraz, żem się mylił), zdawało mi się, że Wasza Królewska Mość obiecała...
— Ależ to nie moja rzecz, książę. Jest od tego minister wojny. Ja pułków nie rozdaję... Pułk!... piękną ci jakąś anegdotkę opowiedziano. Jesteś widać poplecznikiem tego gniazda. Mówiłem ci, daj mi pokój, a ty musiałeś wszystką krew we mnie wzburzyć!
— Ach! Najjaśniejszy Panie!
— Tak, tak, wszystką krew; na djabła tu adwokatować! teraz nie strawię tego do jutra.
I król odwrócił się plecami do księcia i zniknął rozwścieczony we drzwiach gabinetu.
— No tym razem wiem przynajmniej czego się mam trzymać.
I, otrzepując się z pudru, gdyż w zapale cały się opylił, Richelieu pociągnął na galerję, gdzie oczekiwał nań przyjaciel, palony niecierpliwością.
Zaledwie ukazał się marszałek, baron, podobny do pająka czatującego na zdobycz, rzucił się po wiadomości.
— Cóż nowego? — zapytał?
— Nowego jest to — odparł Richelieu wyniośle, prostując się z miną pogardliwą — abyś pan raczył więcej do mnie się nie zbliżać.
Taverney spojrzał na księcia wzrokiem błędnym.
— Miałeś nieszczęście nie podobać się królowi, a kto jemu się nie podoba, mnie obraża.
Taverney, jakby wrośnięty w marmur posadzki, stał przybity i osłupiały.
Richelieu tymczasem poszedł w swoją stronę, wsiadł do karety i zawołał: — Do Luciennes!
I zniknął...

KONIEC TOMU DZIESIĄTEGO.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.