Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXXV
BÓG I CZŁOWIEK

Podczas gdy się rozgrywała ta scena, w domu pozornie nic nie uległo zmianie.
Ukazanie się tylko Balsama, który zabrał trupa Lorenzy, przywołało starca do rzeczywistości, i powróciło mu świadomość wszystkiego co zaszło wokoło niego.
Widząc, że Balsamo wziąwszy ciało w ramiona, opuścił się na dolne piętra, starzec sądził, że to było ostatnie już pożegnanie, rozstanie na wieki z człowiekiem, któremu złamał życie, zdruzgotał serce; i strach przed samotnością i opuszczeniem ogarnął go nagle, jego, co był gotów zrobić wszystko aby uchronić się od śmierci; obawa okropnych chwil konania ogarnęła filozofa.
Nie wiedząc, gdzie i poco Balsamo się oddalił, zaczął wołać z rozpaczą:
— Acharat, Acharat! Sądził iż imię, którem go wołano w dzieciństwie, wywoła największe wrażenie.
— Ale Balsamo opuszczał się ciągle, a wysiadłszy, zniknął w korytarzach, nie pomyślawszy nawet o podniesieniu windy.
— A! i cóż to jest człowiek, zwierzę ciemne i niewdzięcznie; Acharat, wróć się, wróć! Ach więc wolisz śmieszną istotę, którą zwą kobietą, niż szczyt doskonałości ludzkiej, jaką ja jestem! Wolisz ułamek życia niż wieczność?...
— Tak! tak — mówił po chwili — zbrodniarz oszukał swego mistrza, nadużył mego zaufania; obawiał się mego życia wiecznego, obawiał się mnie, który tak go przewyższam wiedzą i potęgą i chciał odziedziczyć wielkie dzieło, które prawie osiągnąłem; wprowadził mnie w zasadzkę, mnie swego mistrza, dobroczyńcę. O! Acharacie. I starzec coraz więcej się gorączkował, na twarz wystąpiły mu nienaturalne kolory, oczy błyszczały ponurym blaskiem, jak ogniki fosforyczne zapalone w orbitach czaszki świętokradzką ręką dzieci.
— Wróć się, Acharacie, wróć; strzeż się, wiesz, że umiem zaklęcia, wywołujące ogień i duchy nadprzyrodzone; wywoływałem raz szatana, zwanego przez magów Phegor, wśród gór Gad, i szatan opuścił przepaści podziemne i ukazał mi się; rozmawiałem z siedmioma aniołami, posłannikami Bożego gniewu, na tej samej górze, gdzie Mojżesz otrzymał tablice z przykazaniami; ja, jedynie siłą woli, zapaliłem siedmioramienny świecznik, zabrany żydom przez Trajana! Więc strzeż się Acharacie! strzeż się!
Ale żaden głos mu nie odpowiedział. W głowie mu się coraz więcej mąciło.
— Czyż nie widzisz, nieszczęsny — mówił głosem zduszonym — że śmierć mnie zabierze, jak pospolite stworzenie; Acharacie, słuchaj, powróć ja ci nic złego nie zrobię, tylko wróć się! Nie wywołam już ognia, nie masz się co obawiać złych duchów i aniołów mścicieli; nie chcę zemsty! Acharacie wróć więc, nie uczynię ci nic złego, przeciwnie, ja ci dużo dobrego zrobić mogę... Acharat! zamiast mnie opuszczać, czuwaj nad mojem życiem, a wszystkie moje skarby, wszystkie moje tajemnice będą twojemi; zatrzymaj we mnie życie Acharacie, zatrzymaj dla swego dobra... słuchaj!... słuchaj!... patrz!...
I wskazywał oczami i drżącym palcem miljony przedmiotów, papierów i zwojów, rozrzuconych po całej komnacie.
Potem czekał chwilę nasłuchując, a siły go coraz więcej opuszczały.
— A!... nie wracasz — mówił; — zdaje ci się, że ja także umrę?... zdaje ci się, że wszystko posiędziesz, dzięki temu morderstwu!... Nikczemniku bezrozumny!... Choćbyś nawet zdołał czytać rękopisy, które ja tylko jeden umiałem odcyfrować; choćbyś nawet posiadał zapas wiedzy dostateczny na życie dwóchsetletnie, to i tak nic nie oddziedziczysz po mnie! Acharacie, zatrzymaj się, powróć powróć, choćby na chwilę tylko, abyś był świadkiem ruiny, jaką gotuję całemu temu domowi, abyś przypatrzył się pięknemu widokowi, jaki się oczom twoim przedstawi. Acharacie!... Acharacie!... Acharacie!...
Echo mu tylko odpowiadało, bo Balsamo stal wtedy przed sądem, oglądającym ciało zamordowanej Lorenzy.
Rozpacz zdwajała w nim siły, krzyki opuszczonego starca stawały się coraz ostrzejsze, rozlegały się po korytarzach i szerzyły przestrach i grozę, niby chrapliwe ryki tygrysa, który wyrwał się poza żelazne kraty swej klatki.
— A więc nie przybywasz, ryczał z wściekłością, lekceważysz mnie, liczysz na moją bezsilność, no to teraz zobaczysz. Pożar, pożar, pożar!...
Rzucił te słowa z taką siłą i zajadłością, że Balsamo, wolny już teraz, ocknął się z odrętwienia; wziął znów na ręce ciało Lorenzy, wszedł na schody, złożył je na sofie, gdzie przed paroma jeszcze godzinami w słodkim śnie spoczywała, a wsiadłszy na ruchomą klapę, ukazał się nagle oczom Althotasa.
— A!... nareszcie — zawołał starzec, upojony radością, — przeląkłeś się, przekonałeś się, że mogę się zemścić; przyszedłeś i dobrześ zrobił żeś przyszedł, bo chwila jeszcze, a pokój byłby już w płomieniach.
Balsamo wzruszył ramionami i nie odpowiedział ani słowa.
— Pić, pić, daj mi pić; Acharacie!...
Balsamo nie odrzekł nic, nie poruszył się wcale i patrzył na konającęgo starca, jakby nic nie chciał stracić z jego szamotań się ostatnich.
— Czy słyszysz, — zaryczał, — czy słyszysz?...
Acharat ani się poruszył nawet.
— Czy słyszysz Acharat?... — wrzasnął starzec, dając ujście ostatniemu wybuchowi wściekłości. — Wody, wody!...
W tem twarz jego zmieniła się nagle. Piekielne płomienie zagasły w oczach, krew jakby z pod skóry uciekła i pozostał bez ruchu, bez tchu prawie.
Długie ręce, któremi pochwycił Lorenzę, podnosiły się jeszcze bezsilnie, niby ramiona polipa; gniew zużył resztę sił, podnieconych rozpaczą.
— Nędzniku!... zdaje ci się, że nie dość prędko jeszcze konam, radbyś śmierć moją przyśpieszyć!... Pożerasz oczami rękopisy moje, skarby moje!... zdaje ci się, że to już twoje wszystko!... O!... powstrzymaj się, powstrzymaj!...
I zbierając ostatek sił, wyciągnął z pod poduszki fotelu flakon, który odkorkował. Natychmiast, po zetknięciu się gazu jakiegoś z powietrzem, buchnęły płomienie, które Althotas rozniecał dokoła.
Stosy manuskryptów, nagromadzone obok fotelu, książki porozrzucane po całym pokoju, stosy pergaminów, wydarte z takim trudem piramidom Cheopsa i pierwszym wykopaliskom Herkulanum, zajęły się z szybkością prochu.
Na marmurowej podłodze rozciągnęła się jakby opona z płomieni, przedstawiając oczom Balsama coś na kształt owych kół ognistych z piekła Dantego.
Althotas sądził, że Balsamo rzuci się w te płomienie, aby ratować skarby, które miał odziedziczyć, a które starzec niszczył wraz z sobą, ale się omylił.
Balsamo, usunąwszy się na ruchomą deskę, aby się od płomieni zabezpieczyć stał spokojny i całkiem obojętny.
Płomienie ogarniały Althotasa; a on, jakby znalazł się w swoim żywiole, jakby te płomienie zamiast go trawić, wskrzesały.
Balsamo patrzył ciągle; płomienie otaczały prawie całkiem starca, pełzały po nogach ciężkiego dębowego fotelu na którym siedział, pożerały już dolną część jego ciała, ale zdawał się nie czuć tego.
Przeciwnie, w zetknięciu z tym ogniem, jakby czyścowym, członki kurczowo pokręcone, prostowały się stopniowo, pogoda nieznana występowała na twarz umierającego.
W tej ostatniej godzinie, stary prorok, jakby oderwany od ziemskiej powłoki, zdawał się na ognistym wozie wstępować do nieba.
Potężny, duch, zapominając o materji, pewny że mu już na ziemi nic nie pozostało, przeniósł się w sfery wyższe.
Oczy Althotasa, którym, z pierwszym blaskiem płomieni, powrócił blask życia, patrzyły w jakiś punkt nieokreślony, niepochwytny, który nie był ani niebem, ani ziemią, patrzyły, jakby chciały przebić horyzont.
Spokojny i zrezygnowany, uważając wszelkie wrażenia i cierpienia, za ostatnie odgłosy ziemi, stary Mag szeptał jeszcze ostatnie pożegnanie życiu, potędze, nadziei...
— Umieram bez żalu; osiągnąłem wszystko na ziemi, zdobyłem wszystko, co może zdobyć człowiek, dosięgałem nieśmiertelności.
Z ust Balsama dał się słyszeć śmiech ponury, który zwrócił nań uwagę starca.
Rzucił on uczniowi swemu, po przez płomienie, spojrzenie pełne groźnego majestatu i rzekł:
— Tak, jest coś, czego nie przewidziałem, nie przewidziałem — Boga!...
I z tym wyrazem na ustach padł bez życia, oddał ducha Bogu, z pod którego potęgi usiłował się wyłamać.
Balsamo westchnął, a nie starając się nic uratować z gorejącego stosu, na którym skończył nowy Zoroaster, opuścił się na dół, siadł przy zwłokach Lorenzy i puścił windę do góry.
Przez całą noc płomień huczał mu ponad głową, jak huragan, ale ani pomyślał o gaszeniu, nieczuły wobec martwej Lorenzy na wszystko na świecie; ogień jednak, wbrew jego oczekiwaniu, pochłonąwszy wszystko, pozostawiwszy nagie tylko sklepienia, zagasł sam, wydając ostatnie syki, podobnie jak ryki Althotasa, które rozpłynęły się w jękach i zamarły w westchnieniach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.