Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXXIV
SĄD

Fryc miał słuszność; powierzchowność gości, przybyłych na ulicę Saint-Claude, nie zdradzała nastroju ani pokojowego, ani życzliwego.
Pięciu ludzi na koniach eskortowało panów jadących powozem; pięciu ludzi o minach wyzywających, a uzbrojeni byli od stóp do głowy.
Rozstawili się przy wyjściach na ulicę i strzegli ich pilnie, zdając się oczekiwać na swych panów.
Woźnica i dwóch lokai na koźle ukrywali pod płaszczami myśliwskie noże i broń.
Wszyscy ci goście przybyli na ulicę Saint-Claude, okazywali raczej zamiar nieprzyjacielskiej wyprawy, niż zwykłej wizyty.
Napad ten nocny zbrojnych ludzi, wzięcie, jakby w oblężenie, domu, przeraziło i wystraszyło niemca.
Próbował wzbronić wejścia tym szczególnym gościom, zobaczywszy przez okienko eskortę i broń; lecz właśnie te dowody prawnego ich przybycia nie dozwoliły mu się długo opierać...
Zaledwie dostali się do wewnątrz, nieznajomi, jak wprawni taktycy, osaczyli natychmiast wszystkie wyjścia domu, nie ukrywając swych nieprzyjacielskich zamiarów.
Owi, niby słudzy, wkroczyli na podwórzec i korytarze, a niby panowie do salonu, co wszystko nie zapowiadało Frycowi nic dobrego.
Oto dlaczego zerwał dzwonek.
Balsamo, bez zdziwienia, bez wszelkiego przygotowania, wszedł do salonu, oświetlonego jak zwykle przez Fryca.
Zobaczył pięciu mężczyzn, siedzących na fotelach.
Gdy wszedł, ani jeden nie powstał.
On zaś, pan domu, oddał im grzeczny ukłon. Dopiero wtedy wstali i odkłonili mu się.
Balsamo przysunął sobie fotel i usiadł naprzeciw nich, nie spostrzegając, lub nie chcąc widzieć, że widok całego towarzystwa razem był nieco dziwny.
Bo w rzeczy samej, pięć foteli tworzyło półkole, na wzór starożytnych trybunałów, z prezydującym w pośrodku i dwoma sędziami z każdej strony, fotel zaś Balsama naprzeciw prezydującego zajmował miejsce, przeznaczane zwykle dla podsądnego.
Balsamo nie rozpoczął pierwszy rozmowy, jakby był uczynił w każdym innym razie; patrzył, prawie nie widząc, ciągle jakby nieprzytomny pod wpływem ciosu.
— Zrozumiałeś nas, jak widać, bracie — rzekł przewodniczący, to jest ten, który zajmował fotel środkowy. — Jednakże ogromnie opóźniałeś swe; przybycie i już zastanawialiśmy się nad tem, czy wysłać kogo, ażeby cię poszukał?
— Nie rozumiem pana — rzekł poprostu Balsamo.
— A ja myślałem, że rozumiesz, skoro zająłeś naprzeciw nas miejsce oskarżonego.
— Oskarżonego? — powtórzył Balsamo i wzruszył ramionami. — Nie rozumiem — dodał.
— Ułatwimy ci to, ażebyś zrozumiał, co zresztą nie będzie trudno, o ile wnoszę z bladości, zapadłych oczów i drżącego głosu... Zdaje mi się, że nie słyszysz?...
— Owszem, słyszę — odrzekł Balsamo, wstrząsając głową, jakby chciał strząsnąć ciężkie, przygniatające ją myśli.
— Czy przypominasz sobie, bracie — ciągnął prezydujący, że podczas ostatnich posiedzeń, komitet najwyższy donosi o zdradzie, obmyślonej przez jednego z filarów stowarzyszenia? —
— Tak... może... nie zaprzeczam.
— Twoja odpowiedź dowodzi sumienia niepewnego i zmieszanego; ale uspokój się... odpowiadaj z jasnością i dokładnością, jakiej wymaga groźne twe położenie; odpowiadaj mi z przeświadczeniem, że możesz nas przekonać i uniewinnić się, bo nie przynosimy z sobą ani uprzedzenia, ani nienawiści; jesteśmy prawem, a prawo sądzi dopiero po wysłuchaniu.
Balsamo nic nie odrzekł.
— Powtarzam ci, Balsamo, że jest to jakby wyzwanie na pojedynek; atakuję cię bronią straszną, ale uczciwą, broń się.
Obecni, widząc flegmatyczną obojętność Balsama, spojrzeli nie bez zdziwienia na siebie, potem na przewodniczącego.
— A więc, jako brat sumienny i życzliwy uprzedziłem cię, wskazałem ci cel mego badania, teraz strzeż się, zaczynam...
— Po owem ostrzeżeniu o zdradzie uknutej — ciągnął dalej przewodniczący — stowarzyszenie wydelegowało pięciu członków do Paryża, dla śledzenia tego, którego nam wskazano jako zdrajcę.
— Odkrycia nasze nie mogą być mylne; czerpiemy je albo od agentów, nam oddanych, jak wiesz sam dobrze, albo z różnych pewnych wskazówek z życia, albo też z objaśnień i znaków nieomylnych, których tajemnicę nam jednym tylko natura odsłoniła. Otóż jeden z nas miał objawienie co do ciebie, wiemy, że się nigdy nie myli, zaostrzyliśmy naszą uwagę i śledziliśmy cię.
Balsamo słuchał nieruchomo, bez niecierpliwości, bez znaku życia. Prezydujący ciągnął dalej:
— Nie było to rzeczą łatwą śledzić człowieka takiego jak ty; twoja misja nakazuje ci wejść wszędzie, gdzie nasi nieprzyjaciele mają mieszkanie, lub wpływ jakikolwiek. Masz do swego rozporządzenia środki nieograniczone, których udzieliło ci stowarzyszenie dla zapewnienia naszej sprawie powodzenia i triumfu. Długo wahaliśmy się w wątpliwościach, widząc takiego Richelieu, taką Dubarry, takiego Rohan i innych nieprzyjaciół u ciebie. Wypowiedziałeś na ostatniem zebraniu, przy ulicy Plâtrière mowę, pełną zręcznych paradoksów, która utrzymała nas w przekonaniu, że odgrywasz tylko zręcznie swą rolę, pochlebiając magnatom i obcując z przedstawicielami tej rasy niepoprawnej, która musi być zgładzona ze świata. Tolerowaliśmy długo niezrozumiałe twe postępowanie, aż nareszcie nastąpiło rozczarowanie.
Balsamo zachowywał wciąż swą nieruchomość i nieczułość, tak, że zaczynało to już drażnić prezydującego.
— Przed trzema dniami, podpisał król pięć wyroków skazujących, na więzienie. Sartines ich zażądał; natychmiast po podpisaniu, zostały wykonane na pięciu naszych agentach, braciach bardzo wiernych i oddanych, mieszkających w Paryżu. Wszyscy pięciu zostali aresztowani i odstawieni: dwaj do Bastylji, dwaj do Vincennes, a jeden do Bicêtre. Czy było ci to wiadomem?
— Nie odrzekł Balsamo.
— To szczególne, przy stosunkach, które utrzymujesz, jak wiemy, z dostojnikami państwa. Ale szczególniejsze jeszcze jest to...
Balsamo słuchał.
— Że de Sartines, aby aresztować tych pięciu wiernych stowarzyszonych, musiał mieć jedyny dokument, na którym znajdowały się nazwiska tych ofiar. Dokument ten został tobie wręczony przez najwyższą radę w r. 1769, i ty właśnie miałeś przyjąć do zgromadzenia nowych członków i udzielić stopnia, jaki im Najwyższa rada wyznaczyła.
Balsamo dał do zrozumienia ruchem, że nic sobie nie przypomina.
— Dopomogę twej pamięci. Pięciu, o których idzie, było oznaczonych pięcioma literami arabskiemi, a litery te na dokumencie, tobie wręczonym, zgadzały się z imionami nowych braci.
— Być może — rzeki Balsamo.
— Więc przyznajesz?
— Jak pan chce.
Przewodniczący spojrzał na towarzyszy, jakby notując zeznanie.
— Ale na tym dokumencie, uważasz — jedynym, jaki mógł braci skompromitować, było jeszcze szóste nazwisko; czy przypominasz je sobie?
Balsamo nic nie odpowiadał.
— A był nim właśnie: hr. de Fenix!
— Tak — wyrzekł Balsamo.
— Dlaczegóż więc, skoro pięć nazwisk tamtych braci uległo wyrokowi, twoje zostało oszczędzone i pozostało w łasce na dworze oraz na pokojach ministrów? Jeśli tamci bracia zasłużyli sobie na więzienie, to ty również; co masz do odpowiedzenia?
— Nic, zgoła nic.
— A! zgaduję co myślisz; możesz twierdzić, że policja tamtych uwięziła, jako ludzi skromnych, mniej znanych, a czuje się zobowiązaną szanować twoje nazwisko, jako ambasadora, człowieka wpływowego; powiesz nawet, że nie śmiała podejrzewać tego nazwiska.
— Nie, ja nic nie powiem.
— Duma góruje u ciebie nad honorem; tych nazwisk policja jednak nie odkryła przypadkowo, wzięła je z listy, powierzonej ci w zaufaniu przez Radę Najwyższą, a stało się to w taki sposób: Zamknąłeś ją w szkatułce: czyż nie? Pewnego dnia z twego domu wyszła kobieta, niosąc szkatułkę pod pachą; widzieli ją nasi agenci policyjni i śledzili aż do mieszkania naczelnika policji, na przedmieściu Saint-Germain. Mogliśmy byli nieszczęście u źródła wstrzymać, bo zabierając szkatułkę i aresztując tę kobietę, bylibyśmy sobie zapewnili spokój i bezpieczeństwo. Ale myśmy uszanowali artykuły statutu, dające wolność posługiwania się wszelkiemi drogami i środkami pewnym związkowym w interesie stowarzyszenia nawet wtedy, gdyby postępowanie ich miało pozór lekkomyślności lub zdrady.
Balsamo potwierdził to zaledwie widzialnem skinieniem.
— Kobieta ta poszła do naczelnika policji — mówił dalej przewodniczący — wręczyła mu szkatułkę i wszystko zostało wykryte. Czy prawda?
— Najzupełniejsza prawda.
Przewodniczący powstał.
— 1 cóż to była za kobieta? — zawołał. — Piękna, rozkochana, oddana ci ciałem i duszą, przez ciebie gorąco umiłowana, sprytna, zręczna, przebiegła jak anioł ciemności, zesłany do pomocy w złem człowiekowi; była to Lorenza Feliciani, twoja żona Balsamo.
Z piersi Balsama wydobył się jakby ryk rozpaczy.
— Czy przekonany zostałeś? — pytał prezydujący.
— Kończcie — rzekł Balsamo.
— Tak, nie skończyłem jeszcze. W kwadrans po niej i ty wszedłeś do biura naczelnika policji. Ona zasiała zdradę, ty przybywałeś zbierać plony.
Ona, jako uległe ci narzędzie, wzięła na siebie występek, a ty przybywałeś, ażeby ostatecznie uzupełnić niegodne dzieło.
Lorenza wyszła sama. Zapewne nie przyznawałeś się do wspólnictwa i nie chciałeś się kompromitować, towarzysząc jej. Ty zaś, wyszedłeś triumfujący z panią Dubarry, przysłaną tam zapewne, aby otrzymać z ust twych wyznanie, za które kazałeś sobie sowicie zapłacić. Wsiadłeś z tą nędzną nierządnicą do karety, jak przewoźnik w czółno z jawnogrzesznicą Marją Egipcjanką; zostawiłeś listę i dokumenty, które nas miały zgubić, lecz pamiętałeś o zabraniu z sobą szkatułki, która wobec nas mogła cię zgubić. Na szczęście wiedzieliśmy, co o tem sądzić!.. Światło niebieskie oświeca nas w niektórych razach.
Balsamo pochylił się, nic nie mówiąc.
— Teraz mogę zakończyć — dodał przewodniczący. Dwoje winnych zostało skazanych. Kobieta, twoja wspólniczka, współwinowajczyni, w zasadzie może niewinna, ale która faktycznie zadała cios naszej sprawie, zdradzając nasze tajemnice. Drugą osobą jesteś ty, ty wielki mistrz, wielki Kofta; ty w świetlanych promieniach stojący, a zdolny zniżyć się do podłości zastawiania się tą kobietą, aby zdrada twoja mniej w oczy biła...
Balsamo podniósł zwolna głowę i wlepił w mówiącego spojrzenie, błyszczące ogniem, tłumionym od początku badania.
— Dlaczegóż oskarżacie tę kobietę? — rzekł.
— O! wiedzieliśmy, że będziesz się starał ją uniewinnić; wiemy, że ją kochasz do szaleństwa, że przekładasz nad wszystko. Wiemy, że ona dla ciebie jest skarbnicą wiedzy, szczęścia, fortuny; wiemy że ona dla ciebie jest narzędziem nadziemskiem.
— Więc wiecie to? — zapytał Balsamo.
— Tak, wiemy i właśnie dotkniemy cię stokroć więcej przez jej los, niż przez twój własny.
— Skończcie...
Prezydujący powstał.
— Oto wyrok: Józef Balsamo został uznany za zdrajcę, nie dotrzymał przysięgi; lecz że wiedza jego jest olbrzymią, że jest użyteczny dla stowarzyszenia, więc Balsamo ma żyć i żyć będzie dla sprawy, którą zdradził; należy i nadal do braci, których się zaparł.
— O! o! — zamruczał ponuro Balsamo.
— Dożywotnie więzienie będzie zabezpieczało stowarzyszenie od dalszych jego zdrad, dozwalając jednakże korzystać z usług, jakich władza najwyższa ma prawo żądać od każdego z braci.
— Co do Lorenzy Feliciani, kara straszna...
— Wstrzymajcie się — rzekł Balsamo z największym spokojem w głosie.
Zapominacie, że nie broniłem się dotąd wcale... oskarżony powinien być wysłuchany, jeśli ma co na swą obronę. Mnie jedno słówko, jeden dowód starczy. Wstrzymajcie się małą chwilkę, a dostarczę wam tego dowodu.
Delegowani jakby się radzili spojrzeniem.
— Jakto, może boicie się, abym sobie życia nie odebrał? O! nie lękajcie się — rzekł z gorzkim uśmiechem. Gdybym był chciał, byłbym to mógł już uczynić. Wystarczyłoby otworzyć teno to pierścień, abyśmy wszyscy, jak tu jesteśmy, życie stracili. A może się boicie, abym nie uciekł?... każcie mi zatem towarzyszyć.
— Idź — rzekł prezydujący.
Balsamo zniknął; za chwilę usłyszano jak zstępował ciężko po schodach i ukazał się w drzwiach. Przez ramię zwieszał mu się zimny, zesztywniały, trup Lorenzy.
— Ta kobieta, którą ubóstwiałem, ta kobieta, która była moim skarbem, mojem jedynem dobrem na ziemi, mojem życiem, ta kobieta, która was zdradziła jak mówicie; oto macie ją! Bóg nie czekał na was z wymierzeniem kary — dodał z gorzkim uśmiechem.
I zsunął ze swych ramion trupa, który potoczył się do stóp sędziów, dotykając ich zesztywniałemi rękami i bogatą falą splotów, podczas kiedy przy świetle lamp przerażonym oczom przybyłych wyraźnie przedstawiła się czerwona głęboka rana na łabędziej szyi.
— Wyrokujcie teraz!
Sędziowie wydali okrzyk zgrozy, a ogarnięci przerażeniem uciekli w najwyższem pomieszaniu. Za chwilę rżenie i tętent koni rozległ się w podwórzu i znów grobowa i uroczysta cisza zapanowała w tym przybytku śmierci i rozpaczy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.