Józef Balsamo/Tom X/Rozdział CXXXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom X
Pobierz jako: Pobierz Cały tom X jako ePub Pobierz Cały tom X jako PDF Pobierz Cały tom X jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXXXIII
CZŁOWIEK I BÓG

Godziny, te zgodne siostrzyce, trzymające się zawsze za ręce, tak wolno wlokące się dla nieszczęśliwych, a tak chyżo ulatujące człowiekowi szczęśliwemu — długie godziny ubiegały nad tą komnatą, pełną jęków i westchnień.
Z jednej strony śmierć, z drugiej konanie, pośrodku rozpacz straszna, jak konanie, a jak śmierć głęboka.
Balsamo nie wydał najmniejszego głosu od chwili strasznego okrzyku, który mu rozdarł piersi. Od piorunującego odkrycia, które zabiło nagle dziką radość Althotasa, Balsamo się nie poruszył.
Althotas nie spuszczał wzroku z rozbitej flaszeczki, obrazu jego unicestwionych nadziej; zdawało się, jakby liczył tysiączne szczątki, które rozpryskując się, dni życia jego skróciły; zdawało się, jakby samem spojrzeniem chciał wciągnąć w siebie ten płyn, w którym widział swoją nieśmiertelność.
Chwilami, kiedy cierpienie rozczarowania dręczyło go za bardzo, przenosił zagasły wzrok na Balsama, a z niego na trupa Lorenzy.
Podobny był do zwierzęcia, schwytanego w samotrzask, które, pchnięte nożem myśliwskim, podnosi śmiało krwawy wzrok, pełen nienawiści i zemsty, pełen wymówki i zdumienia.
— Czyż podobna — zdawało się mówić spojrzenie starca, tak jeszcze wyraziste — czyż podobna, aby takie nieszczęście, taki zawód, taki cios spotykał mnie z powodu tak mizernej istoty, jak ten człowiek, klęczący o cztery kroki ode mnie, przy tak pospolitym przedmiocie, jak ta umarła kobieta?.. Czyż to nie jest przewrót natury, wstrząśnienie nauki, zaćmienie rozumu, aby uczeń tak pospolity, nadużył zaufania — takiego jak ja — mistrza?... Czyż to nie jest wreszcie potworne, aby źdźbło prochu zatrzymało koło wspaniałego wozu w jego biegu wszechpotężnym, nieśmiertelnym?...
Balsamo był złamany, oniemiały, bez ruchu, prawie bez życia; żadna myśl ludzka nie powstała jeszcze w jego mózgu.
Jego Lorenza!... jego żona, jego bóstwo, istota podwójnie mu droga, jako jego anioł opiekuńczy i jego kochanka!... Lorenza, jego szczęście i jego sława, jego teraźniejszość i przyszłość, jego siła i wiara... Lorenza, jego wszystko co ukochał, czego pragnął, na czem dumę swą zasadzał... Lorenza, była dlań na wieki stracona!...
Nie krzyczał, nie płakał, nie wzdychał nawet.
Nie mógł się jeszcze pogodzić z myślą, że tak straszny cios spadł na niego.
Podobny był do nieszczęśliwych, zaskoczonych w łóżku — wśród nocy — powodzią, do nieszczęśliwych, którym się śni, że woda ich zalewa. Budzą się, otwierają oczy, widzą tuż przy głowie szumiące bałwany i nie mają nawet czasu krzyknąć w tej krótkiej chwili walki, między życiem a śmiercią.
Przez trzy godziny Balsamo był jakby martwy, w niezmiernym swym bólu brał wszystko za ponury sen, żywcem pogrzebanego.
Dla niego nie istniał już Althotas, nie było zatem nienawiści i zemsty.
Dla niego nie istniała już Lorenza, nie było zatem życia i miłości.
Sen, nicość, ciemność!...
Ponuro, cicho, jak w grobie uchodził czas w tem strasznem miejscu, gdzie stygła przelana krew.
Naraz, wśród głuchej ciszy nocnej, rozległ się trzykrotnie dźwięk dzwonka; Fryc wiedział widocznie, że pan jego był u Althotasa, bo dzwonił do tego pokoju Próżne były jednakże jego usiłowania; dźwięki rozchodziły się i ginęły w przestrzeni. Balsamo nie podniósł wcale głowy.
W kilka minut takie samo dzwonienie, tylko bardziej naglące, znów się rozległo, nie wyrwało jednak Balsama ze stanu nieczułości.
Potem powtarzało się w odstępach miarowych, coraz krótszych, ale coraz było gwałtowniejsze, niecierpliwsze, głośniejsze.
Balsamo, nie poruszając się, wzniósł wolno oczy i skierował je w przestrzeń, milczącą jak grób, z którego jakby powstał.
Tak musiał patrzeć Łazarz, gdy nań głos Chrystusa trzykrotnie zawołał.
Dzwonek nie przestał dzwonić. Siła jego wciąż wzrastająca, znużyła wreszcie kochanka Lorenzy. Puścił jej rękę; wszelkie ciepło opuściło jego ciało, nie zdołało jednak udzielić go Lorenzy.
— Albo wielka dobra nowina, albo wielkie niebezpieczeństwo; daj Boże, aby było to ostatnie!... — rzekł Balsamo.
I powstał.
— Ale pocóż miałbym odpowiadać na te wzywania, czy mnie jeszcze może co dziś obchodzić lub niepokoić na świecie?...
A dzwonek, jakby w odpowiedzi, z taką brutalną siłą zaczął bić sercem spiżowem o bronzowe ściany, że się oderwał nagle, upadł na wielki klosz szklany i wszystko z metalicznym trzaskiem rozsypało się po pokoju.
Balsamo nie zwlekał dłużej; szło mu zresztą o to, aby nikt, nawet Fryc, tutaj go nie szukał.
Podszedł zwolna do sprężyny, umieścił się na windzie i opuścił do komnaty, wybitej futrami.
Przechodząc koło sofy, dotknął się białego okrycia, które spadło z ramion Lorenzy, w chwili, w której okrutny starzec, niemiłosierny jak śmierć, uniósł ją ze sobą.
Dotknięcie to wstrząsnęło boleśnie całem ciałem Balsama.
Porwał szal, przycisnął do ust, tłumiąc jęki i okrywając pocałunkami wonną i miękką tkaninę.
Potem zwrócił się ku drzwiom i otworzył je raptownie.
Na najwyższym stopniu schodów stał Fryc, blady, dyszący, z pochodnią w jednej, a sznurem od dzwonka w drugiej ręce, którym jeszcze machinalnie, pod wpływem przerażenia i niecierpliwości, szarpał i targał.
Na widok pana wydał okrzyk zadowolenia a następnie drugi, zdziwienia i zgrozy.
Balsamo, nie dochodząc przyczyny tego podwójnego okrzyku Fryca, zwrócił się doń z zapytaniem.
Fryc nie odrzekł nic, ale pomimo zwykłego szacunku, jaki miał dla Balsama, ujął go za rękę i poprowadził do wielkiego weneckiego zwierciadła, zawieszonego nad kominkiem, przez który przechodziło się do pokoju Lorenzy.
— Spojrzyjcie ekscelencjo!... — wyjąkał.
Balsamo wstrząsnął się cały.
Potem uśmiech, jeden z tych uśmiechów grobowych, które są dziećmi bólu i rozpaczy bezgranicznej, przebiegł mu po twarzy.
Zrozumiał przestrach Fryca.
Zestarzał się o dwadzieścia lat w ciągu godziny. Oczy mu przygasły, krew uciekła z twarzy, wyraz jakby obłędu i nieczułości rozlany był w rysach, krwawa piana zwilżyła mu usta, a czerwona plama krwi na koszuli, rażąco się odbijała od śnieżnej jej białości.
Balsamo nie mógł sam się poznać; długo zatrzymał wzrok na osobie, odbitej w zwierciadle.
— Tak, masz rację Fryc, tak... tak...
Widząc zaś niepokój wiernego sługi — dodał:
— Poco mnie wzywałeś?... mój drogi.
— Do nich panie!...
— Do nich?...
— Tak.
— Co to za oni?...
— Ekscelencjo... wyszeptał Fryc, pochylając się do ucha Balsama, do tych pięciu...
Balsamo zadrżał.
— Wszyscy są? — zapytał.
— Wszyscy.
— Tam?...
— Tak.
— Sami?...
— Nie; każdemu towarzyszy zbrojny służący, czekający w podwórzu..
Balsamo, nie zastanowiwszy się ani chwili, nie poprawiwszy nic w swym wyglądzie, nie pomyślawszy nawet o przykryciu krwawej plamy koronkami żabotu, zaczął schodzić ze schodów, zapytawszy tylko Fryca, czy ich sprowadził do sali, czy do gabinetu.
— Do sali — objaśnił Fryc, idący za panem.
Na końcu schodów odważył się go zatrzymać.
— Czy wasza ekscelencja nie da mi jakich rozkazów? — zapytał.
— Żadnych, Fryc.
— Wasza ekscelencjo... — wyjąkał jeszcze sługa.
— Czego chcesz? — zapytał Balsamo łagodnie.
— Wasza ekscelencja idzie do nich bez broni?
— Tak, bez broni.
— Nawet bez szpady?
— I pocóź miałbym brać szpadę?
— Nie wiem, nie wiem — mruczał wierny sługa sądziłem... myślałem... bałem się...
— No, dobrze, możesz już iść, Fryc.
Sługa postąpił kilka kroków, podług rozkazu zawrócił się znowu.
— Czy nie słyszałeś, co powiedziałem?
— Ekscelencjo! chciałem przypomnieć, że pistolety nabite są w hebanowej szkatułce na złoconym stoliku.
— Idź już, idź! — odrzekł — Balsamo i wszedł do sali.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.