Józef Balsamo/Tom VIII/Rozdział XCIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XCIX
D’AIGUILLON SIĘ ODBIJA

Nazajutrz, po owym fatalnym dniu, Richelieu wybierał się do Wersalu, gdy do gabinetu wszedł Rafté z listem w ręku. Sekretarz obracał list z pewnym niepokojem, który się udzielił i jego panu.
— Co tam znowu? — zapytał marszałek.
— Przypuszczam, że to musi być coś niemiłego. List.
— Dlaczego, koniecznie, wyobrażasz sobie coś złego?
— Bo list pochodzi od księcia d’Aiguillon.
— A, od mego siostrzeńca.
— Tak, marszałku. Przyniósł go woźny z parlamentu. Od dziesięciu minut obracam papier w ręku i jakoś mam złe przeczucia.
— Nie jestem tchórzem, dawaj!..
— Uprzedzam pana, że woźny roześmiał mi się prosto w nos.
— Do djabła! to nieczysta sprawa, no dawajże.
Richelieu złamał pieczątkę.
— O! masz marszałku wcale niewesołą minę rzekł Rafté, obserwujący księcia.
— Czy to możebne!? — szepnął marszałek.
— To coś ważnego.
— Zachwycający jesteś, doprawdy, mój stary!
— Zatem nie omyliłem się?
— Hm... król jest dobrym — mówił Richelieu, czytając dalej.
— Mianował pana d’Aiguillon ministrem?
— Coś lepszego.
— Cóż zatem?
— Czytaj.
Rafté pochwycił gorączkowo list, napisany własnoręcznie przez księcia d’Aiguillon i przeczytał, co następuje:

Drogi wuju!

„Usłuchałem cię i opowiedziałem twoje zmartwienie pani Dubarry. Kochana hrabina, serdecznie nam sprzyjająca, natychmiast zakomunikowała tę wiadomość Jego Królewskiej Mości, który też uznał postępowanie parlamentu za niesprawiedliwe i wyrok, zawieszający mnie w czynnościach para Francji, zniósł zupełnie.
Wiedząc, jak cię ta wiadomość ucieszy, drogi wuju, dzielę się nią z tobą pierwszym, i posyłam ci postanowienie królewskie. Możesz je zatrzymać, gdyż jest to kopja. Dziękując raz jeszcze za radę, pozostaję kochającym siostrzeńcem

Książę d’Aiguillon.

— Najwyraźniej drwi z nas! — wykrzyknął Richelieu.
— Na to wygląda.
— I król! króli rzuca się w to gniazdo os!
— Czyż nie powiedziałem tego wczoraj jeszcze?
— Nie przeczyłem ci wcale, panie Rafté, ale dowodziłem, że się potrafi wycofać.
— Koniec końcem, parlament pobity.
— A ja wraz z nim!
— O! tak jest, ale to tylko tymczasem!
— Na zawsze! wczoraj miałem przeczucie czegoś złego, ale pocieszałeś mnie i dowodziłeś tak rozumnie...
— Za prędko kapitulujesz, marszałku.
— Jesteś głupcem, panie Rafté. Nie pojmujesz, jakie to upokorzenie dla mnie, być zależnym od pani Dubarry, od jej zacnego braciszka i panny Chon. Piękne widoki! brr... już zdaje mi się, że widzę murzyna zajadającego cukierki. Do licha! To mnie do wściekłości doprowadzi.
— Do wściekłości?
— Naturalnie!
— Nie trzeba więc było intrygować — podjął filozoficznie sekretarz.
— Tyś mnie do tego popchnął, mój panie.
— Ja?
— Tak.
— A to coś nowego! A cóż by mi szkodziło, gdyby siostrzeniec pański został był ministrem, lub parem Francji? Chyba mnie to nie obchodzi, tembardziej, że dosyć lubię księcia d’Aiguillon.
— Jesteś impertynentem, Rafté.
— Słyszą to od pana od lat czterdziestu dziewięciu.
Nie przestanę cię tak nazywać i nadal.
— Ale już nie przez czterdzieści dziewięć lat; to mnie pociesza.
— Tak się mną interesujesz, panie Rafté.
— Panem bardzo, ale nie głupstwami, jakie pan teraz wyprawiasz. Tak, tak, książę, zrobiłeś kapitalne głupstwo.
— Wytłumacz się natychmiast, mój kochany. Jeżeli będziesz miał słuszność, to ci ją chętnie przyznam.
— Chciałeś się zemścić, książę, chciałeś poniżyć swego siostrzeńca za jakąbądź cenę — to powinieneś był domyślić się odrazu, że taką satysfakcję trzeba grubo opłacić. Jesteś bogatym, książę, płać więc!
— A cóżbyś uczynił na mojem miejscu? — panie filozofie?
— Nic... czekałbym cierpliwie. Ale pana trawiła zazdrość, że książę d’Aiguillon wydał się pani Dubarry młodszym i piękniejszym niż pan.
Marszałek mruknął coś niewyraźnie.
— Parlament — ciągnął dalej sekretarz — wystąpił przeciw Dubarry...
— Dobrze, już dobrze... zbłądziłem, ale ty powinieneś był mnie przestrzec.
— Ja? ja, którego przedstawisz pan wszystkim za swego sobowtóra, ja miałem zapobiec głupstwom, lub nieszczęściu?
— Przepowiadasz nieszczęście, panie czarnoksiężniku?
— Na pewno.
— Jakie?
— Pan jesteś upartym, a d’Aiguillon ma plecy; w dniu, kiedy zostanie ministrem, ty, marszałku, pójdziesz na wygnanie, a może... do Bastylji.
Richelieu z oburzenia upuścił tabakierkę.
— Do Bastylji? — powtórzył, wzruszając ramionami. — Czyż Ludwik XV jest Ludwikiem XIV?
— Nie; lecz pani Dubarry, wraz z księciem d’Aiguillon, zechce może naśladować panią de Maintenon; więc baczność!
— A to miła przepowiednia — odparł książę po długiem milczeniu. — Czytasz w przyszłości, ale co teraz będzie?
— Jesteś za mądry panie marszałku abyś potrzebował czyich rad.
— Może i ty masz ochotę kpić ze mnie?... Cóż, panie żartownisiu?
— Ostrożnie z datami, marszałku, nie należy żartownisiem nazywać człowieka, mającego lat sześćdziesiąt siedem.
— Mniejsza.. wyciągnij mnie tylko z tej matni i to prędkol! prędko!
— Radą?
— Czem ci się podoba.
— Jeszcze nie czas.
— Znowu żartujesz!
— Broń Boże! żartować w tak smutnych okolicznościach!
— Czy już nie czas wystąpić?
— Nie. Może posłać do prezesa d’Aligre?
— Żeby się prędzej wyśmiewano ze mnie?
— Dziwna obawa! Toć święty straciłby cierpliwość z panem! Pozwól mi pan lepiej dokończyć mego planu przeciw Anglji, a sam poradź sobie w tej miłej sprawie.
Richelieu znał napady złego humoru pana Rafté.
Trzeba mu było ustąpić.
— Nie znam się na przenośniach, nakreśl lepiej wyraźny plan działania.
— Słuchaj więc pan.
— Słucham.
— Poślij pan zaraz do pana d’Aligre — mówił Rafté ostrym tonem — list księcia d’Aiguillon, przyłączywszy doń i dekret królewski. Poczekamy, musimy się dowiedzieć, co parlament postanowi, nastąpi to natychmiast po odczytaniu naszej posyłki. Potem pojedzie pan do pańskiego plenipotenta, pana Flageot.
— Do kogo? — spytał Richelieu. Znów ten Flageot! Niech djabli porwą tego twego Flageot! Ja mam mu składać wizytę?
— Miałem już honor objaśnić pana, że Flageot jest pańskim plenipotentem.
— Cóż ma jedno do drugiego?
— Nic prostszego. Ma on, jako pełnomocnik, różne sprawy i jaśnie oświecony książę marszałek Richelieu przyjdzie się o nie dowiedzieć.
— Jutro?
— Tak, jutro.
— Ależ w tem mógłbyś mnie wyręczyć, mój Rafté.
— Nie, nie; gdyby Flageot był prostym gryzipiórkiem, mógłbym z nim mówić, jak z równym sobie, lecz od jutra, ten Flageot, ma się stać biczem na króla, — Atyllą — tak, tak, ani mniej ani więcej; nie ubliża więc nawet parowi Francji naradzać się z tak możną osobistością — wszak jest prokuratorem.
— Czy mówisz na serjo?
— Jutro przekonasz się o tem.
— Czy to nastąpi podczas moich odwiedzin u tego Flageot?
— Nie uprzedzajmy wypadków. Dobranoc, książę. Pamiętaj pan: list do pana d’Aligre, a jutro wizyta u Flageot. Ach! adres... stangret wie już, nieraz mnie tam woził.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.