Józef Balsamo/Tom VIII/Rozdział XCIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XCIV
PAN DE RICHELIEU OCENIA NICOLINĘ

Richelieu udał się wprost do pana de Taverney. Dzięki przywilejowi, jaki posiadają powieściopisarze, przywilejowi wkradania się wszędzie, wejdziemy za nim do mieszkania barona. Widzimy go, siedzącego przed kominkiem i głaszczącego po twarzy Nicolinę. Nie przesądzamy, czy ta pieszczota była jej miłą, lub wstrętną, w każdym razie przyjmowała ją, — to dosyć.
Gawędka między panem a służącą była bardzo poufałą, treścią jej było nieposłuszeństwo subretki.
Baron zarzucał jej, że nigdy nie przychodzi kiedy ją woła, naco młoda dziewczyna odparła z wymówką.
— Nudzę się tutaj okropnie! Obiecano mi, że będę razem z panienką w Trianon!
Zapewne zamiast odpowiedzi, pan de Taverney obdarzył ją pieszczotą. Nicolina nie dawała się pocieszyć.
— Nudzę się, nudzę piekielnie! Zamknęliście mnie w tym szkaradnym domu, gdzie nie mam ani towarzystwa, ani nawet powietrza. Myślałam, że się rozerwę, a tymczasem...
— Gdzie?
— W Trianon! — krzyknęła Nicolina — w Trianon, gdziebym widziała dwór, zbytek, przepych, gdziebym patrzyć miała na co i gdzieby się na mnie patrzono!
— Oj! mała — pogroził jej baron.
— Jestem, mój panie, kobietą, wcale nie gorszą od innych.
— Do djabła, jakaś ty rezolutna, gdybym miał lat dwadzieścia!
Taverney z zazdrością spoglądał na młodość i pełnię życia.
— No, idź pan już spać, późno już, jabym także chciała już iść do siebie.
— Jeszcze słówko, Nicolino.
Naraz dzwonek odezwał się w przedpokoju.
— Kto to być może? Idź no zobacz, tylko prędko.
Nicolina nie dała sobie tego rozkazu dwa razy powtórzyć. Wybiegła z pokoju i otworzyła drzwi.
— Ho! ho!... to ten szelma Taverney takiego ptaszka posiada! A mówił mi tylko o piękności swej córki! — szepnął do siebie Richelieu.
Książę należał do kategorji ludzi, oceniających piękność kobiecą od pierwszego rzutu oka. Spostrzegłszy zgrabną figurkę, zęby białe jak perełki, oczy żywe, jak iskry, zdawało mu się, że zna już usposobienie i gusta tej kobiety.
Nicolina oznajmiła, nie bez wzruszenia:
— Książę de Richelieu.
Taverney, z najwyższem zdumieniem, zerwał się z miejsca: Richelieu!... nie dowierzał swym własnym uszom. Książę nie dał czekać na siebie i wszedł do pokoju.
— Ty, książę u mnie? — wyjąkał pan domu.
— Tak jest, drogi przyjacielu!... — odrzekł marszałek najsłodszym głosem. — Dziwi cię to, po wizycie u mnie, nieprawdaż?... A jednak to ja jestem, przywitaj się ze mną... No, cóż tak patrzysz? znać, żeś lata całe przesiedział zdala od dworu. Starzejesz się, mój drogi, tracisz kontenans.
Mówiąc to, oddał Nicolinie kapelusz i laskę i siadł w fotelu.
— Zdaje mi się, Mości książę, że przyjęcie, jakiego u ciebie doznałem, było tak wyraźnie...
— Aroganckie, chcesz powiedzieć, czy tak?... Słuchaj-no, baronie, sprawowałeś się owego ranka jak uczeń, a ja bakałarz pedant. Nie mówmy najlepiej o tem, przejdźmy raczej do dnia dzisiejszego. Domyślasz się, z czem przychodzę?
— Nie.
— Otóż przynoszę ci coś, czego się nie spodziewasz: król zgodził się na oddanie bataljonu twemu synowi.
— Co takiego?...
— Do djabła!... zrozumiej-że raz różnicę; przedwczoraj byłem niby ministrem i byłoby lekkomyślnością prosić o cokolwiek, dziś nim nie jestem, gdyż odmówiłem tego zaszczytu; jestem tym samym Richelieu’m, co i przedtem; poprosiłem więc, otrzymałem i przychodzę.
— Książę? jak ci mam dziękować?
— Głupstwo, czegóż się nie robi dla przyjaciela? minister odmówił, marszałek usłużył.
— Zachwycasz mnie, słów mi brakuje na wyrażenie wdzięczności!...
— Daj-no pokój.
— Ale skąd król taki łaskaw?
— Król sam nie wie teraz, co robi, a może się mylę, kto to wie?
— Co przez to rozumiesz?
— Mówię, że Ludwik XV ma zapewne powód, aby robić naprzekór pani Dubarry, i bodaj, że owemu powodowi i mnie zawdzięczasz dzisiejszą łaskę.
— Czy tak?
— Napewno. Słyszałeś, prawdopodobnie, że z powodu hrabiny odmówiłem teki...
— Mówiono mi o tem. Ale...
— Nie wierzyłeś temu? Przyznaj otwarcie.
— Rzeczywiście, nie wierzyłem.
— Zdawało ci się zapewne, żem ja nie zdolny do takiego skrupułu? — Mój drogi, starzeję się i podobają mi się piękne kobiety, tylko w razie jeżeli do mnie należą... Zresztą było jeszcze coś innego... ale wróćmy do twego syna, to dzielny chłopak.
— Stosunek jego z Dubarry’m jest bardzo zaostrzony — wiem o tem. Dlatego też nie zostałem ministrem.
— Odmówiłeś, dla przypodobania się memu synowi?
— Wierzaj mi, że i to się także do mego postanowienia przyczyniło. Odmówiłem między innymi także i dlatego, że wymagania Dubarry’ch, którzy rozpoczęli wojnę z twym synem, doszły do niebywałych rozmiarów.
— Gniewasz się z nimi?
— Tak — i nie. Boją się mnie, a ja im na złość zrobię.
— Odważnie to, ale lekkomyślnie.
— Dlaczego?
— Hrabina posiada wpływy potężne.
— E! e!... — odparł Richelieu.
— Co to znaczy, że tak lekceważąco o tem mówisz?...
— Mówię, jak człowiek, który zna słabą stronę tej sprawy, jak człowiek który, gdyby tylko chciał, mógłby podłożyć lont pod minę, i wszystko wysadzić w powietrze.
— Rozumiem. Robisz nam przysługę, aby rozgniewać Dubarry.
— Rzeczywiście, przyznaję się i do tych pobudek. Ale... za pozwoleniem baronie, masz córkę, nieprawdaż?
— Tak...
— Młodą?
— Ma lat szesnaście.
— Ładną?
— Piękną, jak Venus.
— Mieszka w Trianon.
— Znasz ją?
— Cały wieczór byłem z nią razem, mówiłem o niej z królem.
— Z królem?... — Taverney zaczerwienił się z radości.
— Z królem, w jego własnej osobie.
— Jego Królewska Mość, mówił o mej córce, o pannie Andrei de Taverney?!...
— Pożera ją oczyma, mój drogi.
— Czy serjo?...
— Martwi cię to, baronie?
— Mnie?... nie... król pochlebia mi, zachwycając się moją córką, ale...
— Ale co?
— Widzisz, król....
— Jest człowiekiem złych obyczajów, chcesz powiedzieć zapewne.
— Niech mnie Bóg strzeże, abym krytykował króla, ma on prawo robić, co mu się podoba.
— Czemu się więc dziwisz?... Może masz pretensję do panny Andrei, że jest za piękną, lub do króla, że się nią zachwyca?
Taverney milczał. Ruszył ramionami i zamyślił się głęboko. Richelieu przenikał go inkwizytorskiem spojrzeniem.
— Pozwól, że wyjawię ci głośno, nad czem myśl twoja pracuje w tej chwili: Sądzisz, że Ludwik XV zanadto jest przyzwyczajony do łatwych zwycięztw, aby mógł poznać się na twej skromnej Andrei, on, lubiący gryzetki!...
— Jesteś wielkim człowiekiem, marszałku.
— Skąd to wnosisz?
— Bo odgadłeś, o czem myślałem.
— Przyznaj jednak, baronie, że czas już, abyśmy nie potrzebowali obcałowywać rąk, byle jakiej kurtyzanki. My, parowie Francji!... wróćmy nareszcie do naszej sfery, dość mieliśmy już margrabin a la Pompadour, dość nam hrabiny Dubarry, która właściwie jest sobie Joasią z przedmieścia. Pamiętaj, że jeżeli nie przeszkodzimy temu, będziemy zmuszeni bić pokłony przerozmaitym Marysiom. To poniżające dla nas!... Wstyd, aby ludzie, noszący korony w herbach, kłaniali się takim błaźnicom.
— Święta prawda.
— Niema królowej, niema więc i kobiet; niema kobiet, więc brakuje dworaków; król utrzymuje gryzetkę; naród rządzi, przedstawicielką dworu jest panna Joanna Vaubernier.
— Święte słowa.
— Widzisz — ciągnął dalej marszałek, — kobieta, któraby umiała teraz rządzić Francją, miałaby piękną rolę do spełnienia.
— Bezwątpienia — odparł Taverney, któremu serce biło jak młotem — ale na nieszczęście miejsce to zajęte.
— Dla kobiety, która nie posiadając wad kobiet upadłych, ma ich odwagę i zręczność, rozum i piękność, dla takiej kobiety nic niema trudnego. Mówić o niej będą nawet po śmierci. Czy córka twa posiada te zalety? Nadewszystko czy ma spryt?
— Zdaje mi się, że tak.
— No, piękna jest jak bóstwo. Piękna tą pięknością zmysłową, która czaruje mężczyzn i tą słodyczą i niewinnością, która nawet kobietom nakazuje szacunek. Szanuj ten skarb, baronie.
— Mówisz to z zapałem...
— Nic dziwnego, jestem nią oczarowany, gdyby zechciała, ożeniłbym się z nią jutro, pomimo 74 lat. Ale czy jest ona w Trianon stosownie urządzona... obsłużona? Pomyśl, baronie, dziś odprowadzał ją lokaj do domu delfina.
— Cóż chcesz, jestem biedny.
— Biedny, czy bogaty, możesz, musisz jej dostarczyć panny służącej.
Taverney westchnął.
— Wiem, że to potrzebne, ale...
— Jakto, masz ją przecież.
— Baron milczał.
— Co to za młoda dziewczyna, która mi drzwi otworzyła?... śliczne jakieś stworzenie...
— Tak, ale...
— Co za ale?
— Nie mogę jej posłać do Trianon.
— Dlaczego? Zdaje mi się, że byłaby świetną, typową subretką.
— Nie przyjrzałeś się jej, książę.
— Owszem.
— Widocznie niedokładnie, jeśli nie zauważyłeś podobieństwa...
— Do kogo?
— Do... no, przypomnij sobie. Chodź tu mała.
Nicolina weszła natychmiast; swoim zwyczajem podsłuchiwała pode drzwiami.
Książę przyciągnął ją do siebie i przyglądał się jej uważnie; te impertynenckie oględziny nie zażenowały wcale pokojówki.
— Rzeczywiście podobną jest, to prawda — rzekł marszałek.
— Wiesz do kogo i zapewne nie radzisz mi posłać jej do Trianon. Jak dziwnie przypadek zrządził, aby to biedactwo, było podobne do pierwszej damy we Francji.
— Ho! ho! — przerwała ze złością Nicolina — ta dama nie ma zapewne piękniejszych oczu, okrąglejszych ramion i zgrabniejszej figurki od tego biedactwa!
Naturalnie, subretka, zaczerwieniona ze złości, była piękniejszą niż kiedykolwiek.
Książę uścisnął jej rączki i rzekł z uśmiechem pełnym obietnic:
— Baronie, Nicolina rzeczywiście uderzająco przypomina damę, o której wspomniałeś, ale poradzimy temu. Ma włosy popielate cudnego koloru, ma brwi i nosek królewskiego zakroju, ale, powtarzam raz jeszcze, wszystkie te niedokładności, znikną za pół godziny. Nicolino, chcesz być w Trianon?
O! — zawołała piękna dziewczyna.
— Zabiorę cię więc z sobą, moja śliczna, jestem pewien, żę ci się tam poszczęści. Słówko baronie.
— Słucham.
— Odejdź, moje dziecko — rzekł książę do dziewczyny.
Po jej wyjściu marszałek zbliżył się do barona.
— Jeśli tak nalegam, aby twa córka miała służącą, to dlatego jedynie, że to sprawi przyjemność królowi.
Jego Królewska Mość nie lubi biedy.
— Jeśli tak uważasz, niechże Nicolina jutro się tam uda.
— Pozwól, że zabiorę ją dzisiaj z sobą.
— Owszem. Jednak to podobieństwo do delfinowej niepokoi mnie.
— Myślałem o tem. To podobieństwo zniknie w kwadrans; Rafié postara się o to. Biorę to na własną odpowiedzialność. Napisz tylko do córki, że posyłasz jej pokojówkę, która się nazywa Nicolina.
— Czy koniecznie ma nią być Nicolina, a nie inna?...
— Nieodwołalnie; czy ma dosyć sprytu?
— Hm...
— Pisz więc.
— Natychmiast. — Baron napisał bilecik, który oddał księciu.
— A instrukcje?
— Dam je Nicolinie przez drogę, powierzasz mi ją, co?
Taverney uśmiechnął się ironicznie.
— Bierz ją sobie.
— Panienko, spiesz się, jedziemy.
Nicolinie nie trzeba było dwa razy powtarzać rozkazu. W pięć minut zapakowała rzeczy i pofrunęła raczej, niż poszła za marszałkiem Ten pożegnał się serdecznie z przyjacielem, który jeszcze raz dziękował mu w imieniu Filipa Taverney. O Andrei nie było już mowy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.