Józef Balsamo/Tom VI/Rozdział LXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LXIX
POBOJOWISKO

Po wielkich burzach zwykle następuje wielka cisza.
Około godziny drugiej po północy księżyc bladem światłem oświecał okropny obraz. Plac pełen był trupów i strasznie pokaleczonych; jedni leżeli na ziemi, zbici w jakąś masę bezkształtną, inni, oparci o mur lub drzewo, zastygli tak wśród walki o życie. Rowy były pełne ciał, szmat, kawałków powozów połamanych, popiołu i niedopalonych głowni. Był to obraz pobojowiska, na którem śmierć rozciągnęła już swoje panowanie.
Wśród tego pola umarłych, gdzie niegdzie przemykali się złodzieje, obdzierający z czego się dało ciała nieboszczyków, lub też żołnierze, którym powierzono aż do rana straż nad tym tłumem nieboszczyków.
Widać też było ludzi z latarniami w ręku, co wśród stosów trupów szukali ukochanych, których powrotu napróżno w domu oczekiwali. Od chwili do chwili rozlegał się płacz, krzyk przeraźliwy na widok ukochanej twarzy, wykrzywionej męką przedśmiertną — ust milczących na wieki, na których kilka godzin przedtem składali pocałunek.
Tymczasem w samym rogu placu jakiś młody chirurg opatrywał znoszonych mu ciągle rannych, którzy jękiem dawali znak życia.
Ale, rzecz dziwna, człowiek ten, zajęty ratowaniem, wołał na pomocników swoich głosem, w którym drżała nienawiść:
— Przedewszystkiem przynoście tu biedne ofiary z ludu, bogaci sami znajdą sobie ratunek!
Młody człowiek ze zranionem czołem, ze złamaną ręką, zatkniętą pomiędzy guziki surduta, błądził także wśród rannych, schylał się, szukał, odchodził i wracał. Pot zimny lał mu się z czoła, łącząc się z kroplami krwi, płynącemi z rany. Zatrzymał się na chwilę przed ambulansem, a słysząc groźny głos chirurga, rzekł smutno.
— Dlaczego czynisz pan wybór wśród nieszczęśliwych ofiar tej samej katastrofy?
— Bo nikt nie dba o biedaków; pochyl pan swoją latarnię i spojrzyj na plac! na jednego szlachcica setki prostego ludu!
Młody człowiek wskazał na swoją ranę i rękę bezwładną.
— Jestem szlachcicem i rannym wśród tłumu, a jednak, jak pan widzisz, dotąd nie jestem opatrzony.
— Masz pan swój dom, a ponieważ możesz chodzić, wróć tam, poślij ludzi po swego doktora, on opatrzy twoje rany i ani spojrzy na tych nędzarzy.
— Panie, nie przyszedłem tu prosić cię o pomoc, chciałem tylko zapytać, czy nie widziałeś gdzie mojej siostry? Biedne dziecko, lat szesnastu, piękna, w białej sukni... i ona także, choć nie z ludu, zginęła tu w tej strasznej katastrofie.
— Powodem wszystkich nieszczęść ludu jest arystokracja, więc jej nienawidzę; ludzkość ukochałem i dla niej się poświęcam, ale tą ludzkością jest lud, deptany, poniewierany, tratowany przez wasze konie i powozy. Siostry pańskiej nie widziałem nigdzie!
Filip należał do tej licznej arystokratycznej młodzieży, z której łona wyszedł La Fayette, Lameth i wielu innych. Nie pierwszy raz słyszał zasady młodego chirurga, obijające się o jego uszy; nieraz sam nawet wygłaszał podobne teorje. Ale w tej chwili, słysząc je zastosowane do siebie, zadrżał i pomyślał, jak straszne mogą być skutki tych zasad.
Z rozpaczą w sercu, cierpiący fizycznie i moralnie, wlókł się Filip, a z ust jego wyrwało się wołanie:
— Andreo! Andreo! W tejże chwili przechodził koło niego człowiek stary w wyszarzanym surducie; jedną ręką podpierał się na lasce, a w drugiej niósł latarkę. Słysząc głos Filipa, zrozumiał, jak bardzo cierpieć musi i szepnął z westchnieniem:
— Biedny chłopiec!
Ale wyminął go, zajęty poszukiwaniem.
Natychmiast jednak uczuł wyrzuty sumienia, że, przeszedłszy obok tak strasznej boleści, nie spróbował nawet przynieść jej pociechy, choćby słowem współczucia.
— Panie — rzekł — widzę, że błądzimy tu w jednakowym celu i jednakową przejęci boleścią, może wspólnie łatwiej nam będzie odnaleźć, czego szukamy. Widzę, że pan tu dawniej bawi, gdyż latarnia pańska już gaśnie prawie; czy nie mógłby mi pan wskazać miejsca, gdzie najwięcej padło ofiar bo i ja także przyszedłem tu szukać kogoś.
— Niech pan idzie najprzód do wielkiego rowu, tam leży przeszło pięćdziesiąt ciał.
— Pięćdziesiąt! mój Boże! tyle ofiar jednej uroczystości!
— Tak, bardzo wiele ofiar!... Obejrzałem tu już mnóstwo trupów, a odnaleźć nie mogę mojej siostry.
— Pan poszukuje siostry?
— Była ze mną w tej stronie, obok kamiennej ławki; miejsce znalazłem, ale jej ani śladu. Rozpocznę znów poszukiwania od tej strony bastjonu.
— W którą stronę zwrócił się tłum po wybuchu?
— Ku nowym budynkom, w stronę ulicy Magdaleny.
— To musi być w tej stronie?
— Naturalnie, tu też najpierw czyniłem poszukiwania; ale biedna kobieta, przestraszona, nieprzytomna, mogła być gdziekolwiek przez tłum popchniętą.
— Niepodobna, panie, aby mogła iść w inną stronę, siłby jej nie stało; pójdź pan ze mną, ja w tę stronę idę na poszukiwania; wspólnemi siłami, może ich odnajdziemy.
— Kogo pan szuka? Może syna?
— Nie, panie, ale chłopca, którego kocham, jak własne dziecko.
— Pan go tu puścił samego?
— To już nie dziecko, ale młodzieniec lat osiemnastu, czy dziewiętnastu. Jest panem swej woli; chciał iść i poszedł. Wreszcie któż mógł przewidzieć to straszne nieszczęście?... Pańska świeca gaśnie.
— Tak, panie.
— Chodź pan ze mną, będę ci świecił.
— Dziękuję, ale może będę panu przeszkadzał?
— Wszak sam szukać muszę, razem będziemy oglądali nieszczęśliwe ofiary. Biedny chłopiec wracał zwykle bardzo punktualnie; dziś czekałem nań do jedenastej, byłem niespokojny o niego; żona dowiedziała się od sąsiadki o tej katastrofie. Nie widząc go zpowrotem, poszedłem szukać, przecież nie mogłem być tak podłym, aby się spokojnie spać położyć, nie mając o nim wiadomości.
— Pójdziemy zatem w stronę zabudowań? — zapytał Filip.
— Wszak pan mówił, że tłum rzucił się w tę stronę; biedne dziecko, przybył z prowincji; Paryża nie zna wcale, może pierwszy raz znalazł się w tej stronie.
— Niestety! i siostra moja przybyła również niedawno do Paryża.
— Co za okropny widok! — rzekł starzec, odwracając oczy od stosu leżących trupów.
— A jednak tu szukać nam wypada — rzekł Filip, zbliżając latarką i pochylając się nad ciałami.
— Drżą cały, patrząc na to; jam prosty człowiek, panie, a zniszczenie przejmuje mnie trwogą, której zwyciężyć nie mogą.
— Doznawałem tego samego uczucia, ale dziś przyzwyczaiłem się już wśród tego nieszczęścia. Patrz pan, młody chłopiec! musiał być uduszony, bo nie widać na nim żadnej rany! czy to nie ten, którego pan szuka?...
— Nie, panie, mój jest młodszy, brunet, blady.
— Niestety, wszyscy, których tu widzieć można, są bardzo bladzi — rzekł smutno Filip.
— O, panie! spojrzyj, co za straszna walka odbywać się musiała pod tym murem, ile krwi, szmaty ubrania wiszą na kratach. Niewiadomo doprawdy, w którą zwrócić się stroną.
— To tu, tu pewnie być musiało...
— Co cierpień, co mąki!...
— O Boże! — zawołał Filip, tam coś bieli sią!... siostra moja miała białą suknią na sobie... proszą cię poświeć mi, panie...
Filip w tej chwili chwycił kawałek białej materji, ale puścił go, mogąc posługiwać się tylko jedną ręką.
— Kawałek sukni kobiecej w ręku młodego człowieka... może to suknia mojej siostry... O, Andreo... Andreo! — jęknął boleśnie, zanosząc się od płaczu.
Starzec zbliżył się, kierując światło latarni na twarz młodego człowieka.
— To on! — zawołał wyciągając ręce.
Filip zwrócił się, spojrzał machinalnie.
— Gilbert!... — zawołał zdziwiony.
— Pan zna Gilberta?
— Pan szukał Gilberta?
Oba zapytania równocześnie były zadane.
Starzec wziął za rękę Gilberta. Była zimna jak lód.
Filip rozpiął ubranie młodego człowieka i przyłożył rękę do serca.
— Biedny Gilbert! — westchnął Filip.
— Moje biedne dziecko! — boleśnie szepnął starzec.
— Gilbert oddycha! żyje! — zawołał Filip.
— Pan ma nadzieję?...
— Jestem pewny, serce jego bije.
— To prawda! — rzekł starzec. — Na pomoc! ratunku! wszak tam jest chirurg!... — wołał starzec.
— Ratujmy go sami! przed chwilą prosiłem go, aby mi opatrzył rany, odmówił.
— Będzie musiał zająć się mojem dzieckiem! — krzyknął starzec rozpaczliwie. Pomóż mi pan tylko, żebym mógł do niego dociągnąć Gilberta.
— Jedną tylko mam rękę — rzekł Filip — pomogę nią wiele sił starczy.
— A ja, choć stary, będę silnym.
Starzec wziął Gilberta pod ręce, Filip obie nogi ujął pod pachę prawej ręki i tak stanęli przed ambulansem, gdzie młody chirurg opatrywał rannych.
— Ratunku! ratunku! — wołał starzec.
— Pierwszeństwo dla ludu! — odrzekł operator, wierny swojej zasadzie.
— To człowiek z ludu — zawołał starzec.
— Niech czeka, aż skończę z kobietami, te są słabsze; niech czekają mężczyźni.
— Jemu tylko krew puścić potrzeba, proszę cię, panie, ratuj dziecko!
Operator spojrzał, a spostrzegłszy Filipa, zwrócił się do niego.
— Jeszcze pan tu, panie szlachcicu?
Filip nie odrzekł ani słowa. Starzec myślał, że młody doktór mówi do niego:
— Nie jestem wcale szlachcicem, jestem dzieckiem ludu; nazywam się Jan-Jakób Rousseau.
Doktór wydał okrzyk zdziwienia i zawołał z giestem rozkazującym:
Puścić tu zaraz obywatela Genewy, człowieka, który wielbi lud i naturę!
— Dziękuję panu — rzekł Rousseau.
— Jakiej pan potrzebuje pomocy? Co się panu stało? — pytał młody doktór.
— Mnie nic nie potrzeba, tylko ratuj pan tego chłopca.
Złożono na stole zemdlonego Gilberta.
Doktór zbliżył się do chorego. Filip usunął się na bok i patrzył na filozofa, którego był wielbicielem.
Rousseau teraz dopiero spojrzał na młodego chirurga. Był to człowiek niewiele starszy od Gilberta, ale nic nie cechowało młodości w jego rysach. Cerę miał żółtą i zwiędłą jak u starca, powieki opadały mu na oczy o jadowitem spojrzeniu, a usta miał wykrzywione jak w konwulsjach.
Ręce obnażone do łokcia, cały obryzgany krwią ludzką, otoczony kawałkami ciała, porozrzucanemi wokoło, przedstawiał raczej obraz kata, z przyjemnością spełniającego swoje obowiązki, niż doktora, poświęcającego się cierpiącej ludzkości.
Jednak w obecności Rousseau porzucił ton grubjański, a nawet dość łagodnie zbliżył się do Gilberta, podniósł ostrożnie rękaw, obandażował rękę i lancetem dotknął arterji.
Krew z początku sączyła się bardzo wolno, ale po kilku sekundach popłynęła obficiej.
— Będzie żył pański protegowany, ale stan jego wymaga pewnych starań, piersi ma silnie zgniecione.
— Pozostaje mi tylko podziękować panu za jego poświęcenie się dla ubogich, ale pozwoli mi pan powiedzieć sobie, że nie podzielani jego bezwzględności. Wszyscy ludzie są braćmi.
— Jakto, nawet szlachta, nawet arystokracja, nawet bogacze? — zapytał doktór, a wzrok jego błysnął złowrogo z pod obrzękłych powiek.
— Nawet bogacze, szlachta, arystokracja, gdy cierpią — odparł spokojnie Rousseau.
— Przepraszam pana, ale jestem Szwajcarem, rodem z Baudry niedaleko Neuchâtelu i, jako taki, jestem demokratą.
— Jesteś pan Szwajcarem, moim rodakiem? proszę, powiedz mi pan swoje nazwisko.
— Nazwisko moje pospolite, nazwisko człowieka z ludu, który życie swoje poświęcił nauce, dopóki nie zdoła, jak ty panie, pracować dla uszczęśliwienia ludzkości. Nazywam się Jan-Paweł Marat.
— Dziękuję ci raz jeszcze, panie Marat, ale zechciej zwrócić uwagę na przestrogę, którą jako młodemu dać ci się ośmielę. Oświecając lud, dając mu poznać, do czego ma prawo, nie popychaj go do zemsty, nie wyobrażasz sobie bowiem, jak straszne to skutki mieć może w danej chwili.
Na skrzywionych wargach Marata osiadł uśmiech złowieszczy.
— Obym mógł dożyć tej chwili... jeśli będę miał szczęście jej dożyć...
Rousseau usłyszał te słowa, a głos Marata, pełen strasznej nienawiści, przejął go dreszczem.
Podobnego wrażenia doznaje podróżny, słysząc pierwsze grzmoty, zapowiadające nadchodzącą burzę. Chciał wziąć Gilberta na ręce i odejść.
— Dwóch ludzi dobrej woli, z ludu! do pomocy dla pana Rousseau — zawołał chirurg.
Dziesięciu ludzi stanęło na wezwanie.
Dwóch krzepkich posłańców ujęło na ręce Gilberta, Rousseau wskazywał im drogę.
Przechodząc obok Filipa, oddał mu swoją latarnię.
— Weź ją pan, mnie już niepotrzebna.
Filip pochwycił latarnię:
— Dziękuję ci, panie! — zawołał i na nowo rozpoczął poszukiwania.
— Biedny chłopiec! — rzekł Rousseau głosem, pełnym współczucia. — Biedny chłopiec!
I szedł dalej przejęty trwogą, słysząc wśród ciszy nocnej donośny głos chirurga, wznoszący się ponad tym żałobnym obrazem:
— Ludzi z ludu! ludzi z ludu ratować! Śmierć szlachcie, magnatom, arystokracji!...

KONIEC TOMU SZÓSTEGO.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.