Józef Balsamo/Tom IX/Rozdział CXX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom IX
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IX jako ePub Pobierz Cały tom IX jako PDF Pobierz Cały tom IX jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CXVII
UCIECZKA

Nicolina wypełniła sumiennie daną obietnicę. Udała się na umówione miejsce, dziesięć minut po wpół do ósmej.
Beausire czekał od dziesięciu minut.
Baron de Taverney, może przed kwandransem, rozstał się ze swą córką, która, pozostawszy sama, zapuściła w pokoju rolety.
Gilbert podpatrywał był ją ze swego poddasza i pochłaniał oczyma, gdy zaś zasłona opadła, opuścił swe stanowisko. Nie miał ochoty schodzić na dół, pozostał więc na miejscu i spojrzał na podwórze.
Z najwyższem zdumieniem spostrzegł pana Beausire, rozmawiającego z Nicoliną; trwało to niedługo, subretka zamieniła zaledwie kilka słów z kochankiem i uciekła szybko w aleję, prowadzącą do małego Trianon.
— Pan oficer i pokojówka Andrei — pomyślał Gilbert — mieli sobie coś do powiedzenia, co zapewne nie znosi światła dziennego i świadków. Dobrze, dobrze.
Gilberta nie obchodziło wcale, czy Nicolina romansuje, czy nie, ale przeczuwał burzę i chciał być silniejszym od przeciwniczki.
Podpatrzona schadzka mogła mu być przydatną w przyszłości. Wiedział jakie następstwa pociągnąć może spotykanie się pod bokiem królewskim i chciał podsłuchać rozmowę kochanków.
Zeszedł szybko na dół do ogrodu, gdzie najmniejsza skrytka nie była mu obcą, schował się w krzaki bzu i czekał, przekonany, że ujrzy Nicolinę. Nie mylił się, gdyż o pięć kroków od niego klęczała subretka, a Beausire obok niej.
Nicolina liczyła na kamieniu pieniądze, otrzymane przed chwilą od księcia.
Beausire, zachwycony, tracił głowę.
— Mówiłeś mi pan nieraz, iż mnie kochasz i że chcesz mię stąd wydobyć.
— Ożenię się z tobą, najdroższa, — zawołał z uniesieniem oficer.
O tem, to jeszcze potem; w tej chwili, najważniejszą rzeczą jest kwestja, czy możemy uciec stąd we dwie godziny.
— Nawet w dziesięć minut, moja najdroższa.
— Muszę tu jeszcze całe dwie godziny pozostać.
— Gotów będę na każde skinienie, twoje ślicznotko.
— Doskonale, masz tu tymczasem te pięćdziesiąt luidorów i za półtorej godziny przyjedź po mnie karetą.
Beausire schował pieniądze do kieszeni.
— Ale... — rzekł.
Nicolina przerwała mu opryskliwie.
— Jeżeli się cofasz, to oddawaj te pięćdziesiąt luidorów i bywaj zdrów.
— Nie cofam się, boję się tylko o przyszłość.
— Czyją?...
— Twoją....
— Moją?
— Tak jest, pięćdziesiąt luidorów, to niewielki majątek, Nicolino, a co będzie potem?... Gotowaś żałować Trianon..
— Jakiś pan delikatny, panie Beausire, doprawdy, że mnie zdumiewasz, ale uspokój się; ja mam jeszcze pieniądze — powiedziała i potrząsnęła sakiewką.
Oczy oficera zabłysły.
— W ogień bym skoczył za tobą...
— Takiego poświęcenia nie żądam... ale za półtorej godziny?...
— Napewno, Nicolino, daj całusa.
— Cicho, szalony!... jeszcze nas kto spostrzeże.
— Nie jestem szalony, lecz zakochany.
— Hm....
— Nie wierzysz mi, stokrotko?
— Wierzę, wierzę, lecz pamiętaj, aby konie były dobre.
— Nie troszcz się oto.
Pożegnali się i rozeszli; Beausire jednak wrócił za chwilę.
— Pst!... pst?...
— Cóż jeszcze? — spytała Nicolina.
— Jak się wydostaniesz z Trianon, przez bramę?..
— A to głupiec! — pomyślała subretka.
— Mam klucz — odrzekła głośno.
Beausire zachwycony, przesłał kochance całus ręką i poleciał.
Nicolina udała się do swej pani.
Gilbert odetchnął swobodnie i postawił sobie cztery pytania:
— Dlaczego Nicolina ucieka z człowiekiem, którego wcale nie kocha?...
— Skąd ma taką znaczną sumę pieniędzy?
— Poco, a właściwie od kogo klucz zdobyła?
— Dlaczego, mogąc uciec natychmiast, wróciła jednak do Andrei?...
Skąd ma pieniądze, to mniejsza, tego Gilbert mógł się łatwo domyślić, na inne zato pytania nie mógł znaleźć odpowiedzi.
Był tak ciekawy, że postanowił choćby całą noc nie spać, aby być świadkiem ucieczki.
Andrea odprowadziła ojca do połowy parku; wracając spotkała się z Nicoliną w alei i razem wracały do pawilonu.
Noc zapadła wcześniej niż zwykle, a powietrze było tak ciężkie, iż trudno było oddychać; wszystko zapowiadało burzę.
Lekki wietrzyk kołysał kielichami kwiatów.
Andrea, smutna, z niechęcią wracała do pokoju, szła wolno i oglądała się co chwila.
Nicolinę niecierpliwiło to okropnie, bała się, iż Andrei przyjdzie ochota pozostać z godzinkę jeszcze przed domem, a wtedy... wszystko stracone.
Baronówna nie miała wszakże podobnego zamiaru, weszła na górę, siadła na fotelu i kazała otworzyć okno od podwórza.
Subretka spełniła rozkaz.
— Czy panienka nie chora? — rzekła przymilając się — panienka ma oczy czerwone i napuchnięte, trzebaby się wcześniej położyć do łóżka.
— Tak sądzisz, Nicolino? — spytała Andrea, nie rozumiejąc prawie, co do niej mówiła dziewczyna.
Była dziwnie znużona tego wieczora; poprawiła się na fotelu i wyciągnęła nogi przed siebie.
Nicolina zbliżyła się i zaczęła ją rozbierać, rozpoczynając czynność tę od głowy, to jest od odpinania, ze zręcznością zdumiewającą, wstążek i kwiatów.
Andrea milczała ciągle.
Subretka wyciągała pomaleńku szpilki, rozczesywała włosy, zdejmowała stanik i spódniczkę, a sprawiała się cichutko i chodziła na palcach.
Zajdź też jutro rano do Wersalu po książki, które zapewne pan Filip przysłał dla mnie, a poślij także po stroiciela, bo fortepian rozstroił się zupełnie.
Nicolina przyrzekła załatwić to wszystko jeszcze przed obudzeniem się panienki.
— Jutro napiszę list do Filipa — szepnęła do siebie Andrea.
— Ja go już jednak na pocztę nie odniosę — mruknęła pokojówka.
Andrea przeczuwała coś niedobrego, więc była smutną nad wyraz.
Subretka patrzyła z pewnym żalem na swoją panią; kilka lat była jednakże przy niej, wszystkie jej wspomnienia łączyły się z domem Taverney’ów. W tej chwili na zegarze wybiła godzina dziewiąta. Beausire już się stawił bezwątpienia, za pół godziny trzeba być gotową.
Z pośpiechem zarzuciła peniuar na ramiona swej pani, wyjęła zręcznie z kieszeni flakonik księcia, nalała szklankę wody, ocukrzyła ją i bez wahania wpuściła dwie krople płynu; woda zmąciła się raptownie, po chwili jednak stała się znów bezbarwną.
— Lampka nocna zapalona, woda przygotowana, suknia już wisi w szafie, proszę panienki, czy mogę się zatem oddalić?
— Dobrze. Dobranoc ci, moje dziecko.
Nicolina ukłoniła się, jak zwykle, i wyszła; za drzwiami westchnęła i przystanęła, mimowoli smutno jej się jakoś zrobiło!
Trwało to zaledwie sekundę; zapewne późno już, pomyślała, i jak dzika sarna rzuciła się w ogród.
Gilbert stał na stanowisku, wiedział, że dziewczyna wrócić ma za dwie godziny. Usłyszał, że zegar pałacowy wybił wpół do dziesiątej.
— Spóźnia się, co to być może? — pomyślał.
Wtem szelest jakiś zwrócił jego uwagę. Nicolina pędziła z całych sił do kraty, poza którą stał Beausire. Nie zamienili z sobą ani słowa; oficer tylko otworzył bramę, subretka wymknęła się cicho. Żelazo skrzypnęło, drzwi zamknęły się pocichu. Nicolina odrzuciła klucz w trawę, o dwa kroki od Gilberta, który podniósł go natychmiast.
Kochankowie oddalili się szybko, nastała cisza.
Gilbert odetchnął z głębi piersi. Był więc nareszcie wolny od tego wroga w spódnicy.
Andrea została sama. Kto wie — pomyślał może Nicolina pozostawiła klucz we drzwiach mieszkania swej pani? Może się dostanę do niej?
Cicho i ostrożnie podążył do pawilonu, gnany trwogą, ciekawością, niepewnością i chęcią zemsty.

KONIEC TOMU DZIEWIĄTEGO.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.