Imieniny Józia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Imieniny Józia
Pochodzenie Książka dla Tadzia i Zosi
Data wydania 1892
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IMIENINY JÓZIA.

— Wiecie co! — zawołał Józio do swoich małych gości, kiedy i chłopcy i dziewczynki już się porządnie zmęczyły „ślepą babką“ i „zajączkiem“ — wymyśliłem nową grę.
— Jaką? jaką? — krzyknęły razem dzieci.
— A to, widzicie, siądziemy w około stołu i będziemy sobie obierali różnych sławnych ludzi, każdy podług swego imienia. To będzie taka gra w „kalendarz“. Chcecie?
— Chcemy! chcemy! — zawołały dzieci.
— Ale kiedy ja nie potrafię — mówił mały Janek.
— No to ja za ciebie! — rzekła jego siostrzyczka, Marynia.
— I będzie tak — mówił dalej Józio — że kto odrazu sam sobie obierze imiennika, to dostanie cztery orzechy, a kto nie, to nic!
— No dobrze — zakrzyknęli chłopcy, a dziewczynki zaczęły szeptać między sobą i naradzać się wzajemnie. Chodziło im o to, żeby się przed chłopcami nie zawstydzić.
— No, siadajmy! — zakomenderował Józio.
Za chwilę dzieci siedziały przy okrągłym stole, na którym w samym środku stał talerzyk z orzechami.
— Kto zaczyna? — zapytał Józio.
— Ty zaczynaj, ty! — wołały dzieci, — to my zobaczymy, jak to idzie.
— A no dobrze! — powiedział Józio. Poczem się trochę zamyślił, aż wreszcie podniósł głowę, spojrzał dookoła i tak mówił:
— Ja jestem książę Józef Poniatowski, mam konika siwego, piękną szablę w ręku, burkę na ramieniu i biały mundur z wyłogami. We wszystkich bitwach mężnie się biłem, aż dopiero pod Lipskiem utonąłem w rzece Elstrze i tam na brzegu stoi mój pomnik.
— Ha! ha! ha! — rozśmiała się Marynia. — Utonąłeś? No, to cię już niema.
— Tylko bez śmieszków, bardzo proszę! — powiedział Józio. — Jak panny będą chichotały, to my się sami chłopcy bawić będziemy.
Marynia się zawstydziła, a Józio tak mówił dalej:
— No, zrozumieliście, jak ta gra idzie?
— Zrozumieliśmy! — zawołali chłopcy.
— To proszę o cztery orzechy!
— Kto teraz powie?
Kolej wypadła na Stasia.
— Ja jestem Stanisław Żółkiewski — rzekł Staś. — Biłem się z Turkami i z Tatarstwem, aż zginąłem pod Cecorą, na cecorskiem błoniu, i tam leżał mój hełm, i Sieniawski, młody rycerz, znalazł go i piękną pieśń zaśpiewał, co się nazywa: „Duma o Żółkiewskim“.
— Brawo! Brawo! Bardzo dobrze; — zawołał Józio — masz tu cztery orzeszki! Dalej! kto teraz?
— Teraz kolej przyszła na małą Wandzię.
Zaczerwieniła się trochę i wstając z krzesełka, rzekła:
— Ja jestem Wanda, córka Krakusa, co nie chciała Niemca; wolała iść za rodaka, niż za cudzoziemca.
— No i cóż więcej? — pytał Józio.
Marynia pociągnęła Wandzię za fartuszek, — powiedz, żeś się utopiła w Wiśle.
— Jakże ja powiem, — rzekła Wandzia, kiedy ja się nie utopiłam?
— Ale to nic nie szkodzi, — przecież to zabawa.
— A jak ja powiem, że się utopiłam w Wiśle, to mi już orzeszków nie dadzą?
Ledwo jej tam chłopcy wyperswadowali wreszcie, poczem wzięła Wandzia orzeszki i siadła na swojem miejscu.
Teraz kolej przyszła na jej braciszka, któremu też Staś było na imię.
— No i cóż teraz zrobisz, — zapytał go Józio, — kiedy już Żółkiewski zabrany!
Ale Staś wcale się tem nie stropił.
— Wielkie rzeczy! — odrzekł spokojnie — niby to już więcej Stanisławów dzielnych nie było.
— No, ciekawym! — zawołał Józio.
A Staś tak mówił:
— Ja nie jestem żaden rycerz, ale mnie wszyscy i tak znają! Jestem Stanisław Jachowicz, co bajki pisał dla dzieci i był opiekunem sierotek.
Zawstydził się Józio i nic się już nie odezwał, bo mu to wcale na myśl nie przyszło, że oprócz rycerzy są jeszcze inni ludzie godni pamięci; a że kolej była na Jadwinkę, więc się podniosła i rzekła:
— Ja jestem Jadwiga, wnuczka Kazimierza Wielkiego, co zaślubiła Jagiełłę dla dobra swego ludu.
— Masz orzeszki swoje, kochana królowo!
A teraz ty Adasiu!
Adaś zamyślił się bardzo, a potem zarumienił się, powstał i rzekł:
— Ja sobie Adama Mickiewicza obieram, co napisał wiele pięknych wierszy, i ja umiem nawet na pamięć ten jego wiersz, który się tak zaczyna:

Pójdźcie, o dziatki! pójdźcie, wszystkie razem,
Za miasto, pod słup, na wzgórek.

— Wiemy, wiemy! — zawołały dzieci.
— Masz dzielnego imiennika! — dodał Józio — może już nie chcesz orzeszków?
— Ale! — rzekł Adaś, i wyciągnął rękę po swoję czwórkę.
— No kto teraz? — pytały dzieci.
— Teraz Janek! teraz Janek!
Janek odchrząknął, podniósł się i tak mówił:
— Ja sobie obieram Jana III Sobieskiego, co zbił Turków pod Wiedniem!
— A to zuch! — zawołał Józio — toś sobie dobrze obrał! Naści twoje orzeszki. A teraz Basia!
— Ja jestem Barbara Radziwiłłówna, żona Zygmunta Augusta, co ją otruła zła Bona!
— Oj! toś ty biedna, kiedy cię otruła Bona — ubolewał żartobliwie Józio. — Na, masz orzeszki, pociesz się!
Basia się rozśmiała.
— No, a ty Bolek czem jesteś?
— Ja jestem Bolesław Chrobry! Żebyście to sobie pamiętali, że Chrobry a nie Śmiały, bo ja tego Śmiałego nie lubię, kiedy on taki, że Stanisława Szczepanowskiego, biskupa, zabił. A Chrobry to wcale co innego, i ja go sobie obieram, bo był dzielny król i wódz.
— To dobrze! — rzekł Józio. — Siadaj mój Chrobry! Masz tu zdobycz wojenną, — dodał, przysuwając mu cztery orzeszki. — A Hela czem jest?
Ale Hela spała, trzymając lalkę na kolanach.
— Dajcie jej pokój — zawołał Jaś — ona jest od dworaków opuszczona Helena, w stroju niedbałym.
Dzieci zaczęły się śmiać.
— Dobrze! dobrze! — wołały — „I trzyma syna u łona, co go zowią Leszkiem Białym“.
Przysunęli przed małą Helę cztery orzeszki, ale jej nie budzili. Niech tam sobie śpi maleństwo.
— Teraz ty Piotruś, czem jesteś?
— Czem jestem? — odpowiedział Piotruś — otóżto właśnie, że się nie mogę zdecydować, czy jestem Piotr Dunin, co siedmdziesiąt kościołów wystawił, czy też Piotr Skarga?
— Już ja ci radzę, bądź lepiej Skargą — przemówił Józio. — Widziałem ja Skargę na obrazie Matejki i powiadam wam, że to był dzielny bardzo człowiek.
— No, to dobrze! jestem Piotr Skarga, który był kaznodzieją i wielu słuchaczy do dobrego pobudził.
— Mieczek śpisz? kolej na ciebie! — zawołał Józio.
A Mieczek na to:
— Wcale nie śpię. Ja sobie obieram Napoleona, cesarza.
— A co znów! Ale nie można! — zawołały dzieci.
— Dlaczego nie można? — pytał Mieczek.
— Bo tobie na imię jest Mieczysław, i musisz sobie Mieczysława obrać — odpowiedział Józio.
— Ja nie chcę! — rzekł Mieczek. — Ja wolę być Napoleonem! Ja tam nic o Mieczysławie nie wiem!
— Tak! — zawołał Józio. — No, to ja za ciebie powiem, ale orzeszków nie dostaniesz.
Wstał z krzesła, wyciągnął rękę i tak mówił:
— Słuchajcie chłopcy i wy panny! To jest Mieczysław Gnuśny, któremu się nie chciało widać nic czytać, kiedy nie wie o Mieczysławie I, który ożenił się z księżniczką czeską, Dąbrówką i chrześciaństwo do Polski wprowadził. On chce zostać Napoleonem, obcych zna a swoich nie zna! Wstyd! Wstyd! Gnuśny! Gnuśny!
— Wstyd, wstyd! — zawołały dzieci, a Mieszek spuścił oczy pod stół.
Józio tymczasem wziął cztery orzechy i tak mówił:
— Te orzeszki za Mieszka biorę dla małego Antosia od stróża. Zgoda?
— Zgoda, zgoda! Masz i moje — rzekł Janek.
— A teraz kolej na ciebie, Marcyś.
Marcyś powstał, ściągnął brwi, jakby z bólu i rzekł:
— Ja jestem Marcin Kącki, który odebrał Turkom Kamieniec Podolski i kiedy basza, dowódca turecki, wszedłszy do lochu, gdzie był skład prochu, chciał się zemścić i rzucił płonący lont na beczkę prochu, by tym sposobem wysadzić w powietrze całe miasto i pogrzebać w gruzach siebie, Kąckiego i tysiące ludzi, wtedy Kącki chwycił czemprędzej ten żarzący się lont, położył go sobie na dłoni i dopóty trzymał, dopóki ten całkiem nie zgorzał, a chociaż sobie rękę okrutnie poparzył, to nawet brwi z bólu nie zmarszczył! Ale fortecę i tysiące ludzi ocalił!
— Wiwat! Marcyś — zawołał Józio — dzielny z ciebie chłopiec.
— Maryniu! a ty co? — zapytał potem starszej dziewczynki, która dotąd milczała.
— Ja jestem Marya Malczewskiego — rzekła podnosząc główkę.
— Ale co znowu! Przecież to tak się nazywa książka, ale nie osoba — zawołał Józio. — To do niczego! to na nic!
— Jak sobie chcecie! A ja powiadam, że jestem, to jestem.
— No cóż, chłopcy? Dać orzechów czy nie dać? — pytał Józio.
— Ja tam orzeszków nie potrzebuję — rzekła Marynia z dumą. — Jestem Maryą Malczewskiego i basta!
— No to już sobie bądź! A jaka jesteś, z obrazkami czy też bez obrazków? — żartował Józio.
Zaczerwieniła się Marynia i nic nie odpowiedziała, tylko odwróciła główkę do okna; była obrażona.
— No to i koniec! — zawołał Józio. — Zaczęło się od ludzi, a skończyło na książce.
Wtem wszedł stary Mikołaj i rzekł:
— Niech panicze i panienki idą na herbatę; pani prosi.
— Mikołaju! Mikołaju! — krzyknął Józio. — A Mikołaj czem jest?
Stary Mikołaj nie dosłyszał.
— Co panicz mówi takiego? — zapytał Mikołaj.
— A to mówię: czem Mikołaj jest?
— O nibyto panicz nie wie, czem jestem! Stary Mikołaj jestem i już!
— On jest Mikołaj Kopernik! On największy z nas wszystkich, najsławniejszy człowiek! — zawołał Adaś. — On odkrył i dowiódł, że nie słońce około ziemi, ale ziemia około słońca się obraca.
— Jakto? Jakto? — zapytały dzieci.
— Ja wam tego tak dobrze wytłómaczyć nie potrafię — rzekł Adaś — ale pójdziemy do taty, to on nam to powie.
I poszli.
Jeśli i wy jesteście ciekawe, kochane dzieci, jak to było, to idźcie także do swego taty, a on wam to wytłómaczy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.