„Kiedy ranne”

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł „Kiedy ranne”
Pochodzenie Książka dla Tadzia i Zosi
Data wydania 1892
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
„KIEDY RANNE“.
(Jeszcze kartka z kajetu Pawełka).

Już z rok chyba umiem na pamięć tę pieśń:

„Kiedy ranne wstają zorze“

a dziś dopiero dowiedziałem się kto ją ułożył. Oto ułożył ją Franciszek Karpiński przed stu laty przeszło, bo już blisko sto pięćdziesiąt lat temu jak się urodził. I jeszcze jak to było, to zupełnie jak w bajce!
Rodzice tego Franciszka Karpińskiego mieszkali w takiej małej wioseczce, a dokoła niej były to lasy, to bory, a dzikość taka, że strach, i zaraz znowu niedaleko były góry wielkie, wysokie, a w tych górach i w tych lasach byli zbóje. Ja zawsze myślałem, że nam Joasia tylko tak, dla zabawy, o zbójach powiada, a to naprawdę. Otóż najstarszym dowódcą między tymi zbójami był Dobosz. Ludzie go się okrutnie bali i myśleli nawet, że on takie czary zna, że go kulka trafić nie może. No, co to, to znów nieprawda! Bo czarów nie ma na świecie, a Dobosza kulka pewnoby trafiła, żeby się taki zuch znalazł, coby go wziął dobrze na cel. Otóż ten Dobosz po górach, po lasach ze swymi opryszkami chodził, podróżnych napastował, obdzierał i ledwo ich z życiem puszczał. A i do wiosek okolicznych zachodził czasem. Więc był tak wielki strach na dziesięć mil i więcej dokoła, że kiedy nocą pies zaszczekał, to już się ludzie budzili i mówili szczękając zębami: Oho! Dobosz idzie!
A co? to nie żarty z takim opryszkiem!
Aż raz dali chłopi znać do Hołoskowa, że się Dobosz w bliskich lasach kręci ze swymi pachołkami i że tylko patrzeć, jak na dwór napadnie.
Przeląkł się bardzo stary Karpiński, pokręcił wąsy, spuścił głowę i myśli, myśli, coby tu zrobić, żeby mu ten Dobosz krzywdy nie zrobił. A miał w domu małego syneczka, tego właśnie Franciszka, co się dopiero na świat narodził i chorą żonę. Stary szlachcic kręci wąsy i tak sobie myśli: wezmę ja co w domu droższego, srebra trochę, kosztowniejsze ubrania, lepsze konie i wyprowadzę to i skryję gdzie w gęstwie leśnej, że Dobosz do tego nie trafi. A jak przyjdzie, jak zobaczy takie małe dzieciąteczko, to się może i ulituje nad niem i pójdzie sobie w lasy i góry.
Ano dobrze. Jak pomyślał, tak i zrobił. Ledwo pozbierał to i owo i do lasu wyniósł, kiedy robi się hałas na wsi okrutny, przyjeżdża Dobosz ze swymi zbójami i prosto wali do dworu. We dworze cicho, pani chora śpi, dzieciątko także śpi, tylko stara klucznica wychodzi naprzeciw Dobosza, a jakto zawsze lepiej dobrocią niźli złością, tak i ona wita Dobosza jak gościa, chlebem i solą przyjmuje, do komnaty prowadzi. Obejrzał się Dobosz po komnacie, widzi stół zastawiony, pieczenie baranie na misach dymią, piwa beczka stoi, chleby śliczne białe w bochnach leżą, zupełnie jak nie dla zbójów, tylko dla przyjaciół w gościnie! Podobała się ta grzeczność Doboszowi, pokręcił czarnego wąsa i pyta:
— A gdzież pan i gospodarz?
— Niema pana w domu — odpowiada gospodyni struchlała, — ale chciejcie miłosiernie siąść i posilić się darem Bożym.
— No, a gdzież pani? — mówi znów Dobosz.
— Pani chora, w komnacie swojej leży — odpowiada gospodyni.
— No, tobym chciał ją pozdrowić, — mówi Dobosz.
Na gospodyni skóra drży ze strachu, ale nic; prowadzi Dobosza przez pokoje do pani Karpińskiej. Chciała się cała banda za Doboszem walić, ale on tylko spojrzał raz na swoich zbójów, a wszyscy zostali za drzwiami, tak go słuchali. Wchodzi tedy Dobosz, sam na palcach stąpa, bo go to ambicya wzięła, żeby się też dwornie i grzecznie znaleść, i kłania się od progu i o zdrowie pyta. A po pani Karpińskiej aż mrowie przeszło, gdy na tego opryszka spojrzała, co był na całą okolicę z różnych sprawek znany i głośny. Ale nic po sobie strachu tego nie pokazuje, tylko grzecznie go także jak gościa pozdrawia, a mówi zcicha, ręką białą ukazując na kolebkę, gdzie mały chłopczyna w poduszeczce leżał. Zbliżył się Dobosz do dziecka, schylił nad kołyską twarz czarną wąsatą, a dzieciątko nic go się nie zlękło, tylko otwarło oczka i patrzyło na niego. Do głębi serca poruszyło Dobosza to spojrzenie dzieciątka niewinnego; wspomniał sobie matkę swoję i rodzinę, pożałował latek dziecięcych swoich i dwie łzy spadły mu na wąsy czarne.
Wziął potem chłopczyka z kołyski na ręce, pohuśtał, a oddając matce prosił, aby dziecko nazwała Stefanem na pamiątkę jego, gdyż sam Dobosz miał na imię Stefan. Nie sprzeciwiała się tej prośbie pani Karpińska, bo i niebardzo było bezpiecznie, a Dobosz raz jeszcze dobrego zdrowia życząc, jak przyszedł na palcach, tak na palcach wyszedł.
Dopiero w jadalnej komnacie rozgościł się nieco, towarzyszom swoim pozwolił się posilić, a sam pilnował, żeby co nie zginęło we dworze i żeby był spokój dla chorej pani.
Kiedy sobie podjedli i piwa się napili, dał Dobosz gospodyni dukata za posługę i wyniósł się zaraz na lasy, na bory, bo zawsze tam w nich przesiadywał i kryjówki swoje miał.
Dopieroż służba dała znać panu Karpińskiemu, że już opryszki daleko; dopieroż pan Karpiński wrócił ze swoim dobytkiem do domu. Ale choć się bardzo cieszył z uratowanego mienia, bardziej jeszcze cieszył się ze szczęśliwego ocalenia i żony i syneczka swojego. Oj i miał z czego! Bo to później wyrósł z tego poeta głośny, o którym pamięć i dziś trwa i już zostanie na zawsze.
Tymczasem trzeba było synka ochrzcić. Pani Karpińska powiada mężowi o tem, co przyrzekła zbójcy, ale on nie chce, żeby jego dziecko miało mieć imię takie jak Dobosz i na jego własną pamiątkę. Wybrali tedy rodzice imię dla chłopca Franuś i powieźli go do kościoła, do chrztu. A mróz był tego dnia duży i śniegu na drogach nawiało okrutnie dużo. Jak wyjechali za wieś, to gościńca nie było widać, tylko tuman śnieżny do okolutka, taka zawieja. Dojechali przecież szczęśliwie do kościoła, ochrzcili dziecko, wracają, — aż tu naraz zachwiały się sanie i dzieciątko, zawinięte w poduszkę i chusty, wypadło. Nikt tego jakoś zrazu nie spostrzegł, tak wszyscy byli zakutani w futra, w płaszcze, w opończe, że i nosów widać nie było. Przyjeżdżają do domu, patrzą — dziecka niema! Dopieroż lament, dopieroż krzyk, dopieroż gwałt, szukanie. Skoczyła czeladź z pochodniami zguby po śniegu szukać, bo to dzień krótki i zmierzchło już nieco, a na przedzie ojciec strapiony srodze, a wszyscy już myślą sobie w duchu, choć głośno tego nie mówią, że pewno już chłopczynę wilki zjadły.
Jadą, jadą, świecą sobie pochodniami, szukają za śladem sani, a w każdym aż dusza truchleje, co powiedzą za powrotem, gdy ich matka zapyta: „gdzie Franuś?“
Aż tu naraz przyjeżdżają pod górkę, patrzą, a po drugiej stronie leży dzieciątko otulone chustami i śpi sobie w śniegu tak słodko i cicho, jakby we własnej kolebeczce. Porwał je na ręce ojciec i zapłakał z radości, czeladź cała ucieszyła się niezmiernie i już wszyscy z tryumfem wracali do wsi, kiedy od boru zawyło wilczysko. Aż ciarki po ojcu przeszły na to wycie, konie pod czeladzią zaczęły strzydz uszami i parskać ze strachu. Dopadli nareszcie do wsi. Tu dopiero uciecha, tu dopiero radość z odnalezienia tej drogiej zguby, którą już opłakali zawczasu.
Suty ogień na kominie palił się noc całą, i całą noc słychać było w opłotkach wycie zgłodniałego wilka.
Ej wilku, wilku! Cóżeś ty chciał najlepszego zrobić? Chciałeś pożreć dzieciątko, która potem wyrosło na poetę, na chlubę i radość swej ziemi! A ktoby to nam napisał tę śliczną pieśń: „Kiedy ranne wstają zorze“, co jak ją z mamą śpiewamy, to mi się zdaje, że widzę i słyszę, jak słońce złote wstaje, jak się niebo i ziemia raduje, jak kwiatki w rosach stoją, jak zboża na polach szumią, jak skowronek śpiewa.
I któżby nam napisał tę drugą pieśń: „Wszystkie nasze dzienne sprawy“, która znów taka jest słodka i miła, jakby się cała ziemia tuliła do snu, pod skrzydła Anioła-Stróża, jakby kwiateczki zamykały swe kielichy, jakby ptaszki po gniazdkach ucichły, jakby nawet rzeczka nasza uciszyła się koło młyna i cicho, cicho płynęła do wtóru z szumem lasów. Obie te pieśni i wiele, wiele innych, napisał Franciszek Karpiński i dlategoto sobie o nim wszystko to spisałem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.