Jak to było w lesie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Jak to było w lesie
Pochodzenie Książka dla Tadzia i Zosi
Data wydania 1892
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
JAK TO BYŁO W LESIE.

Szedł właśnie stary Szymon, gajowy, do lasu, i wziął z sobą kowalowego Jędrusia, który mu był chrześniakiem.
A w lesie był szum wielki, właśnie jak gdyby każde drzewo coś sobie mówiło. Nadstawił Jędruś ucha z prawej strony, nadstawił z lewej, ale nic jakoś wyrozumieć nie mógł; pociągnął tedy starego Szymona za kapotę i rzekł:
— Chrzestny!
— A co tam chłopcze? — zapytał Szymon.
— A to mi się widzi — mówił dalej Jędruś — że te drzewa cości gadają, a nic jakoś wyrozumieć nie mogę.
— A no — odrzekł stary gajowy — boś jeszcze mały pędrak, to się na takich mowach poznać nie umiesz. Ale kto długo żył a często ich słuchał, to tak wszystko wyrozumie, jakby ludzkie głosy.
— O la Boga! — zawołał Jędruś. — Jakże to? Powiadajcie chrzestny, bom okrutnie ciekawy!
— Czekajno, czekaj, nie bądź taki prędki! — rzekł stary Szymon i siadłszy na pniu, ognia do fajeczki skrzesał. Pyknął raz, pyknął drugi raz, a widząc, że się chłopcu aż oczy świecą z wielkiej chętki do onej opowieści, tak zaczął:
— Widzisz chłopcze ten dąb przed nami?
— A widzę! — rzekł. — Okrutne jakieś dębisko... Rosochacz taki, że strach, nakryłby i chałupę naszę i obórkę z Granulą, jeszczeby się i gołębnik z gołębiami pod niego zmieścił. O gdzie to tu do wierzchu!
Przechylił się mocniej jeszcze w tył, a wtem mu kapelusz spadł z głowy, a stary Szymon na to:
— Dobrześ zrobił, chłopcze, żeś się kapeluszem pokłonił przed tym dębem, bo to z całego lasu najgodniejsze drzewo; właśnie jakby gospodarz między czeladzią. On tu najgłośniej gada i najradziej słuchają go te insze drzewa, het, precz, — aż do samego wyrębu.
Jędruś przypadł staremu do kolan:
— Oj powiadajcie, powiadajcie, chrzestny, co on też tak gada?
A tu jak na to, zakołysał się dąb ów za wichrem od samego wierzchołka swego, a konary jego zaszumiały, zahuczały jak organ w kościele. Stary Szymon pomilczał chwilkę, podniósł głowę siwą i tak prawił:
— Wszystko, chłopcze, ma swój głos na świecie, a każdy głos taki, to jak nuta w pieśni. A człowiek, co takiej pieśni nie rozumie, chodzi jak głuchy po świecie. A lasy, co na naszej ziemi wyrosły, śpiewają nasze pieśni, a te, co indziej wyrosły, obce pieśni śpiewają — każdy według swego miejsca. A ten, widzisz, dąb to powiada tak:

Dziatki moje, dziatki,

Syny i wnuczęta,
Kto z was dawne czasy

W lesie tym pamięta.
O! wy dawne czasy

Gdzieście się podziały,
Kiedy nad tym lasem

Sokoły latały.
Sokole, sokole,

Starodawny ptaku,
Już z twojego gniazda

Niema ani znaku!
Otworzył Jędruś buzię i słuchał, bo myślał, że jeszcze będzie dalej; ale stary Szymon zamilknął i tylko siwą głową kiwał i fajeczkę kurzył. Wtedy Jędruś rzekł:

— A ta sosna, chrzestny, co też ona mówi?
— Ta sosna — odpowiedział stary Szymon — ta sosna znów ma mowę taką:

Na wschodzie na niebie

Tam się palą zorze.
Zrąbali sosenkę,

Wysłali za morze.
A nad owem morzem

Siwy orzeł kracze.
Sosenka się smuci,

Lasu swego płacze.

— O moiście-wy! — zawołał Jędrek a już miał łezki w oczach — to i ja jej żałuję, kiedy ona tak żałośnie śpiewa. A brzoza? — rzekł po chwili — mówi też co?
— Oj! oj! — odrzekł stary — brzoza to gaduła! Raz wraz coś tam sobie przepowiada. Raz tak, drugi raz owak, zwyczajnie takie drzewo, co gdzieniebądź rośnie. A ta tu, co tam na lewo, na góreczce stoi i listkami drobnemi rusza, to tak mówi:

Leśną ścieżką, wąską drogą,
Szedł tu żołnierz z chromą nogą;
Szedł tu żołnierz, odpoczywał,

O swej chacie pieśni śpiewał.

A ja pieśni zrozumiała,
Listeczkami zaszumiała.
— Wracaj, wracaj, choć bez nogi,

W swojej chatki miłe progi!

— To ona się tak rozmówi jak człowiek? — pytał Jędruś.
— A cóż, ma ci wszelkie stworzenie swoję mowę własną.
— A wierzba, co też gada? — rzekł po chwili Jędruś?
— Wierzba — odpowiedział stary Szymon — to gada tak:

O mój gospodarzu

Sadźcież mnie nad rzeką,
Żeby się głos z fujareczki
Rozlegał daleko!

Pójdzie tędy chłopiec,
Wytnie fujareczkę,
Będzie śpiewał, wyśpiewywał

Mazurską, piosneczkę.

Jędruś jeszcze szerzej usta otworzył.
— No i cóż? — zapytał Szymon — podoba ci się?
— Oj podoba mi się, podoba! Okrutnie mi się podoba. Jak teraz pójdę po lesie, to każdziusienkie drzewo zrozumiem, co ono śpiewa... A ta olszyna, chrzestny, mówi też co?
Ale Szymonowi zgasła fajeczka, więc ją wytrząsnął, schował do torby borsuczej, powstał z pieńka i rzekł:
— Ot wszystkobyś naraz chciał wiedzieć! To tak nie idzie, mój chłopcze! Zapamiętaj sobie najpierw to, com ci powiedział, a jak tu przyjdziemy drugi raz, to ci znów co powiem. Teraz trzeba iść patrzeć, czy lisy nie szkodują na Wyrębie.
I poszli.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.