Strona:Maria Konopnicka - Książka dla Tadzia i Zosi.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żył a często ich słuchał, to tak wszystko wyrozumie, jakby ludzkie głosy.
— O la Boga! — zawołał Jędruś. — Jakże to? Powiadajcie chrzestny, bom okrutnie ciekawy!
— Czekajno, czekaj, nie bądź taki prędki! — rzekł stary Szymon i siadłszy na pniu, ognia do fajeczki skrzesał. Pyknął raz, pyknął drugi raz, a widząc, że się chłopcu aż oczy świecą z wielkiej chętki do onej opowieści, tak zaczął:
— Widzisz chłopcze ten dąb przed nami?
— A widzę! — rzekł. — Okrutne jakieś dębisko... Rosochacz taki, że strach, nakryłby i chałupę naszę i obórkę z Granulą, jeszczeby się i gołębnik z gołębiami pod niego zmieścił. O gdzie to tu do wierzchu!
Przechylił się mocniej jeszcze w tył, a wtem mu kapelusz spadł z głowy, a stary Szymon na to:
— Dobrześ zrobił, chłopcze, żeś się kapeluszem pokłonił przed tym dębem, bo to z całego lasu najgodniejsze drzewo; właśnie jakby gospodarz między czeladzią. On tu najgłośniej gada i najradziej słuchają go te