Hryc

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Hryc
Pochodzenie Rupiecie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1931
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


HRYC



Jest średniego wzrostu, szczupły, chudy, żylasty. Nie znaczy to, żeby był silny i zdrów. Pracuje mało i powoli i cierpi chronicznie na febrę, diarję i rany przewlekłe. Jest blondyn, zarost miewa rudawy, oczy szare, szczęki wydatne, czoło niskie, skronie zapadłe. Odzież nosi burą, zgrzebne płótno, samodziałowe sukno, na nogach z łyka chodaki. Prawie go nie widać na tle omszonych pni boru, kiści szuwarów, roli zoranej, stogu siana, i szarej chaty — wszystko ma jeden pokład — siwy. Hryc się dopasował do swojego kraju. Urodził się we wsi, złożonej z dwóch szeregów szarych chat — wśród szarych pól, z jednej strony na horyzoncie stał i stoi szary bór — z drugiej, jak okiem zejrzeć, sianożęcie.
Niebo rzadko bywa czyste — pełne oparów od błot, chmurne, blade od tej wilgoci — szarzeją strzechy, ściany budynków, nawet ludzkie twarze. Kraj jest równy, płaski, monotonny. Wody w rzece płyną leniwie, ledwie dojrzysz prąd. Wiatr jakiś senny kołysze zbożem i borem, deszcze padają drobne, mżące.
Gdy Hryc się urodził, chata nie miała komina, tylko dymnik. Pod niskim sufitem dym się siał w szare obłoki i całe wnętrze pokrył tą barwą. Gdyby Hryc miał narodową barwę, powinnaby być szara. Ale Hryc nic nie wie o jakichkolwiek narodach i barwach. Na zapytanie, kto jest, odpowiada: tutejszy. Ochrzczon imieniem Grzegorza, odpowiada tylko na: Hryc, nazwany nazwiskiem urzędowem, protestuje, bo ma drugie przezwisko, pod którem we wsi jest znany. Zasady religji Hryca ograniczają się do obchodzenia postów i próżnowania uroczystego we wszystkie rzeczywiste, lub obyczajowe święta. A jest tych świąt przeobfitość, bo Hryc jest konserwatysta i zachowuje nawet pogańskie. Hryc tylko wtedy pracuje, gdy musi, tylko wtedy nie kradnie, jak nie ma okazji, ale Hryc nie złamie nigdy postu, nie zapomni żadnego święta, i nie opuści żadnego zabobonu. Hryc się niczego nie boi, ani Boga, ani piekła, ani ognia, ani wody, ani śmierci, ani choroby, ani zwierza, ani sądu — Hryc się tylko boi znachora, złych oczu i przestąpienia obyczaju zabobonu.
Żywot Hryca rozpoczął się w koszyku owalnym, uwieszonym na sznurze do okopconej belki pułapu. Od najwcześniejszej młodości zahartował się na dym, zaduch i robactwo. Gdy protestował przeciw tym plagom krzykiem i płaczem, ktoś z chatnych, gwoli własnemu spokojowi puszczał w huśtawkowy ruch koszyk, gdy i to nie pomogło — matka odrywała się od dzieży, lub garnków i dawała mu pierś. O usunięciu robactwa lub ochędóstwie nikt nie pomyślał, a wreszcie i Hryc się z tem oswoił — jak i dorośli.
Gdy wyrósł z koszyka, siadywał całemi dniami na ławie, w koszulinie tylko. Brzuch miał odęty od kartofli, włosy w strąkach, twarz umorusaną. Cały dzień jadł chleb czarny, patrzał bezmyślnie przed siebie, i drapał się. Potem z wiosną wypełznął przed chatę i na ulicę. Bardzo prędko oswoił się z błotem i kurzem, znalazł kompanów, nauczył się bić psy, koty i dobierać się do ogródków sąsiadów po marchew, mak, ogórki i rzepę. Poznał też prędko co jadalne, a co — nie, parę razy tylko się podtruł, potem już nie próbował ani blekotu, ani lulku — przestał też żywić się w matczynym ogródku, bo za to bywał bity. Rabować warzywo sąsiadów wolno mu było — byle się nie dał złapać.
Parę takich lat spędził Hryc na dworze, parę zim na ławce w chacie, aż mu wreszcie sprawiono spodnie, siermiężkę i pozwolono zimą bawić się na ulicy. Stopień ten swego rozwoju odchorował długą gorączką, i wyszedł żyw z tej naturalnej selekcji, jako typ okazowy. System leczenia był dalszym ciągiem tej selekcji — czyniono co można, żeby go nauczyć, oparł się wszystkiemu i zwycięsko wyszedł z dzieciństwa z dniem, gdy rozpoczął okres pasterski.
Okres ten trwa lata, przygotowuje grunt dla dalszego życia, wyrabia charakter, tworzy już zupełnego Hryca. Pasał pokolei: gęsi, klacz na lince, bydło w lesie, woły ojcowskie po cudzych łąkach. W dziecku jest olbrzymi zapas sił, ciekawości i potrzeby czynu. Pasając, Hryc to wszystko musiał w sobie zatracić, lub wykrzywić. Z obowiązku próżnował i zrazu się nudził — więc począł wynajdywać robotę. Psuł i niszczył wszystko, co mu się zdarzyło. Łamał gałęzie, nakładał kamienie w koleje na drodze, wybierał jaja z gniazd, dręczył pisklęta, odrapywał drzewa z kory, ukręcał wierzchy brzozom, podpalał las, spasał trawę po łąkach, ścinał zielone kłosy. Gdy się w ten sposób nabawił, spał, lub leżał brzuchem do góry i przemyśliwał, gdzieby coś zdobyć i zjeść. Pożerał mnóstwo surowizn, pił wodę z rowu, źle był odziany, często przemoknięty do nitki i siny z zimna. Rósł powoli i nigdy się nie czuł zdrów, syty i wypoczęty, ale wreszcie zasmakował w swem próżniactwie i wyrobił się na dobrego pastucha. Bydło miał siwo-bure, zmyślne jak on w poszukiwaniu dobrych zakątków — naturalnie cudzych. Pasał ukradkiem po zbożach sąsiadów, pasał najchętniej po dworskich polach, nauczył się wykrętów, znał czas i porę na szkodę; — złowiony umiał się wykłamać, wyprosić, przysięgać i zaklinać się, lub chyłkiem zmykać. W owym też okresie do całokształtu charakteru Hryca przybyła miłość — namiętność, której będzie wierny do grobu. Ale to nie kobieta, nie koleżanka pastuszka — nie. Hryc od dziecka patrzy w chacie, jak ojciec łaje i bije matkę, widzi, jak wypomina starej babce, że za długo żyje i darmo je chleb; dla Hryca życie płciowe nie jest tajemnicą i ciekawością, Hryc wie, że kobieta w chacie potrzebna i ożeni się jak inni, żeby mieć robotnicę, praczkę i gospodynię; wie, że gdy jedna umrze, dostanie darmo drugą, i nawet, że zrobi na tej zmianie dobry interes. Hryc nie kocha ojca, ni matki — ciężarem mu już być poczynają. Hryc nie pożąda jednej dziewczyny — weźmie za żonę każdą taką, która jest zdrowa, pracowita i ma dużo płótna. Hryc nie ma przyjaciela, ni powiernika, na rodzeństwo patrzy jak na wrogów przy podziale ojcowizny — będą go kiedyś bić i sądzić. Hryc nie kocha nikogo i nic, tylko swe „byczki“.
Jest to para wołów siwo-brudnych, któremi ojciec orze, a które Hryc pasie. Jeśli marzy o czem kiedy, to o tem, jakby je wypaść na pokaz całej wsi, żeby niemi orać kiedyś, żeby je wodzić na jarmark. Jeśli co ratuje w chorobie — to te woły, jeśli dla czego się spieszy, lub fatyguje — to dla sytości i wygody tych wołów, jeśli po czem płacze i rozpacza — to po nich tylko, gdy zdechną.
I przez to kochanie, przez zapatrzenie i myślenie o tych wołach, z biegiem pastuszych lat Hryc nabiera cech podobnych do swych faworytów. Gdy wyrasta na mężczyznę, ma chód powolny i wlekący, ma oczy mgławe i senne, ma ruchy ociężałe i apatyczne. Gdy się zabiera do roboty, czyni to opieszale, ociąga się, jakby czekał dźwignięcia ościenia, by ruszyć. Nie znać w jego zajęciu ochoty, nie pośpieszy nigdy, ale się i nie zbuntuje ani znarowi. Wlecze się — mus go napędza, byle go nie gnano, staje i kładzie się, mniejsza gdzie: na środku zagona, na wygonie, na gnoju, spędzony gwałtem potrzeby — wlecze się znowu dalej. Nawet gdy jadło spożywa, czyni to tak powoli i długo, jakby przeżuwał strawę. Na wszelki postęp i nowiny kultury zapatruje się także, jak jego wół na nowe odrzwia obory, upiera się, patrzy, węszy i obchodzi nieufnie. Trzeba go gwałtem lub podstępem przymusić.
I oto po dojściu do pełnoletności Hryc jest skończonym typem. Umie pasać, kosić, orać; zdaje mu się też, że umie czytać i pisać, bo spędził parę zim w szkółce. Umie kraść i kłamać, już się bije z ojcem, lubi ogromnie wódkę, włóczy się nocami do dziewek, chadza czasami na zarobki, a co święto do miasteczka. Wtedy czekają Hryca dwa ważne wypadki życiowe. Musi odbyć służbę wojskową i ożenić się. Zwykle nawet to drugie poprzedza pierwsze. Żenią go, żeby w razie, gdy chata go straci na lat kilka, była chociaż baba w jego zastępstwie do roboty, on zaś chce zostawić w chacie kogoś, co dopilnuje jego części dobytku i mienia. Zresztą chce się upić i być przedmiotem gawęd wojskowych. Żeni się tedy, a raczej żenią go matka i kumoszki. Hryc przyjmuje wybór apatycznie, spełnia wszystkie zawiłe ceremonje wesela, i w parę tygodni po ślubie odchodzi na kraj świata, na służbę wojskową. Nikt po nim i on po nikim nie smęci się i nie tęskni — pisuje zrzadka listy, w których wylicza i pozdrawia całą rodzinę, a kończy prośbą o pieniądze. O sobie nie donosi nic, i o nic nie pyta, gdy powróci, mało co ma do opowiadania. Jakiś czas, krótki, rusza się raźniej, strzyże krótko włosy, zachowuje białą koszulę i buty — potem przeistacza się znowu w Hryca. Zapomina wszystkiego, co go tam uczono, co widział i słyszał, gdzie był. Szara barwa jego kraju powleka jak śniedzią jego postać i duszę. Staje się Hryc dodatkiem do krajobrazu, do sochy, do wołów, niczem się nie różni od pradziadów. Jak oni, nie ma historji, ni sławy złej, lub dobrej — ni śladu nie znaczy w ruchu świata, a nawet nie wie o jakichkolwiek zmianach. On orze sochą drewnianą, młóci cepem, ubiera się w domowy ten i wełnę, obuwa się w łyko, grosz chowa po dziuplach drzew, potrzeby ma prawie żadne, o dobrobycie żadnego pojęcia, i tak żyje lata — ile? — nie potrafi powiedzieć.
Nigdy zbytnio na los nie narzeka, klęski znosi stoicznie, nie jest ani wesoły, ani ponury, marzy o wódce i bezustannem próżnowaniu — więcej niczego nie pragnie, nawet sytości.
Nazywa się Hryc, ale ma nazwisko: legjon i spotkać go można w każdej z szarych wsi na wielkiej przestrzeni kraju, oblanej sennemi wodami Styru, Prypeci, Horynia, Słuczy, Jasiołdy, Muchawca. Hryc nie wie, jak olbrzymią ma ojczyznę i jaką mnogość braci, jak nie wie o tem dżdżownica, polna mysz, kret, karaś i wróble, co razem z nim na tej ziemi się rodzą, żyją i przechodzą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.