Historya siostry Oliwii

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Historya siostry Oliwii
Pochodzenie Opowiadania
Wydawca Wilhelm Zukerkandl
Data wydania 1928
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów, Złoczów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Syster Olives historia
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
HISTORYA SIOSTRY OLIWII.


Było to na tylnym pokładzie wielkiego zagranicznego okrętu, gdzie byli zgromadzeni ludzie z najrozmaitszych stron świata. Najwięcej było Anglików, albo przynajmniej ludzi, którzy umieli mówić po angielsku, ale było także kilku, mówiących po francusku i ci przez wspólność języka trzymali się w osobnej grupie. Siedziało tu kilku starszych Francuzów, jeden oficer i jeden konsul, kilka pań belgijskich, jedna włoska siostra miłosierdzia, jeden stary francuski ksiądz i młody Paryżanin, który zdawał się być jakimś artystą, malarzem, rzeźbiarzem, czy też czemś podobnem.
Pewnego wieczora siedzieli obaj starsi panowie razem i rozmawiali o Anglikach. Robili małe studyum o nich, jak to zwykle czynią Francuzi, i porównywali ich z sobą w sposób bardzo miły i ucieszny. Ale nagle wmieszała się jedna z pań do rozmowy.
— Nie, moi panowie — rzekła — nie wspomnieliście panowie jeszcze o tem, w czem leży właściwa różnica między Anglikami a wami.
— Ach — rzekł stary pan, którego zwano konsulem — właściwa różnica, czy ją pani może wynalazła?
— Tak, wynalazłam ją. Leży w tem, że oni wszyscy mają wewnętrzne powołanie. Niech pan tylko zapyta, to pan usłyszy. Wszyscy oni tutaj na pokładzie mają jakieś wewnętrzne powołanie. Jeden chce nas uczyć hodowli królików, inny chce, żebyśmy nigdy mięsa nie jadali. Ten pan zamierza nawracać Turków, a tamten tam chce wynaleść torpedę powietrzną.
— A my — rzekł konsul i bystro spojrzał na towarzysza podróży — nam też przecież nie brak ludzi z powołaniem wewnętrznem.
— O, jednak — rzekła mała Belgijka. — Wy zostajecie w tym stanie, w jakim się urodziliście, albo zostajecie tem, czem was chcą mieć wasi rodzice. Wy dajecie sobą życiu powodować. Ale tamci chcą życie i nas wszystkich holować i prowadzić tam, gdzie zechcą.
— No tak — rzekł oficer. — Może pani ma racyę, ale ja wolę żyć wśród ludzi bez wewnętrznego powołania. Oni są nieznośni, ci ludzie, którzy wciąż obnoszą się z jakąś misyą.
— Siostro Agnieszko — zwrócił się konsul do siostry miłosierdzia —- macie przecież tyle Francuzek w swem zgromadzeniu. Czy pani uważa, że brak im wewnętrznego powołania?
— Niestety, panie Bartout, — rzekła siostra i uśmiechnęła się. — Niestety nie mogę panu przyjść z pomocą. Nie sądzę, żebyśmy przez to były mniej dobremi siostrami miłosierdzia, ale nie wiele jest wśród nas takich, które dlatego pielęgnują chorych, że to jest wewnętrznem powołaniem ich życia. Jesteśmy przeważnie rade módz się oddać tej sprawie dlatego, że wszystko inne nam się nie powiodło.
— A wielebny ojciec? — zwrócił się Bartout do księdza.
— Ach, to już tak dawno. Całe me życie byłem kapłanem. Ale zdaje mi się, że ojciec Vertois w naszej gminie poradził memu ojcu, aby mnie posłał do seminaryum.
Pan Bartout zwrócił się wkońcu do młodego Francuza.
— Ja, panie — rzekł artysta — nie wierzę powołaniu wewnętrznemu. Prowadzi ono tylko na manowce. Ja pracuję farbą i pendzlem, bo to dla mnie jest najnaturalniejsze. Powiem panu, że w mojej rodzinie wszyscy jesteśmy potrosze malarzami.
Po tych wynurzeniach zapomniano zupełnie, że z początku rozmowy chodziło o porównanie Francuzów z Anglikami. I zamiast tego mówili wszyscy o zdolnościach i powołaniu i przytaczano kilka przykładów na to, w jakie szczególne stosunki popadają ludzie, gdy te dwie rzeczy nie idą z sobą w parze.
— Starałem się zawsze trzymać zdała od wszelakich mrzonek i robić tylko to, do czego miałem zdolności — rzekł oficer. — Nikt nie zachowuje się tak głupio, jak ten, z którym się jego »misya« rozchodzi.
— Znam pewnego wielkiego pisarza — rzekła jedna z pań — który uważał swe życie za chybione, ponieważ nie został baletmistrzem. Zapewniał zawsze, że to byłoby jego prawdziwem powołaniem; nieszczęśliwym trafem zaszła przeszkoda w wykonaniu tego.
— To przypomina mi mego biednego przyjaciela, ojca Meunier — rzekł ksiądz — czuł on się powołanym pójść jako misyonarz do Chin i uczynił to, ale musiał się jednak pomylić, bo tam nawrócił się do buddyzmu.
— Powołanie wewnętrzne jest największym kuglarzem — rzekł malarz. — Żartuje sobie tylko z nas ludzi.
Jeden Bartout tylko upierał się przytem, jak piękną jest rzeczą na podstawie tego wyższego musu działać, tego musu, który zwiemy wewnętrznem powołaniem.
— Ależ panie, przypominam sobie teraz, że znałam rodaczkę pana, która miała wewnętrzne powołanie — zaczęła siostra miłosierdzia. — Powołanie to nie miało wprawdzie nic wspólnego z opiekowaniem się chorymi, lecz wszystko jedno... Jeśli pan pozwoli, opowiem panu jej historyę. Była to jedna z naszych najlepszych sióstr i należała do zakonu długo przedtem, nim tam przyszłam, i ona uczyła mnie moich obowiązków.
— Siostra Oliwia — opowiadała dalej — była Francuzką, ale tak inną od wszystkich Francuzek, które przedtem widziałam, że brałam ją z początku za Niemkę, lub Szwajcarkę. Francuzka, według mego pojęcia, powinna była być albo piękną, pulchną kobietą z cerą oliwną i śmiejącemi się ciemnemi oczyma, albo też małą, delikatną, wydelikaconą, jak marzenie. Siostra Oliwia natomiast była wielka, chuda, nieładna, ale silna i żywa, o twarzy, wzniecającej zaufanie.
Jeszcze więcej zdziwiłam się jej zewnętrznym wyglądem, kiedy pomału dowiedziałam się, że siostra Oliwia była wielkością, była sławą, że kiedyś nazywała się panną Oliwią Miteau, jeździła własnymi końmi, mieszkała w prześlicznem mieszkaniu w Paryżu i obcowała z najznakomitszymi ludźmi w Europie.
Siostra Oliwia była aktorką, nim została siostrą miłosierdzia, a to wielką i sławną aktorką, którą znali wszyscy ludzie, przynajmniej w Paryżu. Oczywiście nie była ona jedną z tych, które objeżdżają cały świat i są takiemi wielkościami, że jednego dnia pokazują się w San Francisco, a drugiego w Petersburgu, ale było jej tak dobrze, jak tylko sobie życzyć mogła. Publiczność lubiła ją bardzo, krytycy teatralni rzadko bardzo mogli o niej coś niekorzystnego powiedzieć, zarabiała wiele pieniędzy i występowała w teatrze francuskim.
Kiedy ujrzałam siostrę Oliwię, trudno mi było uwierzyć, jak już wspomniałam, żeby to było możliwe. Pomyślałam odrazu o tych wszystkich modernistycznych dramatach z ich postaciami kobiecemi, młodemi, wydelikaconemi, i zdawało mi się to rzeczą niemożliwą, żeby Oliwia mogła grać młodą Paryżankę. Miała ona coś kanciastego w sobie i żadna szminka i żadne toalety nie zdołałyby uczynić jej czarującą i piękną.
Wnet jednak dowiedziałam się. że siostra Oliwia nigdy takich ról nie grywała, a jej siła była właśnie w tem, że z ról skąpych, ubogich, których nikt inny grać nie chciał, stwarzała małe arcydzieła. Grała służące i stare kobiety, bywała szynkarką i żoną portyera, przekupką jarzyn i chłopką. A przedstawiała te wszystkie typy tak szczerze i wzruszająco, tak sympatycznie i artystycznie, że powiodło jej się wejść w skład personalu Teatru Français.
Oliwia była zawsze bardzo pilną, nigdy się nie szanowała i uważano ją swego czasu za jedną z najniezbędniejszych sił teatru. Jej stanowisko było właściwie lepszem od innych, bo choć nigdy nie zbierała takich pochwał jak primadonna, miała jednak już swoje role, których jej nikt zaprzeczyć nie mógł. Nikt przeciw niej nie intrygował, żeby jej szkodzić, była dobrą, rzetelną koleżanką i wszyscy ją lubili.
Przyznawała sama, że miała doskonałe stanowisko i że źle zrobiła popełniając, głupstwo, które zmusiło ją do porzucenia go. Umarła, mając lat sześćdziesiąt, ale z pewnością mogła była pozostać na swem stanowisku w teatrze do końca. Wciąż jeszcze była ruchliwą i silną i miała wspaniały głos. Mogła była jeszcze bardzo dobrze grać wierne służące, wieśniaczki i stare mrukliwe ciotki. Nikt nie byłby tego lepiej zagrał od niej.
Ale nieszczęście chciało, że Oliwia miała pewną ideę i to było czemś, za czem tęskniła, czemś, do czego przez całe życie dążyła i od czego odstąpić nie mogła.
Jest bardzo prawdopodobne, że Oliwia przez cały czas uznawała, że to głupstwo. Ale jej myśli przez całe życie obracały się w tym kierunku i nie mogła ich wstrzymać. Było to tak, jakby się chciało wołać na spadający kamień, aby się wstrzymał i pozostał w powietrzu.
Rzecz miała się mianowicie tak, że siostra Oliwia nie była rodowitą Paryżanką; wyrosła ona w Normandyi, jako córka wieśniaka. Dzieciństwo swe i pierwszą młodość spędziła wśród chłopów i ludzi niewykształconych. Do siedemnastego roku życia nie widziała ani miasta, ani teatru.
Raz, kiedy już była dorosłą, zabrali ją z sobą rodzice na jarmark do miasteczka Caen i tam ojciec Miteau okazał się tak szczodrobliwym, że zabrał ją wraz z matką do teatru.
Tak ujrzała siostra Oliwia pierwszą sztukę, a sztuką tą było Hernani, dzieło wielkiego Wiktora Hugo.
Od chwili, kiedy zasłona poszła w górę, siostra Oliwia zupełnie oderwała się od ziemi całą duszą była na scenie. Nic nie zdawało jej się tam obcem, od pierwszej chwili rozumiała wszystko. Starała się tylko przypomnieć sobie, kiedy i gdzie już to wszystko widziała.
Podczas gdy tak siedziała w teatrze, wydało się jej bardzo dziwnem, że ona jest Oliwią Miteau. dziewczyną wiejską, wychowaną na chłopskim folwarku. Zdawało jej się, jakoby to, co widziała, było jej prawdziwą ojczyzną. I nie patrzyła na przedstawienie tak, jak inni, lecz przeżywała je, od początku do końca. Przez cały czas była piękną Hiszpanką donną Sol, kochaną przez Hernaniego i cesarza Karola V, a kiedy w dniu weselnym zabrzmiał róg hrabiego Lunax, czuła się równie zdruzgotaną, jak gdyby Hernani od jej boku był oderwany.
Po tym wieczorze w teatrze w Caen miała Oliwia tylko jedną myśl: wszystkie marzenia i wszystkie tęsknoty biednego dziewczęcia koncentrowały się w tem, żeby się dostać do teatru i żeby grać Donnę Sol.
Trudno zrozumieć, jak mogła dom opuścić, ale Oliwia nie dała się niczem przestraszyć. — Przezwyciężyła ojca Miteau i matkę i swe przywiązanie do ojcowizny i opór pewnego młodego człowieka, który czekał na nią i jej posag. — I tak się stało, że ona, która nigdy niczego więcej się nie uczyła, jak gotować, przyłączyła się do wędrownej trupy aktorskiej.
Podczas całego pierwszego roku, nim się nauczyła mówić po francusku akcentem paryskim, nic innego nie robiła, tylko zamiatała scenę i obsługiwała prawdziwe aktorki. Nie było to rzeczą łatwą dla przyszłej donny Sol ścierać kurz z krzesła tronowego, mającego stać na scenie, albo przygotować w porządku toaletę primadonny. Ale Oliwia znosiła wszystko z dobrym humorem i wszyscy jej koledzy polubili ją. Wszyscy jej życzyli, żeby wnet wystąpiła. — Ach, gdyby pan już raz znalazł jakąś rolę dla naszej biednej Oliwii — zwykli mówić do swego dyrektora.
I w końcu dostała sióstra Oliwia rolę, lecz nie taką, jakiej sobie życzyła. Chciała grać królowę, kazano jej zagrać młynarkę. Miała być prostaczką i gburowatą, w sukniach ubogich i omączona. Siostra Oliwia zwykła opowiadać, że kiedy tę rolę dostała, straciła odwagę i poczęła płakać. Pierwej, kiedy jeszcze zamiatała podłogi i schody, nigdy nie płakała.
Ale sama primadonna zniżyła się do tego, aby pocieszyć siostrę Oliwię, i powiedziała jej, żeby była rada, że przecież stanie przed publicznością. Nigdy nie będzie mogła dojść do donny Sol, jeśli nie zechce zacząć od młynarki. Ona, primadonna, zaczęła od chłopca szewskiego.
Siostra Oliwia nauczyła się więc roli i grała ją tak, jak ją zrozumiała. A kiedy ją zagrała, zapłakała drugi raz. Powiodło się jej nadzwyczajnie. Publiczność klaskała, a koledzy winszowali jej talentu. Tak, temu powinna się poświęcić, to umiała — stara, rutynowana aktorka nie byłaby tego lepiej zrobiła.
Ale siostra Oliwia płakała, nie miała ochoty, żeby ją z powodu młynarki chwalono; coś w jej wnętrzu szeptało jej, że to stanie na przeszkodzie jej donnie Sol.
I siostra Oliwia miała powód do płaczu. — Zdawało się, że przewidziała wszystkie te cierpienia, które ją czekały. Bo od tego czasu występowała, ale nigdy w roli, któraby ją zadowolniła. Nigdy nie pozwalano jej mówić wierszem, a kiedy dawano romantyczne sztuki, w których występują książęta i księżne, nie miała co na scenie robić.
Sprzykrzyło jej się to nareszcie i poszukała miejsca w innem towarzystwie teatralnem. Nie trudno jej było dostać nową posadę. Dyrektorzy ubiegali się o nią. Ale Oliwia nie podpisała wpierw kontraktu, póki dyrektor nie zobowiązał się dać jej rolę donny Sol w Hernanim. W kontrakcie też zapisywano, że jak tylko będzie wystawioną sztuka Hernani, rolę bohaterki gra£ będzie siostra Oliwia. A potem dyrektor kazał jej grywać jej zwykłe role, w których zawsze miała powodzenie, ale utrzymywał, że Hernani jest sztuką niemodną, że nie zwabi publiczności i że on nie ma odwagi umieścić tę sztukę w repertuarzu.
Biedna siostra Oliwia myślała nieraz, czy nie i byłoby najmądrzej wrócić do swoich jabłoni i narzeczonego, ale nadzieja nie mogła w niej zamrzeć. I została w teatrze i grywała nadal swe małe role, które nie kosztowały jej ani trudu, ani pracy, a w których zawsze miała powodzenie. W końcu jej znaczenie tak wzrosło, że dyrektor Teatru Français przyszedł do ich teatrzyku, by zobaczyć ją na scenie. A koniec był taki, że siostra Oliwia przeniosła się do gmachu Moliera.
Kiedy się to stało, siostra Oliwia myślała tylko o tem, że teraz chyba będzie jej dozwolonem zagrać rolę donny Sol na najpierwszej scenie Francyi i pogodziła się niemal trochę z temi wszystkiemi młynarkami i przekupkami, kiedy ją tak daleko zaprowadziły.
Na szczęście odniosła siostra Oliwia tak wielkie wrażenie z gry wielkiej aktorki, która tę rolę przedstawiała, kiedy raz sztuka ta była w repertuarzu, że przez kilka lat nie odważyła się wcale mówić o swem życzeniu. Ale czas upływał i obawiała się, że będzie potem za stara. Musisz to teraz przeprowadzić, albo nigdy — mówiła sobie. Wiesz przecież, że zagrasz donnę Sol tak, jak jej nikt jeszcze nie zagrał przed tobą. Cóż myślisz, Oliwio, przecież jeszcze nie osiągnęłaś celu swego życia! Czyż po to opuściłaś swój dom rodzinny, aby grać role tych wieśniaczek? Mój Boże, na to nie potrzebowałaś się wzbijać aż do Teatru Français, aby się zachowywać jak wieśniaczka.
Poszła więc do dyrektora i mówiła z nim o tem, a dyrektor przyrzekł spełnić jej życzenie. Na próżnych obietnicach upłynęło trzy do czterech lat.
Kiedy już dziesięć lat była na scenie Teatru Francuskiego, znów przyszła ze swą prośbą do dyrektora.
— Dłużej już służyłam na scenie, aniżeli Jakób — rzekła. — Musi mi pan dać moją donnę Sol.
Dyrektor zgromadził wszystkich znakomitszych aktorów, którzy mieli jakiś głos w sprawach teatru, i zapytał ich o zdanie w tej sprawie. Musimy pozwolić Oliwii Miteau spróbować — rzekli. — Naturalnie zrobi fiasko, ale nie ma innego sposobu na załatwienie tej sprawy.
W następnych tygodniach siostra Oliwia uwolniła się od wszystkich zajęć i przygotowywała się do swej roli. Szczególnem było to, że zmiarkowała wnet brak wszelkiego zapału do tej roli. — Muszę to uczynić — myślała — ale sądzę, że będę rada, gdy to przeminie, a ja powrócę do moich ról.
I czasami, kiedy recytowała romantyczne słowa swej roli, uważała je za niesmaczne i nienaturalne. — Ach — mówiła — za stara już jestem. W rzeczywistości to była jej wina. Nie była przyzwyczajona do wierszy i nie mogła na gwałt nauczyć się deklamować naturalnie i lekko. Wielkie słowa nie chciały jej przejść przez gardło. Widziała też, że musi się wyuczyć zupełnie innego sposobu chodzenia i poruszania rękami.
— To przecież głupstwo — mówiła czasami — nikt nigdy tak nie chodził, ani się tak poruszał, jak ta donna Sol. To nie jest rola dla mnie.
Ale czasami coś z dawnego zapału dla roli odżywało w niej i wtedy myślała:
— Kiedy rzeczywiście wystąpię, kiedy nareszcie stanę na scenie, będę taką donną Sol, jaką nikt przedemną nie był. Wiem, że ona żyje we mnie, jako moje drugie ja. Co to znaczy, że mi się na próbach nie wiedzie? Wiem, że w wielkim momencie ona się ujawni.
Niemniej Oliwia była po każdej próbie zrozpaczona, a uczucie to podzielali dyrektor i reszta artystów.
— Panno Miteau — rzekł do niej pewnego dnia dyrektor tonem bardzo uprzejmym — pani ma moje słowo i stanie się wszystko, co pani zechce. Ale czy pani chce naprawdę?
— Nie wiem, czy chcę — rzekła — ale wiem, że muszę.
Przewidywała klęskę i to klęskę w tem właśnie, co było ambicyą jej życia, klęskę w żądnym śmiechu Paryżu, na pierwszej scenie Francyi...
I zdawało się, że siostra Oliwia traci zupełnie zmysł zrozumienia dla tej roli: zajmowała się tylko rzeczami podrzędnemu, przymierzała peruki, to czarną, to rudą, tak jak się wybiera, gdy rozchodzi się o szczęście całego życia.
Przymierzała suknie z niesłychaną dokładnością, charakteryzowała się szminką na próbę raz różową, raz znów oliwną. Ale ona, która jako garderobiana wyglądała mile i niemal zgrabniej, była jako dama sztywna i niezgrabna. A jej twarz, która z pod czepka pokojówki wyglądała młodo i świeżo, teraz wydała się szczególnie starą i zniszczoną, — kiedy miała przedstawiać hiszpańską donnę Sol.
— Musi się przecież udać — myślała sobie. — Od siedemnastego roku życia czułam, że jedynie po to na świat przyszłam, aby grać tę rolę.
Hernani jest sztuką starą i w ogólności nie wabi publiczności do teatru, ale w ów wieczór kiedy siostra Oliwia grała, wszystkie miejsca były zajęte. Wszyscy znali jej historyę i ludzie byli trochę wzruszeni jej długoletnią miłością dla donny Sol.
— Czemu nie pozwolono jej tej roli zagrać dawniej? — pytano. — Jest już za stara i będzie okropna.
Jednak ten i ów oczekiwał, że występ jej powiedzie się, bo to przecież zdawało się być jej wewnętrznem powołaniem.
Wśród publiczności panowało od początku sztuki wielkie zainteresowanie.
Ale kiedy się kurtyna podniosła, a siostra Oliwia weszła na scenę i zaczęła mówić! Jedno jedyne westchnienie wyrwało się z piersi słuchaczy i nikt już nie był więcej ciekawy. Publiczność była jakby ślepa i głucha i starała się o niej zupełnie zapomnieć.
Siostra Oliwia nie mogła potem zrozumieć, jak ten wieczór minął. Publiczność nie była względem niej surową, przeciwnie była współczującą. Uważano to nawet za dowcipne, że jej się tak kompletnie nie powiodło, że się tak gruntownie pomyliła co do swego powołania. Tego i owego opanowała naturalnie trwoga kiedy pomyślał o tej idei, która opanowała siostrę Oliwię i tak ją zawiodła. Coś podobnego mogło się przecież każdemu przydarzyć.
— Powinna się w każdym razie czuć szczęśliwą — mówiono — przecież przez to urojenie zdobyła doskonale stanowisko i przecież tej okropnej roli, która zupełnie nie leży w jej charakterze, więcej grać nie potrzebuje.
Siostra Oliwia była zrozpaczona. Czemuż nie przejęła się tą swoją rolą, czemu była tak zimną, czemu nic nie czuła? Jak mogła tak nienaturalnie deklamować? Czyż nie była artystką? Czuła się niemal w możności siebie samą wygwizdać. Miała przecież tego Hernaniego kochać. Ale jej spojrzeniom, gdy na nim spoczywały, brakło zupełnie ognia. Ach, czyż to ma być donna Sol? — myślała, idąc ciężko i niezgrabnie przez scenę.
Ale Oliwia była bardzo łubianą i nie odniosła żadnej szkody wskutek swej porażki. Było to bardzo pięknie, że tak krytyka, jak i publiczność wstrzymali się zupełnie od omawiania jej fiaska i starali się tylko jak najprędzej zapomnieć. Daremnie przerzucała siostra Oliwia nazajutrz pisma, aby przeczytać krytykę o swym występie. Zupełnie o nim nie wspomniano.
Wzruszyło ją to, ale równocześnie strach ją ogarnął ogromny.
— Czyż byłam tak straszną — myślała — czyż byłam taka, że nie ważą się nawet pisać o mnie?
Przed południem złożył jej wizytę dyrektor. Nie przemilczał on tego, co się stało, ale tłómaczył i wyjaśniał sprawę jak lekarz, który analizuje jakąś chorobę.
— Czekała pani za długo i wyczekiwała pani ze zbyt wielkiem napięciem. To pozbawiło panią tchu i rozmysłu. Grała pani niejako z gardłem obandażowanem i rękami w okowach. Pierwszy raz niemożliwem było, żeby się pani powiodło, dziś musi pani wypocząć, ale jutro — czy chce pani jutro spróbować?
Siostra Oliwia namyślała się. Czasami, kiedy odniosło się porażkę, czuje się, że pójdzie lepiej następnym razem. Ale ona, usłyszawszy propozycyę dyrektora, nie czuła nic podobnego. Nie miała sił raz jeszcze podjąć walkę. Nie miała nawet ochoty. Mimo, że tak źle poszło, cieszyła się jednak, że już przeszło.
Podziękowała więc dyrektorowi i odmówiła.
Dyrektor spojrzał na nią przenikliwie i począł mówić o czem innem.
Kiedy wstał, aby ją pożegnać, rzekł jakby przypadkiem:
— Spotkamy się przecież jutro na próbie, nieprawdaż, pani?
Przy tych słowach siostra Oliwia zlękła się tak bardzo, że omal nie upadła. Czuła, że jeśli znów wystąpi, będzie ją zawsze opanowywała ta sama niepewność i to samo skrępowanie, jak na poprzednim wieczorze. Naraz zrozumiała, że nie może już grać żadnej roli. O tem siostra Oliwia przedtem nie myślała, ale w chwili, kiedy dyrektor powiedział jej, żeby przyszła na próbę, pojęła to jasno.
Siostra Oliwia wzięła ośmiodniowy urlop, a kiedy wróciła do swego zajęcia, była wesoła i zdrowa i najwidoczniej zapomniała o całem zajściu.
Ale kiedy po raz pierwszy miała wejść na scenę, opanowała ją szczególna niechęć. Musiała się zmusić, aby to uczynić. To nie był strach, był to niemal nieprzeparty wstręt.
A kiedy stanęła na scenie, na której zwykle czuła się tak dobrze, opanowało ją zimno lodowe, czuła, że rysy twarzy dziwnie jej sztywnieją, jak wówczas, gdy grała Hiszpankę. A kiedy zaczęła mówić, poznała głos obrzydliwy, nienaturalny w roli donny Sol.
Od tej chwili siostra Oliwia znienawidziła teatr. Ale że była osobą praktyczną i mądrą, nie odrazu ustąpiła. Całą zimę walczyła z tą niechęcią, aż w końcu wzięła ona w niej górę.
— Dosyć już ról popsułam — rzekła do swego dyrektora — abym mogła przyznać, że już jestem do niczego. Pozostaje mi tylko pójść w swoją drogę.
Potem przyszła do nas i została siostrą miłosierdzia. Była zawsze spokojną i wesołą, a chorzy lubili ją bardzo. Była u nas szczęśliwą; leżało to w jej naturze być szczęśliwą.
Kiedy ją poznałam, byłam jeszcze młodą i nieraz ją pytałam: Czy siostra nie tęskni za światem, za teatrem, swojemi rolami, swymi końmi, pięknymi meblami?
Przypominam sobie dokładnie siostrę Oliwię, gdy ją tak raz pytałam. Z latami coraz bardziej stawała się podobną do starej wieśniaczki, utyła, twarz jej zgrubiała i pomarszczyła się, ale wyglądała też silna i mądra z tą swoją brodą i jasnemi oczyma.
— Za czem miałabym tęsknić? — mówiła. — Przecież niemożliwie było dłużej wytrzymać. Do czego miałam chęci, nie miałam zdolności, a do czego miałam zdolności, brakło mi chęci.
Siostra miłosierdzia zakończyła:
— Tak, to była historya siostry Oliwii.
— Wie pani co? — rzekł konsul. — Ja widziałem ją na scenie. Nawet byłem w teatrze w ów wieczór, kiedy grała donnę Sol. Tak, to było fiasko! Ale jak się siostra na to wszystko zapatruje?
— Jedno zdanie może być tylko — wtrącił kapitan — to wewnętrzne powołanie jest oszustwem.
— Musi mu się niedowierzać — rzekł malarz.
— Niedowierzać, niedowierzać! — zawołał niemal gniewnie konsul. — Musi się przecież i miłości niedowierzać, ale cóż z nas bez niej będzie Nic! A cóż my możemy, jeśli nie czujemy się powołani? Nic. Do czego jesteśmy zdolni? Do niczego. Jakie jest zdanie pani, siostro Agnieszko?
— Myślę, panie Bartout, że w ten czy ów sposób w tem wszystkiem musi być coś boskiego.
— Tak, rzeczywiście — rzekł konsul — a gdyby nawet ta boskość była niebezpieczną, czy to może być powodem, aby ją znieważać?





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: anonimowy.