Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stawała się podobną do starej wieśniaczki, utyła, twarz jej zgrubiała i pomarszczyła się, ale wyglądała też silna i mądra z tą swoją brodą i jasnemi oczyma.
— Za czem miałabym tęsknić? — mówiła. — Przecież niemożliwie było dłużej wytrzymać. Do czego miałam chęci, nie miałam zdolności, a do czego miałam zdolności, brakło mi chęci.
Siostra miłosierdzia zakończyła:
— Tak, to była historya siostry Oliwii.
— Wie pani co? — rzekł konsul. — Ja widziałem ją na scenie. Nawet byłem w teatrze w ów wieczór, kiedy grała donnę Sol. Tak, to było fiasko! Ale jak się siostra na to wszystko zapatruje?
— Jedno zdanie może być tylko — wtrącił kapitan — to wewnętrzne powołanie jest oszustem.
— Musi mu się niedowierzać — rzekł malarz.
— Niedowierzać, niedowierzać! — zawołał niemal gniewnie konsul. — Musi się przecież i miłości niedowierzać, ale cóż z nas bez niej będzie Nic! A cóż my możemy, jeśli nie czujemy się powołani? Nic. Do czego jesteśmy zdolni? Do niczego. Jakie jest zdanie pani, siostro Agnieszko?
— Myślę, panie Bartout, że w ten czy ów sposób w tem wszystkiem musi być coś boskiego.
— Tak, rzeczywiście — rzekł konsul — a gdyby nawet ta boskość była niebezpieczną, czy to może być powodem, aby ją znieważać?