Historya Nowego Sącza/Tom I/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Sygański
Tytuł Najazd szwedzki (1655).
Pochodzenie Historya Nowego Sącza
Tom I. Obraz dziejów wewnętrznych miasta
Wydawca Nakładem autora
Data wydania 1901
Druk Drukarnia Wł. Łozińskiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
Rozdział  V.
Najazd szwedzki (1655).[1]

Karol Gustaw, król szwedzki, postanowił od pierwszej chwili wstąpienia swego na tron (16. czerwca 1654 r.) korzystać z wewnętrznego w Polsce rozstroju, tudzież z wycieńczenia jej ostatniemi okropnemi wojnami, aby rozpocząć nową wojnę. Licząc zaś na pomoc dyssydentów, najgorliwszysch swoich stronników, i niechętnych Janowi Kazimierzowi a podburzanych przez Hieronima Radziejowskiego magnatów i szlachty, zamierzał zdobyć dla siebie polską koronę. Gdy wszystkie poselstwa i negocyacye w celu utrzymania pokoju i zawarcia wspólnego przeciw Moskwie przymierza okazały się bezowocnemi, owszem sejm szwedzki zgodził się na zamiary swego króla, a Karol Gustaw rozpoczął ogromne zbrojenia — Jan Kazimierz, lubo już trochę za późno, zwołał sejm do Warszawy, który (od 19. maja do 20. czerwca 1655 r.) pod grozą niebezpieczeństwa z rzadką zgodnością uchwalił pospolite ruszenie i łanowego żołnierza z dóbr szlacheckich i duchownych[2].
Na mocy tych uchwał sejmowych i wobec grożącego niebezpieczeństwa, Nowy Sącz nie pozostał w tyle za innemi miastami i, mimo swych szczupłych dochodów, nie szczędząc wydatków, rozwinął gorączkową czynność. Przez całe dwa miesiące, aż do końca sierpnia, sposobiono się na wszelki wypadek do pogotowia i trwały uzbrojenia. I tak już do końca lipca naprawiono bramę krakowską i wzmocniono ją nowemi zawiasami, panewkami i kunami[3]. Także łoże wielkiego dzieła w tej brami wzmocniono trzema tęgiemi szynami. Mury, gdzie były źle pokryte, pobito gontami. Drzwi do wieży zamkowej źle się trzymały, więc sporządzono hak nowy mocny i wmurowano go należycie. O zegarze ratusznym także nie zapomniano: ślusarz naprawił walec, tryb, dwa pióra do wahadła i sprężynę pod młot. Muszkiety ratuszne też obejrzano, a nadpsowane trzy poprawiono i ochędożono. Stelmach dorobił oś do działa, a ślusarz ochędożył armatę. A kiedy już znaczniejsza część koniecznych i naglących robót ukończoną została, z początkiem sierpnia rajcy odbyli rewizyę baszt; zaraz zaś potem nastąpiła monstra, na której oprócz mieszczan byli obecni i chłopi[4].
Lecz nie były to jedyne wydatki, które miasto na obronę własną i na potrzeby publiczne ponosić musiało. Wśród wspomnianych przygotowań publikowano w Nowym Sączu 12. lipca Uniwersał, ażeby szlachta na pospolite ruszenie wyjeżdżała[5], a woźny, który przez dwa dni wykonywał ten obowiązek, otrzymał na koszt miasta wynagrodzenia 10 gr. Równocześnie od początku lipca aż do połowy sierpnia przechodziły przez Nowy Sącz różne oddziały wojska na czele swoich rotmistrzów i kapitanów, tudzież piechota jużto hetmana polnego Stanisława Lanckorońskiego, jużto marszałka wielkiego Jerzego Lubomirskiego, spiesząc ku Warszawie na pomoc przebywającemu tamże królowi. Miasto wszystkim dawało stacye i gościło starszyznę wojskową winem i miodem, a szeregowców piwem i wódką. A gdy po ukończeniu sejmu walnego, zebrał się w Proszowicach sejmik województwa krakowskiego w celu narady nad wykonaniem zapadłych tamże uchwał oraz grożącem niebezpieczeństwem, panowie rajcy Nowego Sącza, na mocy uchwały tegoż sejmiku z 14. lipca, zapłacili na piechotę łanową z wiosek miejskich: Żeleźnikowej, Paszyna, Falkowej, Piątkowej i Roszkowic 170 złp., zaś z 70 domów mieszczańskich 300 złp.[6]. — Tak nie szczędząc grosza, może nad siły swoje, dopełniało nasze miasto ciążącego na niem obowiązku względem ojczyzny!
Tymczasem od końca lipca, od wkroczenia Szwedów do Polski, prawie każdy dzień przynosił coraz bardziej przerażające wieści o coraz większych postępach najezdnika i coraz straszniejszych klęskach kraju. Dnia 25. lipca poddało się pospolite ruszenie wielkopolskie, zgromadzone pod Ujściem w celu bronienia przeprawy przez Noteć, a z niem cała właściwie Wielkopolska. Za jej przykładem 17. sierpnia poddaje się województwo sieradzkie; 18. sierpnia za sprawą Janusza Radziwiłła Litwa, zrywając unię, uznaje Karola Gustawa swym wielkim księciem: król opuszcza stolicę i cofa siku Krakowu, a 20. sierpnia kapituluje Warszawa... Jakie to do głębi duszy wstrząsające wypadki musiały wywołać w Nowym Sączu przerażenie i jaką przejmować zgrozą, łatwo sobie wyobrazić — nieodżałowana szkoda, że źródła nasze żadnych bliższych nie podają nam o tem wiadomości. Lecz najstraszniejsze były niezawodnie jeszcze późniejsze: że królowa wraz z najwyższem duchowieństwem zmuszona szukać schronienia na Śląsku; że Szwed już podstąpił pod Kraków; że król uchodząc, błąka się po kraju...
Jakoż Jan Kazimierz, ustępując przed potęgą i szczęściem Karola Gustawa, zdawszy obronę Stefanowi Czarnieckiemu, opuścił Kraków 14. września i zwrócił się ku Tarnowu. Wojsko zaś koronne niepłatne, będące pod dowództwem Lanckorońskiego, zamiast pozostać dla odsieczy Krakowa, zawiązało się w konfederacyę i ruszyło samowolnie ku Wiśniczowi, a stamtąd ku Tarnowu. Karol Gustaw, który osobiście z doborem przedniej straży w pogoń szedł za królem, nie chcąc podczas oblężenia Krakowa mieć na swych tyłach wojsk polskich, zająwszy 21. września Wiśnicz, który mu się poddał w kilkaset ludzi załogi i 35 dział, pędził przeciwko nim drogą bocheńską prosto ku Tarnowu. Ale właśnie w tej chwili Jan Kazimierz zboczył zręcznie ku Wiśniczowi, i to go ocaliło. Karol Gustaw, nie spostrzegłszy tego, uderzył pod Wojniczem[7] 23. września na wojsko skonfederowane i rozbił je zupełnie — Jan Kazimierz zaś tymczasem, korzystając z sposobności, pospieszył ku górom karpackim i Nowemu Sączowi.
Dnia 27. września 1655 r. nagle zjechał oboźny[8] Jego Królewskiej Mości do Nowego Sącza przygotować stacye, bo król Jan Kazimierz uchodził ku Spiżowi i Węgrom[9]: całe miasto było w niesłychanem poruszeniu i trwodze. Za królem w pewnym odstępie jechał dwór jego i kilku wiernych senatorów. Przy osobie króla jechał mały oddział dragonii i najpowierniejsi dworzanie. Na przywitanie króla Jegomości wyszła wszystka ludność i duchowieństwo Nowego Sącza, tak że kiedy wypadło ochrzcić przyniesioną właśnie Piotra Chwaliboga córeczkę, nie było księży wikarych w mieście, ani kanoników kollegiaty, i musiano zawezwać duchownej pomocy OO. Norbertanów. Nie odmówił wiekowy przeor ks. Jan Pławiński, niby ów nocny stróż Syonu przy kościele i klasztorze pozostały, i przyjął niemowlę na łono Kościoła[10].
Żałosny król wjeżdżał już wieczorem do miasta bez wszelkiej okazałości, nie witany nawet, jak zwykle, mowami uroczystemi. Cztery tyko pochodnie gorzały u bram miasta przez krótki czas jego pobytu. Za dworem jechała mała garstka dworzan, którym gospody rozdawał wspomniony oboźny królewski, a przy tym trudzie wypił wina dwa garnce za 4 złp. na koszt miasta[11]. Wojsko zaś królewskie rozłożyło się obozem na gruntach folwarku Wierzbięcińskiego za rzeką Łubinką, gdzie obyczajem żołnierskim ówczesnemu właścicielowi, Walentemu Włockiemu, znaczne poczyniło szkody[12]. Wieziono też 12 więźniów szwedzkich, między którymi był Jerzy Forgwell, ulubieniec Karola Gustawa. Wieziono i korony i cały skarbiec koronny, którego strzegł Wolf[13], wierny pokojowiec królewski, a tylko najpowierniejsi wiedzieli o tem.
Król, wjechawszy na zamek, rozkazał natychmiast, aby kilku mieszczan odważnych i przytomnych z małym oddziałem dragonii królewskiej co tchu skoczyło pod Kurów, i tam na przewozie znajdujące się promy porąbali. Rozkaz królewski wykonano jeszcze w nocy zapomocą chłopa, który wpław Dunajec przebywszy, prom i czółno na prawy brzeg przewiózł. Wdzięczne miasto Jego Królewskiej Mości dało chłopu za ten kunszt 1 złotego, a dragonom na piwo 1 złp.[14].
Następnego dnia wyjechał Jan Kazimierz ku Czorsztynowi, nadgranicznemu od Spiża zamkowi, gdzie Jerzy Lubomirski, marszałek wielki koronny, króla oczekiwał. Burmistrz Marcin Frankowicz postarał się dla króla o przewodnika świadomego drogi i zapłacił mu za trud 2 złp.[15].
Za królem zjechali do Sącza Piotr Gębicki, biskup krakowski, i Jan Gębicki, biskup chełmski, nominat płocki, wreszcie żona Stanisława Lanckorońskiego, hetmana polnego koronnego. Pisarze jej jechali przodem z assygnatą na potrzebną żywność, którą pani hetmanowa płaciła. Panowie rajcy przyjęli ich uczciwie obiadkiem i garncem wina. Pan Jędrzej Suszycki, pisarz miejski, przygotowany i nie krępowany zakazem dostojnych gości, wystąpił z pięknem przywitaniem w imieniu miasta. Szczególnie witał biskupa krakowskiego, jako zbawcę wśród trwogi i niebezpieczeństwa zbójeckiego w 1651 r. przed Alexandrem Napierskim. Do biskupa chełmińskiego osobną miał mowę, a do hetmanowej osobną, a wszystkie piękne i figurami krasomowskiemi ozdobne. Wedle starego i przyjętego zwyczaju należało się pisarzowi miejskiemu od każdej mowy publicznej półgarnca wina; zważając jednak na ciężki czas, contra consuetudinem observatam, obdarzono go tylko 1 złp.[16].
Po odjeździe króla, biskupów i dostojnych gości, ogarnął miasto niewymowny żal. Mieszczanie, ze swymi cechami na czele, zebrawszy się na wiece, radzili, co czynić wypada?... Królowie obdarzyli wierne miasto swoje licznemi wolnościami, pozwolili pobierać cło od towarów lądem i wodą wiezionych, aby zato mury i wieże miasta w należytym utrzymać stanie. — Jakoż istotnie mury i baszty i bramy obronne nie były zaniedbane, i armata rozmaita była i cechowy proch i kule po basztach, a ratuszne na wieży. Nie dziw przeto, ze mieszczan brała ochota zawarcia bram przed Szwedami, zaufania w Bogu, w murach miejskich i odwadze własnej. Niebawem wyprawiono też gońca do króla w Czorsztynie z zapytaniem, czy się poddać Szwedom, czy silny stawić im opór, a na drogę dano mu 6 złp.[17].
Jan Kazimierz, opuszczając Polskę i nie chcąc, aby za niego najpiękniejsze miasta marniały, kazał się poddać Sączowi, a sam przez Spiż miał jechać na Śląsk, bo już na Żywiec nie bardzo było bezpiecznie, skoro jenerał szwedzki, Krzysztof Königsmark, wprost od Krakowa spiesząc, chciał królowi przeciąć drogę. Przed odjazdem z Polski uczynił król jeszcze ostatni krok do Karola Gustawa. Wysłał do niego posłańca z listem, przydawszy mu za towarzysza owego szwedzkiego jeńca, pułkownika Forgwella, obdarzonego wolnością[18], aby się wstawił za poddającym się Sączem.
Z początkiem października 1655 r. wkroczyli Szwedzi do miasta pod dowództwem Forgwella, którego Jan Kazimierz przed kilku dniami z niewoli wypuścił; niebawem nadciągnęli także ochotnicy hr. Magnusa de la Gardie z swym porucznikiem Patrykiem Gordonem, i natychmiast obsadzili baszty i mury, jako też straż zamkową i bramną objęli. Komendant załogi, pułkownik Forgwell, bardzo był umiarkowanym w żądaniach swoich, w wojsku swem utrzymywał karność i porządek, to też i zwykły jarmark na św. Marcin odbył się spokojnie, i dzwoniono, jak zwykle, zwołując lud okoliczny na kupno i sprzedaż. Baszty tylko i mury zwiedził pan komendant, oprowadzony przez rajców i burmistrza ówczesnego, Joachima Raszkowicza[19]. Ale gdy w połowie listopada powołany przez swego króla, Karola Gustawa, do niego wyjechał, objął dowództwo podpułkownik Stein. Od tej chwili wszystko się zmieniło.
Powolni dotąd Szwedzi zaczęli uciskać mieszkańców różnemi daninami i ciężkiemi kontrybucyami. Sam podpułkownik dał uczuć miastu zmianę zaszłą postępowaniem swoim. Kazał sobie przynosić na zamek lane woskowe świece; posyłano mu je odtąd prawie codziennie[20]. Te łupiestwa wywołały oburzenie tak mieszczaństwa, jak i ludu wiejskiego w całej okolicy, objawiające się głośnemi groźbami, aż wreszcie wieść o znieważeniu grobów kościelnych przez stronnika szwedzkiego, szlachcica Floryana Siemichowskiego, szukającego tam ukrytych skarbów, rozjątrzyła całą ludność do ostateczności. Rzecz miała się tak:
Skoro tylko o poddaniu się Krakowa Szwedom w dniu 18. października 1655 r.[21] wieści gruchnęły, cała aryańska szlachta nad Dunajcem odżyła i podniosła głowy; cisnęła się do Szwedów, przyjmując ich z radością i wynosząc pod niebiosa, jako pocieszycieli utrapionych. Wtedy to Floryan Siemichowski, który niedawno odrzekł się wiary aryańskiej w kollegiacie, połączył się napowrót z aryanami sandeckimi, a nawet przyjął służbę pachołka u Liktyna, majora szwedzkiego. Odwrotnie, cała reszta mieszkańców od wtargnienia Szwedów do kraju, a tem bardziej, skoro łupiestwa ich rozgłos znalazły, starała się pochować i poukrywać, co miała droższego, zakopując w ziemię, topiąc w wodzie lub chowając w odludnych miejscach.
Pani Zofia Stanowa, wdowa po Jerzym Stano, staroście sandeckim, jużto z domu, jużto po mężu miała złoto, srebro i inne kosztowności, tak w pieniądzach, jako i sprzętach, szatach i ozdobach. Nie wiedziała, co z tem począć, gdzieby to pochować? — udała się więc po radę do swego kuma, pana Jana Boczkowskiego, podstarościego sandeckiego. Ten był w podobnem położeniu i także radby był gdzie ukryć, co miał droższego. Czyli więc z obopólnej narady, czy może idąc za zdaniem wielce sobie przychylnego kustosza kollegiaty, ks. Jana Witaliszowskiego, uradzili przechować swoje skarby w grobach kollegiaty sandeckiej. Nocą więc przeniesiono skrzynie do kościoła, gdzie odebrał je Marcin Nikburowicz, dzwonnik. Poczem ksiądz kustosz ukrył je gdzieś w kościele, ale nikt nie wiedział gdzie i jakim sposobem.
Atoli wiarołomny i przebiegły Siemichowski wywiedział się od ludzi podobnych sobie, że w grobach kollegiaty mają być ukryte skarby pani Stanowej i pana Boczkowskiego. Wywiedział się dalej, że grubarz, Maciej Trela, w nocy otwierał do grobu w kaplicy św. Jakóba. Natychmiast doniósł o tem panu swemu Liktynowi i podpułkownikowi Steinowi. Zaraz też major Liktyn wziął kilkunastu pachołków szwedzkich i wraz z Siemichowskim udali się do kollegiaty. Zawołali dzwonnika Nikburowicza, kazali sobie otworzyć, i wraz z księżmi wikarymi, którzy przerażenie chcieli być świadkami, przystąpili do grobu pod kaplicą św. Jakóba. Siemichowski wraz z pachołkami szwedzkimi podniósł ciężki głaz, wejście do grobu pokrywający; poczem zdjął z ołtarza świecę woskową, zapalił w lampie i wszedł do grobu najprzód sam, za nim pachołki, a wkońcu kazano i dzwonnikowi iść. Leżał tam tłumok skórzany; więc jął go rozwięzywać. Dzwonnik Nikburowiecz rzecze: „To są rzeczy księdza seniora wikarych, niech Waszmość do spokój!“ — porwał tłumok i wyniósł na górę. Siemichowski tymczasem zaglądał poza trumny, szukając, czy tam nie ma więcej? Nie znalazłszy nic, kazał dzwonnikowi bieżeć czem prędzej po grubarza Trelę na przedmieściu. Nikburowiecz pobiegł, ale wprzód wstąpił do pana Wawrzyńca Szydłowskiego, rajcy i opiekuna kollegiaty, oznajmując, co się dzieje.
Przybiegł co tchu Szydłowski, a zaraz potem przybył i Sebastyan Rozborowicz, grubarz, i wpuszczono ich. Siemichowski stał z zapaloną świecą w ręku, a pachołcy rozwięzywali tłumok. Księża wikarzy upewniali, że to ich rzeczy, które sędziwy ksiądz senior do grobu schować kazał. Nie wierzono ich mowie, a wydobyte srebrne łyżki stołowe chciał Siemichowski zabierać. Księża upominali się, okazując herb księdza seniora. Starszyzna szwedzka przekonawszy się, że to istotnie znaki ks. Marcina Chamilcowicza, seniora, staruszka zgrzybiałego, kazała oddać łyżki i cały tłumok.
Ale grobów było jeszcze kilka; nadszedł też i Trela, grubarz więc kazano mu z kolei otwierać groby. Chcieli najprzód zacząć przed ołtarzem Panny Maryi, ale, że grób przed ciborium zdawał się być świeżo otwierany, zaczęli od niego. Truman stała przy trumnie. Zaraz w pierwszą z rzędu uderzył Siemichowski nogą: zagrzmiała głośno, więc dał spokój. Druga trumna ś. p. Sławińskiego nie zagrzmiała, więc kazał otwierać Treli. Tak samo trzecią ś. p. Wolskiej i czwartą drugiej Wolskiej, i znowu trumnę Popkównej kazał odbijć, ale w żadnej nic nie znalazł. Więc rozjuszony kopnął i stłukł jedną, a potem i drugą trumnę. Na palcu umarłego znalazł pierścień i zdjął. Chciał tak samo drugi pierścień zdjąć i urwał umarłemu palec. Grubarz, nie mogąc patrzeć na takie świętokradztwo, zaczął wygadywać, więc starszyzna szwedzka zniecierpliwiona, kazała mu wyjść.
Wyszli, a grubarz opowiadał o rozbitych trumnach i urwanym palcu umarłego. Zgorszeni i zgrozą przejęci księża poczęli wołać i gromić Siemichowskiego: „Zły człeku! Niedawnoś zabił człowieka, uciekłeś do kościoła i kościół cię zachował — a ty teraz nie pamiętasz na Boga!“ Bezecny zbrodniarz odrzekł cynicznie: „Nie chcę ja być zdrajcą, przysiągłem królowi szwedzkiemu i chcę mu wiary dochować, nie chcę ja go zdradzać!“
Wkońcu Siemichowski, idąc przed ołtarz wielki, kazał Treli dobywać wielkiego kapłańskiego grobu. Nie znalazł nic, tylko w bratniej zgodzie w trumnach kapłani, niegdyś słuch tego kościoła, spali obok siebie snem wiecznym! Kopnął więc znowu nogą w trumnę, odgrzmiała pustką, zaczem rozgniewany oderwał blaszki napisowe z wierzchu dwóch trumien, oglądał je, a widząc, że cynkowe, wyrzucił na wierzch. Były to epitaphia księży: Stanisława Rozmusowicza (†1645) i Bartłomieja Fuzoriusza[22] (†1637). Wikarzy podjęli je z ziemi i okazali Liktynowi, a ten widząc, że szkoda czasu, kazał Siemichowskiemu wyjść i zabierać się z kościoła[23].
Wieść o znieważeniu grobów kollegiaty, tudzież o uwięzieniu ks. oficyała Grzegorza Królikowskiego[24], lotem błyskawicy rozeszła się po całej okolicy i rozjątrzyła całą ludność do ostateczności. Poznawszy Stein to usposobienie mieszkańców, postanowił mieć się na baczności. Oprócz miejskiej broni na ratuszu i cechowej po basztach, każdy mieszczanin oręż posiadał i nie ma prawie przykładu, aby w spisie inwentarza mieszczanina zmarłego nie było wzmianki o broni. Rozesłał tedy Stein swych pachołków i kazał wszystkim mieszczanom broń poodbierać. Rozbrojenie to nie tyczyło się jednak szlachty aryańskiej, przyjaznej Szwedom, do której należał i Jan Wielogłowski, wyrokiem sejmu od czci i wiary odsądzony[25]. Ale przezorni mieszczanie, widocznie już z góry na to przygotowani, ukrywali, jak mogli, rynsztunki wojenne. Szewcy n. p. dali dzwonnikowi do przechowania swój proch armatni w kościele kollegiackim, jak świadczy o tem zapisek w ich księdze cechowej.
Rozbroiwszy miasto, nakazał komendant najprzód „podwodne“, t. j. składkę na pocztę koronną, której wedle konstytucyi z r. 1647 płacił Nowy Sącz 528 złp.[26]. Sławetny Walenty Barycki, majster krawiecki, wybierał tę składkę, ale ledwie 40 złp. zebrać potrafił. Bo i skądże miasto na te ustawiczne wydatki pieniędzy dostarczać miało? Dochody miejskie nie pokrywały wydatków, gdyż cecha śrotowa, co ją trzymał Wojciech Wydra, piwowar, przynosiła zaledwie 31 złp. 24 gr.; arenda piętnastego grosza od wina, którą dzierżawił Wojciech Bogdałowicz, wynosiła 664 złp.; arenda trzynastego drzewa, którą trzymał Jędrzej Kitlica: 266 złp. 20 gr.; trzecia miara młyńska, którą trzymał Wawrzyniec Gadowicz: 360 złp.; blech miejski złp. 140 i wybielenie po 100 łokci płótna rajcom: dzierżawę Falkowej pan Jan Wojakowski, pisarz grodzki, trzymał w zastawie za 1.700 złp. na 3 lata; dzierżawę Paszyna pan Adam Rębesza za 1000 złp. na 3 lata[27]. Oto prawie wszystkie ważniejsze tegoroczne dochody, a wydatków różnych było bez końca. W tem rozpaczliwem położeniu chcąc nie chcąc, musieli rajcy na seryo myśleć znowu o pieniądzach dla Szwedów, i uradzili sprzedać starą miedź z dachu wieży kollegiackiej zdjętą, którą nabył kotlarz za dwieście kilkadziesiąt złotych, obiecując przytem uroczyście w lepszym czasie nową miedzią wieże pokryć. Prócz tego rozpisał też Stein jeszcze inne kontrybucye na miasto i wsi, wyciskane z największą bezwzględnością. Takie postępowanie spowodowało, że kto tylko mógł, uciekał z miasta do Nawojowej, donosząc o wszystkiem, co się dzieje w mieście.
W mieszczanach sandeckich zakipiała rycerska krew przeciwko łupiestwom szwedzkim, a Uniwersał królewski, wydany w Opolu na Śląsku 8. listopada 1655 roku i ogłoszony po wszystkich miastach w województwie krakowskiem, że „nieprzyjaciel tak wiele kościołów Bożych sprofanował, złupił i popustoszył; zakonne panienki, które po cudzych poniewierają się państwach, z klasztorów wypędził[28], kapłanów od kościołów i zakonników od klasztorów odpędził, a przez to chwale Bożej znaczną ujmę uczynił; szlacheckie majętności w niwecz poobracał; wiele szlachty pozabijał, córki i małżonki ich pogwałcił, i wiele innych gwałtów i szkód porobił“[29], dał ostateczne hasło do rozpoczęcia odpornej walki.
Tymczasem komendant Stein nagle dowiedział się od kilku ujętych wieśniaków, torturami wymusiwszy na nich zeznanie, że 2—3 tysięcy chłopów pod dowództwem braci szlachty: Kazimierza i Jana Wąsowiczów[30], oraz 200 dragonii biskupa krakowskiego, zebrało się w poblizkich lasach i zamierza uderzyć na Dąbrowę, własność zagorzałego aryanina, Wespazyana Schlichtinga, a stamtąd opanować miasto[31]. Dąbrowa, milę od Nowego Sącza, obok Wielogłów, na sandeckich gór wieńcu od północy położona, stanowi ważny punkt strategiczny, bo odcina Nowy Sącz od Krakowa i Wiśnicza. Tworząc zaś kończynę pasma gór od Grybowa, sama przez się jest obronnem miejscem. Stein, wywiedziawszy się o całym zamachu, a znając ważność położenia Dąbrowy i lękając się, aby nie został odcięty od Wiśnicza i Krakowa, postanowił uprzedzić ten napad i, obsaczywszy dwór w Dąbrowie, tutaj zaraz odeprzeć nieprzyjaciela i rozbić powstanie góralskie, zenimby to połączyło się z wojskiem kwarcianem pułkownika Gabryela Wojniłowicza i hetmańskiem Jerzego Lubomirskiego[32]. Dlatego ze znacznym oddziałem wyruszył z miasta, zostawiając niewielką, ale doborową załogę pod dowództwem porucznika Patryka Gordona, któremu nakazał, za najmniejszem okazaniem oporu ze strony mieszczan, powszechną rzeź bez litości.
Po odmaszerowaniu swego męża, pani Steinowa, będąc w obawie o swoje skarby w razie jakiego wybuchu w mieście w nieobecności znaczniejszych sił szwedzkich, jużto przez szlachtę aryańską, już też przez szwedzkich pachołków upewnioną została, że skarby pani Stanowej i pana Boczkowskiego niezawodnie były przechowane w kościele kollegiackim, a pomimo zdrady i poszukiwań nie wyśledzono ich dotąd, że więc ten kościół jest najbezpieczniejszem miejscem ukrycia jej skarbów. Usłuchała więc ich porady i przywoławszy najsędziwszych prawie rajców: Stanisława Kopcia i Marcina Frankowicza, prosiła, aby jej skarb umieścili w tymże kościele na przypadek rozruchu jakiego w mieście i aby zań ręczyli. Łatwo odgadnąć, że próba jej obietnicami z jednej a groźbą z drugiej strony popieraną była. Panowie rajcy obejrzeli skarb — były tam klejnoty, naczynia złote i srebrne, szaty i materye drogocenne — westchnęli nad świętym sprzętem, łupieską ręką z rozmaitych kościołów zrabowanym, i radzi nie radzi uczynili zadosyć prośbie pani Steinowej. Frankowicz zawołał dzwonnika i grubarza i kazał skrzynie do siebie przyniesione ukryć w kościele, mieniąc je swoją własnością.
Ale nierównie ważniejszym i płodniejszym w następstwa był inny drugi wypadek. Podanie niesie, że jeden żołnierz szwedzki[33], zapoznawszy się z jakąś dziewczyną, przekupką pieczywa, przestrzegł ją jeszcze przed wymarszem wojska, aby się oddaliła z miasta na kilka dni, bo gdyby po ich odejściu miasto opór stawiło, to wyprawią rzeź powszechną i zburzą miasto. Dziewczyna podziękowała mu, ale zaraz pobiegła do Falkowej, uwiadamiając o tem Jędrzeja Suszyckiego, pisarza miejskiego, który znowu przez Kunów i Jamnicę o wszystkiem dał znać wojsku i Wąsowiczom[34]. Tem wyjawieniem dziewczyna z Sącza uratowała miasto; gdyż teraz zaczęło do lasów nawojowskich przybywać coraz więcej mieszczan, uciekających przed niebezpieczeństwem i trwogą, z doniesieniem o zamysłach Szweda i zapewnieniem gotowości powstania, byle tylko pomoc przybyła. Więc korzystając z wymarszu Steina, zmieniono pierwotny plan uderzenia na Dąbrowę, a umówiwszy się dokładnie, postanowiono wpaść do Nowego Sącz i wyrwać go z rąk szwedzkich, i dano znać miastu o zbliżającej się pomocy.
Poza głębokim i szerokim przekopem oraz podwójnym wałem, dzielącym właściwe miasto od przedmieścia węgierskiego, tam, gdzie dzisiaj ulice Długosza i Jagiellońska, prowadzące na Grodzkie i na dworzec kolei żelaznej, stały wówczas stodoły miejskie szeregiem jedna przy drugiej, podobnie jak po dziś dzień w Starym Sączu, a pod każdą piwnica. W tych to stodołach i piwnicach ukryło się kilkunastu najodważniejszych wojowników zapomocą mieszczan; a gdy, jak się to działo codziennie, dnia 13. grudnia w dzień św. Łucyi[35], o pewnej godzinie nad wieczorem czeladź wyszła furtką po słomę i siano dla bydła, ukryci owi wojownicy powdziewali szaty czeladzi, i z brzemionami na plecach i ukrytą bronią zdążali za wracającemi dziewkami.
Żołnierze szwedzcy, jak zwykle, rozpoczęli swoje figle i umizgi do dziewek, gdy w tej chwili przebrani wojownicy chwytają ich za gardło i dławią, a równocześnie drudzy chyłkiem popod murem pędzą ku bramie węgierskiej, siekierami wybijają wrota i zwód spuszczają. Tak straż szwedzka została pokonana i brama węgierska zdobyta — ale na huk strzałów i Szwedom przybyły posiłki. Rozpoczęła się walka. Szwedzi w porządku wojennym natarli dzielnie, aby nazad odzyskać bramę i zwód podnieść; ale w tej chwili przygotowane cechy pod wodzą swego burmistrza, Jana Marcowicza, zdobywszy poprzednio broń aryańskiego szlachcica, Jana Wielogłowskiego, złożoną w gospodzie Wawrzyńca Gadowicza[36], sypnęły się bramą od furmańskiej ulicy (dzisiejszej ulicy Kościuszki). W czasie tej potyczki został spalony na przedmieściu, niedaleko bramy węgierskiej, kościół z szpitalem św. Walentego, lecz nie wiadomo z jakiego powodu[37].
Pobici Szwedzi cofali się, jedni wzdłuż murów ku młyńskiej bramie, drudzy w przeciwnym kierunku do wązkiej uliczki różanej (dzisiejszej Pijarskiej) — kiedy inni z zamku, na wiadomość co się dzieje, obsadziwszy opactwo Norbertanów i kollegiatę, w owych czasach obwiedzione murami o strzelnicach i basztami, zdążali z pomocą. Dotarłszy do uliczki różanej i widząc ją w rękach swoich, cofający się Szwedzi oparli się o mur i palili w gęste mieszczan tłumy, w czem nadbiegający z murów żołnierze gorąco ich wspierali. Lecz właśnie ta ostatnia okoliczność zgubiła ich sprawę.
Dzielny Krzysztof Wąsowicz[38], pułkownik dragoński, i jego ludzie nawojowscy spostrzegłszy, że mur nie strzeżony, po drabinach z pomocą mieszczan wdarli się na mury i od różanej uliczki wpadli na Szwedów. Z odżywionym zapałem natarli z swej strony także mieszczanie, i ani jeden Szwed nie uszedł!
Łatwiejsza już sprawa była na opactwie Norbertanów; wybito dwie dziury w murze i wyłomem dostano Szwedów. Z obmurowanego cmentarza kollegiaty musieli także wcześnie uchodzić. Tylko jeszcze na zamku trzymał się porucznik Patryk Gordon z niedobitkami, a widząc sprawę straconą, uciekł furtką grodzką, dając znać swoim o poniesionej klęsce.
I rzeczywiście Szwedzi nie dali długo na siebie czekać. Rozjuszony Stein, połączywszy się z Gordonem, z największym pośpiechem ruszył na Nowy Sącz. Na dzisiejszej Przetakówce zebrali się Szwedzi i stąd nagle do miasta przypuścili szturm; ale w Sączu była wszelka gotowość i tak od strony zamkowej, jak i bramy krakowskiej poczyniono wszystkie potrzebne ostrożności. Samą bramę krakowską od wywalenia zabezpieczono potężnemi zaporami z całego drzewa, kilkakrotnie przez siłę wbitemi. W innych bramach przygotowano także działka i organki.
Szwedzi, znając dobrze miejscowość, szturmowali jedni do zamku, drudzy do krakowskiej bramy, a szczególniej pchali się do otworu kanałowego, który był przy krakowskiej bramie dla ścieku wody z ulic miasta, chcąc go zapewne rozsadzić prochem i wyłom uczynić. Lecz mieszczanie pilnowali murów, a celne strzały z hakownic, zwłaszcza Stanisława Krawczyka, gęsto wśród nieprzyjaciela słały trupa. Ale kiedy ostatnia hakownica wypaliła z ogromnym hukiem, tej samej chwili uwisła ręka jego i krew trysła obficie. Hakownica zanadto silnie nabita, nie wytrzymała parcia — pękła i srodze go w rękę skaleczyła. Mieszczan, będących na murach, kiedy to ujrzeli, strach ogarnął, ale w tej rozstrzygającej chwili zagrzmiał okrzyk od rzeki Kamienicy i od razu huknęły strzały. Była to piechota nawojowska starosty grodowego pod dowództwem Felicyana Kochowskiego[39], która na Szwedów uderzyła z boku, a za nią w odwodzie postępowała piechota spiska Jerzego Lubomirskiego, pod wodzą Jana Gerlichowskiego, sam zaś starosta grodowy, Konstanty Lubomirski, ze szlachtą zachodził bokiem.
Szwedzi, tak niespodzianie napadnięci, zostawiwszy poległych, wszystkie łupy, wozy i działa, umykali z duszą ku Wiśniczowi[40], a jęk dzwonów i huk ludu towarzyszyły odgłosowi strzałów. Nazajutrz rano wjechał starosta do oswobodzonego miasta na czele swej nawojowskiej piechoty, która niezwłocznie objęła straż zamku i bram. Na rozkaz jego dało im miasto dwa achtele piwa za 8 złp., a osobno dla straży zamkowej i bramnej półachtel za 2 złp. Jeńców szwedzkich pochwycono 19, których starosta na ratusz wziąć i żywić kazał; trzymano ich tamże aż do końca września 1656 r., poczem przewieziono ich do zamku w Lubowli na Spiżu[41].
Niebawem nadciągnął pułkownik Gerlichowski z piechotą spiską Jerzego Lubomirskiego. Na rozkaz starosty dało im miasto znowu achtel piwa, a drugie tyle zapłacił im Jan Cyrus, sędziwy starszy cechu szewskiego, którego cech i baszta taką sławą się okryły. W imieniu Jego Królewskiej Mości objął pułkownik Gerlichowski komendę miasta i natychmiast kazał porobić, co potrzeba było. Klucze od bram, które Szwedzi zabrali, kazał podorabiać; także szufle i stemple do dział zdobytych; krakowską bramę kazał odemknąć i ponaprawiać; a za Szwedami wysłał szpiega, dawniej już do tej sprawy używanego, Oleksego, który poszedł pod Wiśnicz dowiadywać się, co tam słychać? A za ten niebezpieczny trud otrzymał skromnej zapłaty 1 złotego[42].
Mieszczan, którzy w obronie miasta i religii śmiercią walecznych polegli, pochowano jako rycerzy na pobojowisku u murów miejskich, na rogu ulicy drwalskiej (dzisiejszej Jagiellońskiej). Spoczywały tam ich kości aż do roku 1800 któregoś, kiedy przy budowaniu tamże domu (dzisiejszy budynek Urzędu Podatkowego) odgrzebane i na cmentarz przeniesione zostały. Szwedów zaś najezdników trupy pochowali grubarze na miejscu, gdzie tracono zbrodniarzy, za murami miasta, gdzie dzisiaj kapliczka św. Marka, na skręcie do Przystanku kolei żelaznej.
Tak Nowy Sącz nieśmiertelną okrył się sławą! Kiedy król w ucieczce za granicę szukał ocalenia, kiedy cała Polska jęczała pod żelazną ręką najezdnika i tylko jedna Częstochowa bohaterski stawiała opór, mieszkańcy Nowego Sącza 13. grudnia 1655 r., a więc o całe 13 dni wcześniej, aniżeli Częstochowa odparła wroga, chwycili za broń przeciw najezdnikom i z pomocą włościan z Nawojowej, Łabowej, Podegrodzia i Brzeznej zadali Szwedom najzupełniejszą klęskę, w której, co nie uszło, zginęło, i z równą walecznością odparli szturmy od swych murów i nieprzyjaciela do haniebnej zmusili ucieczki. Niechże więc sława ich czynu nigdy nie zamiera, a potomkowie ich lub ich krewni oby zawsze mieli w pamięci, że przodkowie ich niegdyś zasłużyli się dobrze Ojczyźnie!
Ta podwójna klęska Szwedów przyniosła jednak nie tylko Nowemu Sączowi zasłużoną sławę, ale pociągła za sobą najważniejsze skutki polityczne; obok walecznej obrony niezdobytej Częstochowy wpłynęła na rozbudzenie sumienia i honoru narodowego i na wydobycie się z moralnego przygnębienia i upadku, przez co wywarła decydujący wpływ na cały dalszy tok prowadzenia wojny i położyła kres dotychczasowym powodzeniom Szwedów. Nie jako żadną hipotezę, lecz śmiało wypowiadam moje przekonanie, że Jan Kazimierz, na wiadomość o tem podwójnem zwycięstwie i powstaniu ludu w okolicy Sącza, postanowił korzystać z chwili podniesienia ducha w narodzie i wrócić do Polski, aby stanąć na czele obrony kraju przeciw strasznemu wrogowi. To też już w kilka dni, bo 18. grudnia, wyjechał z dotychczasowego miejsca swojego pobytu na Sląsku, zdążając do Polski. Jakoż przy zręcznem i rozumnem kierownictwie króla i królowej Maryi Ludwiki udało się Konstantemu Lubomirskiemu, staroście grodowemu sandeckiemu, poruszyć na sejmiku w Nowym Sączu 21. grudnia 1655 r. całe Podgórze karpackie przeciwko Szwedom. Uchwałę tego sejmiku podaję w całości:
„My rady, dygnitarze, urzędnicy i rycerstwo województwa krakowskiego, którzyśmy 21. decembris do Nowego Sącza zjechali, takowe między sobą czynimy postanowienie. Iż Uniwersałem J. K. Mości pana naszego miłościwego, który szczęśliwie za łaską Bożą intra Regnum stanął[43], i Ichmościów panów senatorów dobrze ojczyźnie życzących Uniwersałami et exemplo wzbudzeni, żarliwą tudzież wojska koronnego erga Rempublicam miłością i Hana Jegomości tatarskiego[44] chwalebną i potężną in societate tej Korony statecznością, jako i innych colligarorum principum subsidio umocnieni, a patrząc na nieznośną wiary świętej katolickiej, domów Bożych, i swobód naszych omnisque divini et humani juris violentiam, ani ścierpieć mogąc niewolniczych króla szwedzkiego pakt[45], z powinnej ku J. K. Mości panu naszemu miłościwemu wierności, wiary świętej i wolności naszej, zgodnie namówiliśmy między sobą i braterską obowiązali się konfederacyą: aby wszyscy in genere województwa tego obywatele, którzy tylko tytułem szlachcica szczycą się, na dzień 27. grudnia pod Grybów, jak w najlepszych pocztach na podźwignienie ojczyzny i zaszczycenie pańskiego dostojeństwa skupili się. Uprosiliśmy tedy Jaśnie Wielmożnego J. M. Pana Jana Wielopolskiego, wojnickiego kasztelana, aby (jako mu z prawa pospolitego in absentia pana wojewody krakowskiego jus competit województwa tego) rozesłał uniwersały po powiatach, i wszystkich Ichmościów stanu rycerskiego naszych panów i bracią na dzień i miejsce wzwyż mianowane konwokował — a ktobykiedykolwiek stawić się nie miał, takowego każdego tegoż Laudi naszego vigore pro hoste patriae deklarujemy, et decernimus nań honoris, fortunarum et personae succubitionem jako na nieprzyjaciela. A iż beli ratio requirit, i to jest osobliwe Hana Jegomości postulatum, aby piechoty jak najwięcej przysposobić, tedy zleciliśmy Wielmożnemu Imci Panu staroście sandeckiemu, koła naszego marszałkowi, aby w liście swoim, w którym Księcia J. M. Pana Wojewodę[46] do nas inwitować będzie, i tego dołożył, aby Książe Jegomość piechotę naszą łanową na przeszłym sejmiku proszowickim w dyspozycyę swoją odebraną, tamże na miejsce generalnego ściągnienia stawił. Co sobie nie tylko vigore obowiązku na się przyjętego, ale z wrodzonej Książecia Jegomości do ratowania ojczyzny ochoty, obiecujemy.“
„Działo się w Nowym Sączu 21. grudnia R. P. 1655. Konstanty Lubomirski, marszałek koła rycerskiego“[47].
Po wypędzeniu Szwedów nastały w mieście spokojniejsze chwile. Panowie rajcy, podziękowawszy Bogu za ocalenie wiernego miasta i załatwiwszy jeszcze inne najpilniejsze gospodarcze sprawy, zwrócili uwagę swoją na Siemichowskiego, pochwyconego w czasie porażki szwedzkiej. Rada miejska, stosownie do przepisów prawnych, zbrodniczą sprawę Siemichowskiego odesłała do sądu wójtowskiego. Pomimo nadchodzących świąt Bożego Narodzenia i feryi sądowych, zasiadł bezzwłocznie wójt i ławnicy na gajny sąd wielki wyłożony. Instygator radzieckiego urzędu, sławetny Jakób Świechowicz, stanął przed wielkim sądem, żaląc się na Floryana Siemichowskiego z powodu złupienia grobów w kollegiacie i następowania na mienie ludzkie. Wkońcu prosił, aby mu sąd dozwolił świadków dostawić i kolejno przesłuchać. Przypuszczeni świadkowie, podniósłszy do niebios palce prawej ręki, zeznawali i świadczyli kolejno: uczciwy Sebastyan Rozborowicz i Maciej Trela, grubarze, Marcin Nikburowicz, dzwonnik, i sławetny Wawrzyniec Szydłowski, rajca i lunar sandecki.
Prześwietna ławica zapytała Siemichowskiego, kto mu był do tego powodem? kto był uczestnikiem? A gdy nie chciał nic wyjawić, więc stosownie do kodeksu prawa magdeburskiego oddano go oprawcy do męczarni. Począł go męczyć, lecz nic nie wyjawił.
We środę po św. Tomaszu Apostole 22. grudnia 1655 r. zapadł na niego następujący wyrok:
„Ponieważ z przesłuchania świadków jasno udowodnione, że Floryan Siemichowski już dawniej niezmiernie występne wiodąc życie: zbrodnię stanu nie tak z ostatniej potrzeby, jak z czystej złości popełnił; także mężobójstwa był się dopuścił, a ostatnimi czasy chytrze i podstępnie, przeciw prawu narodów i pobożności chrześcijańskiej, grobów wiernych katolików w kościele kollegiaty dobywał i do tego występku nawodził; nawet zwłoki w grobach i trumnach obdzierał i blachy napisowe, od przywiązanych przyjaciół dla pamięci na trumnach przybite, poodrywał; wreszcie na mienie i dobra, tak szlacheckie jak i innych osób, wroga naprowadził, czem przeciw Boskim i ludzkim prawom wystąpił. Przeto pomienionego Floryana Siemichowskiego wielki zagajony sąd wójtowski ławniczy sandecki ucięciem głowy na środku rynku, pod katuszą, skazać postanowił mocą wyroku niniejszego“[48].
Pogrzebiony został za murami miasta na miejscu tracenia, obok Szwedów, którym tak wiernie służył. Burmistrz zaś Jan Marcowicz zapisał w księdze wydatków: „Exekutorowi od exekucyi Siemichowskiego, co zrabował groby u fary i nawodził Szwedów, 3 złp.“[49].
Karząc surowo zbrodnię, nie zapomnieli panowie rajcy wynagrodzić walecznych mieszczan, a przedewszystkiem Stanisława Krawczyka, który z baszty szewskiej z niebezpieczeństwem własnego życia tak dzielnie odpierał Szwedów. Wojciech Bogdałowicz, ówczesny burmistrz, wpisał w lutym 1656 r. do księgi wydatków: „Stanisławowi Krawczykowi, który z szewskiej baszty z hakownic przeciwko Szwedom, gdy po wygnaniu z miasta znowu do miasta retyrowali i pod bramę podpadać chcieli, strzelał. Gdy go ostatnia prochem rozsadzona hakownica w rękę raniła: na cyrulika i przychęcając go do dalszych usług miastu, za konsensusem panów kollegów dałem 10 złp.“[50].
Za nadejściem świąt Bożego Narodzenia ustąpiła chwilowo wesołość i swoboda w umysły skołatanych wojną Sandeczan. Na mszy pasterskiej trąbiono i bębniono według zwyczaju, tak, że aż skóra popękała i macica od śruby od bębna się oderwała, musiano zatem nowe doprawić. Panowie rajcy de more antiquo zajadali smacznie korzeniami przyprawione zające i zapijali winem. Nie zapomnieli też o klasztorze starosandeckich Klarysek. Posłano im przeto pięć kóp bułeczek, wypieczonych z najprzedniejszej mąki; do tego 6 zajęcy i 6 garncy wina węgierskiego, każdy garniec w osobnym bukłaszku[51] albo nowym drewnianym bębenku. Posyłał zaś Nowy Sącz owe dary corocznie od niepamiętnych czasów w wigilię Bożego Narodzenia[52], jako wieczystą daninę i wykupno szkód, których klasztor i dziedzictwo bł. Kingi doznały przez wzrost Nowego Sącza.






Przypisy

  1. Pisał o tym przedmiocie Szczęsny Morawski w „Dodatku miesięcznym do Czasu 1859 r. T. XIII.“ Nie ujmując powadze szanownego autora, podaję te szczegóły z daleko większą dokładnścią, a nieocenionem do tego źródłem są tak zwane „Percepta et Distributa an. 1655“, gdzie najdrobniejsze szczegóły o Szwedach wiernie zanotowane.
  2. Vol. Leg. T. IV. str. 221. — Powiat sandecki złożył na piechotę łanową (31. lipca 1655) 8.575 złp. Act. Castr. Rel. T. 127. p. 461—507.
  3. Kuna — rodzaj wrzeciądza, potężna szyna do zamykania bram. Łabęcki: Słownik górniczy.
  4. Distributa f. 196—201.
  5. Trzecie wici pospolitego ruszenia głosił w Nowym Sączu Wojciech Stadomski, pokojowiec królewski, 28. lipca 1655 r.
  6. Act. Castr. Rel. T. 127. p. 552.
  7. Rycinę bitwy pod Wojniczem i Tarnowem podaje Puffendorf nr. 13.
  8. Oboźnym koronnym był wówczas Andrzej z Potoka Potocki, starosta winnicki.
  9. Puffendorf: De rebus a Carolo Gustavo Sueciae rege gestis commentarium. Norimbergae 1696. p. 74. Kochowski: Annal. Polon. Climact. II. p. 37. Cracoviae 1683.
  10. Metric. baptis. eccles. colleg. sandec. an. 1655.
  11. Distributa f. 202.
  12. Act. Castr. Rel. T. 127. p. 590.
  13. Alexander Wolf, pokojowiec królewski, później opat pelpliński (1673—1678). Zob. Kujota: Opactwo Pelpińskie, str. 280. Zmarł nominatem na biskupstwo inflanckie 17. grudnia 1678.
  14. Distributa f. 202.
  15. Distributa f. 202.
  16. Distributa f. 202.
  17. Distributa f. 202.
  18. Distributa f. 202.
  19. Distributa f. 203.
  20. W księdze wydatków miejskich znajduję o tem zapisek 24 razy. Zwykle tam stoi: „Za świece lane Steinowi na ten czas komendantowi na miejscu Forgella“, albo „za dwie świece lane do grodu oberszterowi“. Distributa f. 203—205.
  21. Grabowski: Starożytnicze wiadomości o Krakowie str. 101.
  22. Ojciec jego, Stanisław Lwowczyk († 1598), wyrabiał w Nowym Sączu naczynia cynowe, czyli był konwisarzem (stannifusor), stąd to przezwano go Fuzoriuszem, a ta nazwa przeszła i na syna.
  23. Wszystkie te szczegóły podają z wielką dokładnością Acta Scabin. T. 64. p. 41—45 in folio.
  24. Stan. Temberski: Annales 1647—1656. p. 327. Kraków 1897. wyd. Dr. Czermak.
  25. Volum. Leg. T. IV. p. 226.
  26. Załączona tutaj współczesna notatka, znaleziona pomiędzy aktami miejskimi, świadczy o wysokiej opłacie na pocztę koronną, tudzież o znacznych długach miejskich: „Nowy Sądcz płaci podwodne pieniądze na pocztę koronną służące in quadruplo według konstytucyi an. 1647 i 1659, co rok 528 flor. Winien tedy począwszy in anno 1652 usque ad annum 1673, co wszystkiego uczyni za lat 21 flor. 11.088. Na to zapłaciło miasto raz ad rationem fl. 380, znowu fl. 30, item Imci panu Włockiemu, regentowi sandeckiemu, fl. 90, razem fl. 500. Zostaje tedy winien, wytrąciwszy co zapłacono, fl. 10.588.“
  27. Liber Perceptorum anno 1655. — Kopie ówczesnych kontraktów przechowane w archiwum miejskiem.
  28. Benedyktynki ze Staniątek wraz z swoją ksienią Katarzyną Lubieniecką znalazły przytułek we dworze w Barcicach za Starym Sączem. Klaryski zaś krakowskie od św. Andrzeja z ksienią Eufrozyną Stanisławską schroniły się do dworu starosandeckiego. (Zapiski współczesne w księdze bractwa św. Anny w Starym Sączu od r. 1622 in folio).
  29. Act. Castr. Rel. T. 127. p. 578.
  30. Synowie Sebastyana Wąsowicza, zastawnego dziedzica Łabowej i Maciejowej w Sandeckiem. Z zapisków i poszukiwań archiwalnych M. Dunina Wąsowicza we Lwowie.
  31. Tagebuch des Generals Patrick Gordon, während seiner Kriegsdienste unter den Schweden und Polen 1655—1661. Erst. Band. p. 34—36. Moskau 1849.
  32. O posiłkach, przygotowanych do odsieczy Sącza, wspomina wyraźnie Jerzy Lubomirski w liście do królowej Maryi Ludwiki z Lubowli pod d. 12. grudnia 1655 r.: „Quei di Sondec con l’ajuto che avranno da me si liberanno presto; i Suetesi che dovevano venir qui oggi o domani per tentar l’acqisto di questa fortezza, spero id Dio che resteranno tagliati a pezzi.“
  33. Żołnierze szwedzcy, załogą w Sączu stojący, byli w przeważnej liczbie narodowości niemieckiej, zaciągnięci z krajów Rzeszy i Prus książęcych; wielu z nich nawet było wraz z żonami, których dzieci w Nowym Sączu urodzone, otrzymały chrzest św. w kollegiacie. (Metric. baptis. colleg. sandec.).
  34. O Wąsowiczach śpiewa Mieczysław Romanowski w swoim poemacie:

    A Wąsowicze lud zbierają w pułki,
    A ciągną ku nim ludzie jak jaskółki.
    Znacie ich — raźni, nie lękliwi znoju,
    A będą jako wilk w owczarni w boju.

    (Dziewczę z Sącza, rzecz mieszczańska z czasu wojny szwedzkiej 1655. wyd. II. Lwów 1866).

  35. Owa data jest wyraźnie podana w księdze wydatków miejskich: „Dla pachołków którzy nam byli na pomoc przybyli w dzień św. Łucyi, gdyśmy Szwedów gromili, na chleb za konsensem panów 1 złp.“ (Distributa f. 206). Samo zresztą przysłowie ludowe: „Na świętą Łucą — Szwedów wymłócą“, uwieczniło ten pamiętny dzień.
  36. Acta Scabin. T. 65. p. 246.
  37. Act. Castr. Rel. T. 142, p. 817.
  38. Jan Wąsowicz wraz z bratem swoim Kazimierzem umiał pozyskać dla sprawy Jana Kazimierza górali karpackich; on to z nimi przy pomocy Krzysztofa Wąsowicza, dowódcy lekkiej jazdy Stef. Czarnieckiego, sprawił Szwedom pamiętną łaźnię w Nowym Sączu.
  39. Ejecti Novo Sandecio Sueci opera vel maxime Feliciani Kochowski, patrui mei, qui tum peditatum Navoioviensem ductabat. Vespas. Kochowski: Annal. Polon. Climact. II. p. 105.
  40. Puffendorf: De rebus a Carolo Gustavo gestis p. 79, tak opisuje porażkę Szwedów pod murami Nowego Sącza: „Denuo quoque multatus fuit Georgius Forgellus tribunus. Is cum Sondecii stativa haberet, intellexit catervam hostilem non procul inde se ostendere. Cui abigendae cum extra oppidum in campum processisset, agrestes, qui in suburbio insidias illi struxerant, ad portam accurrebant, regressu eundem exclusuri. Eo conspecto Forgellus insidiatores dissipabat, tum in hostes ingruentes tendebat. Sed praevalente numero pulsus, caesis suorum non paucis et amissis impedimentis, ad tertium cis Visnoviciam milliare se recipere coactus est.“ Puffendorf utrzymuje, że Forgwell już drugi raz został pobity, gdy tymczasem jego już od połowy listopada w Sączu wcale nie było, zostawszy przez Karola Gustawa odwołanym i do Jana Kazimierza w poselstwie wyprawionym na Śląsk. A więc, co dalej także o nim pisze, jest zupełnie fałszywe, zwłaszcza, że rozproszył chłopów na odsiecz idących, gdyż ani on, ani jego następcy komenderujący w Sączu tego wcale nie dokonali, owszem chłopi pod dowództwem Wąsowiczów przyczynili się najwięcej do porażki szwedzkiej w Sączu.
    Pobici Szwedzi pod murami Nowego Sącza uciekali z Patrykiem Gordonem przez Limanowę ku Wiśniczowi i Krakowu, chcąc się połączyć z załogą Pawła Würtza. Nie powiodła się jednak Gordonowi owa ucieczka; w Limanowej bowiem został pojmany przez jakiegoś szlachcica i odesłany napowrót do Sącza, gdzie 17 tygodni w ciężkiem więzieniu przesiedzieć musiał. Za pośrednictwem prowincyała franciszkańskiego, ks. Inesa, został obdarzony wolnością, pod warunkiem jednak, że wstąpi w szeregi wojska polskiego. Po wyjściu z więzienia wkońcu kwietnia 1656 r. przystał Gordon do dragonów Konstantego Lubomirskiego, starosty grodowego sandeckiego, którzy na sposób niemiecki w błękitne mundury przystrojeni byli. Wkrótce potem odjechał do Grybowa z rotą dragońską, z 80 Polaków złożoną, pod wodzą kapitana Zacharyasza Mittlacha, Holendra; stamtąd zaś przez Biecz, Rzeszów, Łańcut i Przeworsk puścili się do Jarosławia. Po 8 dniowym wypoczynku w Jarosławiu, udali się do Zamościa a stamtąd do Lublina, gdzie Jan Kazimierz po wyjeździe ze Lwowa zgromadził wojsko koronne, z którem niebawem wyruszył ku Warszawie, ażeby przy pomocy Litwinów uwolnić to miasto od oblężenia Szwedów. (Tagebuch des Generals Patrick Gordon. I. B. Vorrede 34, 1 Capit. 38—39).
  41. Distributa f. 223.
  42. Distributa f. 206—207.
  43. Jan Kazimierz wyruszył z Opola 18 grudnia 1655 r. na Beskidy żywieckie. Jabłonków, Cieplice, Trenczyn, Podoliniec; 27. grudnia przybył do Lubowli, a 4. stycznia 1656 r. stanął w Krośnie.
  44. Islan Gerej, han Tatarów krymskich. O tem przymierzu hana, zawartem z Polską przeciwko Szwedom, wspomina w listach swoich pan Des Noyers, sekretarz królowej Maryi Ludwiki. Zob. Raczyński: Portofolio Maryi Ludwiki. T. I. Poznań 1844.
  45. Pakt z łac. pactum — umowa, ugoda.
  46. Wojewodą krakowskim był wówczas Władysław Dominik, książe na Zasławiu, Ostrogu i Tarnowie Zasławski.
  47. Laudum zjazdu w Nowym Sączu 21. grudnia 1655. MS. w bibl. Ossolińskich we Lwowie nr. 189. p. 907. — Tamże Uniwersał do szlachty, wydany przez Jana Wielopolskiego w Nowym Sączu 21. grud. 1655.
  48. Judicium expositum necessario bannitum legitime celebratum fer. IV. in crastino festi s. Thomae Apostoli A. D. 1655. Acta Scabin. T. 64. p. 46.
  49. Distributa f. 207.
  50. Distributa f. 211.
  51. Bukłaszek z tatarskiego buklak — skórzane naczynie, naczynie o podwójnem dnie.
  52. Libri perceptorum et distributorum ab anno 1601—1669. — Prastary ten zwyczaj utrzymał się nawet po rozbiorze Polski; zniósł go dopiero cesarz Józef II. patentem nadwornym z d. 16. czerwca 1786 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Sygański.