Heidi/Rozdział siedemnasty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Johanna Spyri
Tytuł Heidi
Data wydania 1934
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY.



ODPŁATA.

Nazajutrz o świcie kroczył doktór wraz z Pietrkiem i stadem kóz stromą drogą od osiedla ku hali. Usiłował kilka razy nawiązać rozmowę z koźlarczykiem, ale otrzymywał w odpowiedzi urywane jeno, niechętne słowa. Pietrek nie łatwo dawał się wciągnąć w rozhowory, to też doszli w milczeniu do chaty dziadka, gdzie czekała już Heidi z dwoma swemi kozami, a cała ta trójka była rześka i wesoła, jak słoneczny poranek w górach.
— Czy idziesz? — spytał jak zawsze Pietrek.
— Oczywiście, jeśli i pan doktór pójdzie! — odparła Heidi.
Pietrek spojrzał zpodełba na doktora.
Dziadek przyniósł plecak z południowym posiłkiem, powitał z szacunkiem doktora, potem zaś zawiesił worek Pietrkowi na plecach.
Cięższy był, niż zazwyczaj, gdyż Halny Dziadek włożył weń spory kawał różowego, smakowitego mięsa, w przypuszczeniu, że doktorowi spodoba się na pastwisku i spożyje tam obiad, razem z dziećmi. Na myśl o tym nieznanym przysmaku rozwarł Pietrek usta od ucha do ucha.
Ruszono pod górę. Kozy otoczyły Heidi, potrącając się i odpychając wzajemnie. Trwało to przez czas pewien, wkońcu Heidi stanęła, mówiąc:
— Dość tego! Teraz idźcie spokojnie przodem, ja zaś porozmawiam z panem doktorem.
Poklepała po grzbiecie Śnieżkę, która zawsze starała się znaleźć najbliżej, nakazując jej osobno, by była grzeczna i posłuszna. Wydostawszy się z tłoku, podeszła do doktora, który ją zaraz ujął za rękę. Nie potrzebował już teraz szukać tematu rozmowy, gdyż Heidi zaczęła zaraz opowiadać o kozach, ich dziwnych pomysłach, o kwiatkach, skałach i ptakach. Zajęła go tak, że nim się spostrzegł, stał już na pastwisku. Pietrek spozierał na doktora raz po raz tak straszliwie, że byłby go przeraził niemało, gdyby to spostrzegł. Na szczęście jednak nie widział.
Heidi zaprowadziła przyjaciela na swe miejsce zwykłe, skąd był najpiękniejszy widok, on zaś usiadł przy niej na oświetlonej słońcem murawie. Był przecudny, złocisty dzień jesienny. Z niższych hal dolatywał pobrzęk dzwonków pasących się trzód, ukojny i łagodny, jak chorał pokoju. Wielkie pole śniegowe sypało skry brylantów, szary masyw Falknisu sterczał majestatycznie wysoko pod ciemno-błękitne niebo. Powiewał zlekka rozkoszny wiatr poranny, kolebiąc szafirowemi główkami pozostałych jeszcze kwiatów, które rozwierały chciwie kielichy na słońce. Wysoko, w górze zataczał szerokie kręgi ptak drapieżny, ale nie wrzeszczał dzisiaj, rozkoszując się jeno pogodą. Heidi spozierała to tu, to tam. Chwiejące się kwiaty, lazur nieba, światło i świegot ptaków w powietrzu, wszystko było tak piękne! Oczy jej błyszczały z rozkoszy. Po chwili przeniosła wzrok na doktora, chcąc wiedzieć, czy i on widzi te cuda. Siedział dotąd cichy, zadumany i patrzył wokoło, napotkawszy zaś wesołe oczy Heidi, powiedział:
— Tak, moje dziecko! Mogłoby tu być pięknie. Ale czyż radować się może ten, kto przybywa ze smutkiem w sercu?
— O, — wykrzyknęła wesoło. — Tutaj nikt nie ma smutku w sercu. Tak bywa jeno we Frankfurcie!
Doktór uśmiechnął się zlekka, zaraz atoli powiedział z powagą:
— Gdyby jednak ktoś przywiózł tu z Frankfurtu smutek? Czy sądzisz, że możnaby go uleczyć?
— Kiedy się nie wie co robić, trzeba wszystko powiedzieć Bogu! — oświadczyła żywo.
— Dobra to myśl, moja Heidi, — zauważył. — Jeśli jednak smutek ten właśnie on sam zesłał na człowieka, to cóż ma powiedzieć Bogu?
Zamyśliła się, nie tracąc jednak pewności, że lekarstwo na smutek jest w Bogu jedynie. Wkońcu znalazła odpowiedź w przeżyciach własnych.
— Trzeba czekać! — zadecydowała stanowczym tonem. — Trzeba myśleć ciągle, że Bóg sposobi coś radosnego, co nastąpi po smutku, trzeba czekać cicho i nie uciekać, a stanie się tak, że wyjdzie na jaw, iż Bóg przez cały czas miał coś dobrego na myśli. Tego nie wiemy naprzód i dlatego smutek wydaje się nam rzeczą, bez końca trwać mającą.
— Piękna to wiara, moja Heidi, trzymaj się jej, drogie dziecko! — powiedział, potem podumał zapatrzony na potężne skały, na lśniącą w słońcu dolinę i dodał: — Widzisz, zdarzyć się może, że siądzie tu ktoś z oczyma tak przysłonionemi smutkiem, iż tych wszystkich piękności nie widzi. Wtedy jest mu podwójnie smutno. Czy to rozumiesz?
Heidi poczuła ukłucie w sercu, wspomniawszy w tej chwili ślepą babkę, która widzieć niczego nie może. Ból ten wracał stale, ile razy sobie uświadomiła to nieszczęście. Odparła tedy z powagą:
— Tak, rozumiem to dobrze. Wiem jednak, że jeśli się czyta babce hymny, to czuje ona taką jasność, iż nabiera wesołości, jakby widziała wszystko.
— Jakież to hymny, Heidi?
— Umiem napamięć te ustępy, które babka najlepiej lubi, gdzie mowa o słońcu i pięknych ogrodach, gdyż zwykle czytuję je po trzy razy.
— Radbym posłuchać tych wierszy! — powiedział i rozsiadł się wygodniej.
Heidi złożyła ręce i dumała przez chwilę.
— Zacznę od tego miejsca, o którem babka zawsze mówi, że czuje w sercu radość, czy dobrze?
Doktór skinął potakująco, a Heidi zaczęła:

Gdyś czynił, co przystało
I co nakazał Pan,
Zadziwisz się niemało,
Jakich dokona zmian,
Jak zmieni smutki, troski
W radosnych dzionków bieg
I łódź twą, sternik boski,
Na jasny popchnie brzeg.

Przez chwile, jeno może
Z pociechą zwlekać Pan,
W najbliższej jeszcze porze
Twych nie uleczy ran,
Wydawać ci się może,
Że cię opuścił Bóg,
Choć modlisz się w pokorze,
Wśród swych cię nie chce sług...

Lecz wytrwaj przy nim wiernie,
A on wszechmocą swą
Usunie wszystkie ciernie,
Co kryją drogę twą,
Wyzwoli z smutku duszę,
Gdy przy nim będziesz trwał
I wzamian za katusze
Dostaniesz szczęścia dział.


Urwała nagle, niepewna, czy doktór słucha. Siedział, osłoniwszy oczy dłonią, nie czyniąc najlżejszego ruchu. Sądziła, że zasnął, czekała tedy, aż się zbudzi i zażąda nowych hymnów. Cicho było wokoło. Doktór nie mówił, ale także nie spał wcale. Cofnął się myślą w dawne czasy, w dziecięcy wiek swój, kiedy to otaczał ramieniem szyję matki, która mu deklamowała ten sam właśnie hymn, wypowiedziany przez Heidi, a zapomniany od lat szeregu. Wydało mu się, że słyszy głos matki i widzi jej słodkie oczy, patrzące z taką miłością. Gdy ucichły słowa hymnu, usłyszał inne, równie pożądane, śledził je myślą i siedział długo jeszcze nieruchomy, z dłonią na oczach. Wkońcu podniósł głowę, a widząc, że Heidi patrzy nań ze zdumieniem, ujął jej rękę i rzekł weselej nieco:
— Hymn twój, droga Heidi, był piękny. Przyjdziemy tu znów i powtórzysz mi go, nieprawdaż?
Przez cały czas szalał wprost Pietrek ze złości. Heidi nie była od wielu już dni na pastwisku, teraz zaś siedział przy niej ten stary pan, tak że nie mógł dostąpić. Martwiło go to wielce. Stanął w pewnej odległości za plecami natręta, który go nie mógł widzieć, i podniósł groźnie pięść, potem zaś obu pięściami zaczął wymachiwać zapalczywie. Im dłużej doktór siedział, tem wyżej podnosił Pietrek pięści i tem sroższe robił miny.
Tymczasem nadeszło południe, co Pietrek poznał doskonale po słońcu. Nagle krzyknął na całe gardło w kierunku siedzących:
— Czas jeść!
Heidi wstała i poszła po plecak, by doktór mógł zjeść obiad, nie ruszając się z miejsca. Powiedział jednak, że nie głodny i radby tylko wypić garnuszek mleka. Heidi także nie czuła głodu, postanowiła natomiast oprowadzić doktora po pastwisku i zawieść nieco dalej w góry, na owo porosłe mchem miejsce, skąd swego czasu Ziębulka chciała skoczyć w przepaść i gdzie rosły aromatyczne ziółka. Pobiegła do Pietrka, wytłumaczyła mu, by napełnił mlekiem Białuszki dwie czarki, jedną dla doktora, a drugą dla niej. Patrzył na nią przez chwilę zdumiony wielce, a potem spytał:
— A któż dostanie to, co jest w plecaku?
— Weź to sobie, wpierw jednak przynieś mleko! Dalejże, — rozkazała.
Pietrek nie doił jeszcze w życiu tak prędko jak tym razem, mając ciągle w myśli plecak z zawartością nieznaną, którą posiadł na własność. Podczas gdy oboje pili mleko, zajrzał do wnętrza. Zatrzęsła nim radość na widok wielkiego kawała mięsa, potem zajrzał ponownie dla nabrania pewności, że tak jest w istocie i wsadził rękę, by zdobycz pochwycić. Ale cofnął się nagle, ogarnięty wątpliwością. Wszakże wygrażał, oto, przed chwilą pięściami temu panu, który mu zrobił podarek ze swego obiadu. Pietrek uczuł skruchę i nie był w stanie wziąć się do jedzenia. Nagle podskoczył, pobiegł na to samo miejsce i uniósł wysoko obie dłonie, rozłożone płasko, na znak, że wygrażanie pięściami unieważnia w zupełności. Stał tak chwilę, potem zaś wrócił do plecaka z uczuciem, iż sprawa została wyrównana, a mając czyste sumienie, zaczął jeść z rozkoszą przysmaki.
Doktór chodził z Heidi długo i rozmawiał żywo, potem zaś oświadczył, że pora mu wracać, ona zaś pewnie zostać jeszcze zechce wśród kóz. Heidi nie przystała na to, by zacny doktór sam jeden wracał z hali, postanowiła go tedy odprowadzić do chaty dziadka, a nawet dalej jeszcze. Poszli, trzymając się za ręce; dziewczynka nie przestawała opowiadać o różnych rzeczach, pokazywała przyjacielowi miejsca, gdzie kozy pasały się z upodobaniem, gdzie latem rosły kępy żółtych, lśniących różyczek złotojeści, czerwonej centurji i innych kwiatków. Wkońcu jednak powiedział doktór, by wróciła. Pożegnali się, on poszedł dalej ku dołowi, a Heidi stała długo jeszcze, patrząc za odchodzącym. Tak czyniła zawsze córeczka doktora, gdy się wydalał z domu.
Jesień tegoroczna była bardzo pogodna. Doktór przychodził każdego dnia na halę, skąd się udawał w dalszą wędrówkę. Często chodził z dziadkiem w góry, gdzie się chwiała w silnym wietrze kosodrzewina, a ptak drapieżny, mieszkający tam gdzieś zapewne, krążył nisko nad ich głowami, kracząc głośno. Doktór polubił bardzo swego towarzysza. Przekonał się, że Halny Dziadek zna dokładnie każde ziele, rosnące na hali, wie, na co je używać należy i jak cenne posiada przymioty, zarówno żywiczna jodła, jak wonna sosna, kędzierzawy mech, najniepozorniejszy kwiatek, słowem, wszystko co wydaje bujna gleba alpejska.
Dziadek opowiadał także przyjacielowi o życiu, obyczajach i uciesznych nieraz nawyknieniach zwierząt małych i dużych, mieszkających w szczelinach skał, jaskiniach, lub też w koronach drzew.
Czas płynął doktorowi niepostrzeżenie, a ile razy ściskał na pożegnanie dłoń towarzysza, powtarzał stale:
— Drogi przyjacielu! Codziennie uczę się czegoś od pana!
Najpiękniejsze atoli dni spędzał doktór z Heidi. Siadali na tem samem, co pierwszego dnia, miejscu u zbocza pastwiska, dziewczynka deklamowała coraz to inne hymny, opowiadała różności, a Pietrek siadał poza nimi, ale złagodniał całkiem i nigdy już nie wygrażał pięściami.
Tak minął piękny wrzesień. Pewnego dnia przybył doktór znacznie mniej wesoły, niż zazwyczaj. Powiedział, że musi zaraz nazajutrz wracać do miasta, co go smuci, gdyż bardzo pokochał halę i jej mieszkańców. Zmartwiła ta wiadomość dziadka, który rad był rozmawiać z nim codziennie, a Heidi nawykła do codziennego widywania drogiego przyjaciela, wprost pojąć nie mogła, że go straci nagle. Doktór pożegnał dziadka, pytając, czy pozwoli, by go Heidi odprowadziła kawałek drogi. Poszli, trzymając się za ręce, a dziewczynka i teraz jeszcze nie wierzyła, że odchodzi.
Po pewnym czasie zatrzymał się doktór, mówiąc, by wracała. Pogładził kręte jej włosy i powiedział:
— Muszę już iść! Ach jaka szkoda, droga Heidi, że cię nie mogę zabrać z sobą do Frankfurtu.
W tej chwili ujrzała przed sobą miasto, domy, kamienne ulice, pannę Rottenmeier i Tinetę i rzekła z wahaniem:
— Wolałabym, by pan doktór sprowadził się do nas.
— To prawda. Bywajże mi zdrowa, Heidi! — odparł, ściskając jej dłoń.
Spojrzała nań i spostrzegła łzy w poczciwych jego oczach. Doktór obrócił się i ruszył spiesznie na dół.
Heidi stała bez ruchu na miejscu. Wzruszyły ją łzy w oczach przyjaciela. Nagle wybuchnęła płaczem, porwała się i łkając biec zaczęła za odchodzącym.
— Panie doktorze! Panie doktorze! — wołała raz po raz.
On się obrócił i czekał.
Wnet go dopędziła, zapłakana.
— Pojadę w tej chwili do Frankfurtu! — oświadczyła stanowczo. — Muszę tylko zawiadomić dziadka!
Doktór pogładził jej głowę i rzekł spokojnie, a serdecznie:
— Nie, droga Heidi, nie pojedziesz w tej chwili, mogłabyś zachorować w mieście. Zostań w górach. Powiedz mi tylko, że przyjedziesz do mnie, gdy będę chory, samotny i zapragnę mieć kogoś, ktoby mnie kochał.
— O tak, tak! — wykrzyknęła szlochając. — Przyjadę natychmiast! Kocham pana tak samo prawie, jak dziadka!
Doktór uścisnął raz jeszcze Heidi i pośpieszył na dół, ona zaś stała długo, żegnając go ruchem ręki, dopóki nie zniknął jej z oczu. Obracając się po raz ostatni, powiedział sobie:
— Dobrze jest tam w górach. Ciało i dusza odzyskują zdrowie, oraz radość życia.


Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Johanna Spyri.