Heidi/Rozdział ośmnasty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Johanna Spyri
Tytuł Heidi
Data wydania 1934
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ OŚMNASTY.



ZIMA W OSIEDLU.

Śnieg zawiał chatę Pietrkową aż po okna, które znalazły się teraz na ziemi, a pod białą nakrywą znikł dach i drzwi wchodowe. Dziadka nie było na hali do pomocy, przeto sam Pietrek musiał codziennie rano pracować w pocie czoła, gdy śnieg spadł na nowo. Wyskakiwał oknem, i o ile nie było mrozu, zapadał cały w zaspę, z której się wydobywał, kopiąc, wierzgając i machając rękami. Matka podawała mu wielką miotłę, a on odmiatał wytrwale aż do samych drzwi. Miał roboty niemało, trzeba było odmieść wszystek śnieg, gdyż inaczej po otwarciu drzwi wpadłoby go dużo do kuchni, zaś w razie zamarznięcia zostaliby wszyscy zamurowani, gdyż przez lodową skorupę przedostaćby się nie można, a okienko było małe, tak, że sam tylko Pietrek mógł się przez nie przecisnąć. W dniach mroźnych używał sobie chłopiec do woli. Otwierał okienko, stawał na twardej powierzchni śniegu, matka podawała mu sanki, on siadał i mógł jechać dokąd chciał, byle tylko na dół. Cała ubocz stała się jednym, ogromnym torem saneczkowym.
Dziadka nie było tej zimy na hali. Dotrzymując słowa, zamknął zaraz z pierwszym śniegiem chatę i stajnię, potem zaś zszedł wraz z Heidi i kozami do osiedla. Stał tam, w pobliżu kościoła i plebanji dom obszerny, dawny dwór pański, teraz już napoły rozwalony. Mieszkał w nim ongiś dzielny wojak, który brał udział w hiszpańskiej wyprawie, dokazał wielu czynów, zdobył bogactwa i powróciwszy, wystawił sobie dom wspaniały. Niedługo jednak wytrzymał w cichem osiedlu nawykły do gwarnego świata, człowiek. Wyjechał i nie wrócił. Po wielu latach, gdy było rzeczą pewną, że zmarł, sprowadził się krewniak jego do domu, który zniszczał tymczasem. Nowy właściciel nie chciał łożyć na odbudowę, wyniósł się wkrótce, a dom zajęli ludzie biedni, którzy także nie mogli naprawiać szkód. Zamieszkał tu potem Halny Dziadek, wraz z synem swym Tobjaszem, a następnie budynek stał pustką przez czas długi, bowiem trudno tu było wyżyć temu, kto nie umiał łatać dziur, zatykać szpar i naprawiać ciągle wszystkiego. Zima trwała w osiedlu długo, była mroźna, wiatr hulał po izbach, gasząc światło, a ludzie kłapali zębami. Poradził sobie atoli dzielny Halny Dziadek. Postanowiwszy spędzić zimę w osiedlu, zaczął już w połowie października naprawiać dom. Przychodził tu często razem z Heidi.
Od tyłu wchodziło się do wielkiej izby, której jedna ściana runęła, w drugiej było wielkie, sklepiste okno bez szyb, a grube pędy powoju pięły się aż do sklepienia, które świadczyło, że musiała to być kiedyś kaplica. Potem wchodziło się do obszernej sali, z kamienną posadzką, poprzerastaną zielskiem. I tutaj mury runęły w połowie, oraz zapadł się częściowo strop, a resztę trzymały grube słupy, gdyż inaczej wszystkoby opadło ludziom na głowy. Dziadek zrobił tutaj zagrodę z desek i pokrył posadzkę grubą warstwą mierzwy, gdyż izbę tę przeznaczył na mieszkanie dla kóz. Za izbą ciągnęły się rozmaite kurytarze tak zniszczone, że przeglądało przez mury niebo, albo kawałek łąki i ścieżki. Na końcu widniały wielkie drzwi, mocno jeszcze tkwiące na zawiasach i przez nie wchodziło się do izby, jako tako zachowanej. Wszystkie cztery ściany pokrywało w połowie drzewo bez skaz i szpar, a w kącie stał piec ogromny, sięgający niemal stropu. Białe kafle ozdobione były niebieskiemi obrazkami, wyobrażającemi to wieżyce w otoczeniu drzew, pod któremi szedł myśliwy z psami, to znów ciche jezioro, ocienione dębami, z rybakiem chwytającym ryby na wędkę. Wokoło pieca umieszczono ławę, tak że można było siedzieć i podziwiać obrazki. Spodobało się tu Heidi odrazu. Wszedłszy, podbiegła do pieca, siadła i zaczęła oglądać obrazki. Posuwając się po ławie coraz to dalej, dotarła za piec i ujrzała coś, co pochłonęło całą jej uwagę. W przestrzeń dzielącą piec od ściany była wstawiona paka z czterech desek zbita, podobna do zasieku na jabłka. Wewnątrz nie było jednak jabłek, ale siano, przykryte prześcieradłem i grubym workiem. Heidi poznała odrazu swoje łóżko. Krzyknęła z radości, potem zaś rzekła:
— Śliczna jest moja sypialna, a ty, dziadku, gdzie będziesz sypiał?
— Ty spać musisz przy piecu, byś nie marzła! — odparł. — A tu jest moje posłanie.
Przebiegła za dziadkiem obszerną izbę, a on otwarł następne drzwi, wiodące do małej stancyjki, gdzie umieścił swe posłanie. Naprzeciw były jeszcze jedne drzwi. Heidi zajrzała przez nie i znalazła się w miejscu, które przypominało kuchnię, ale tak wielką, jakiej dziewczynka nie widziała dotąd w życiu. Napracował się nad nią dziadek niemało, a zostało jeszcze dużo do roboty. Wszędzie widniały w murach dziury i szerokie szczeliny, z których dużo już pozabijał dziadek deskami, co przypominało szafki w mur wpuszczone. Prastare, ogromne drzwi naprawił dziadek również drutami i gwoźdźmi, tak, że je można było zamykać, co stanowiło sprawę ważną, bowiem za kuchnią były same jeno rozwaliska, zarosłe krzakami i zamieszkałe przez roje owadów, oraz jaszczurek.
Heidi była wielce zadowolona z nowego mieszkania, zbadała je dokładnie i oprowadziła wszędzie Pietrka, który przybył nazajutrz zobaczyć, jak tam wygląda. Była niestrudzoną w śledzeniu wszystkich szczegółów.
Sypiała doskonale w nowem łóżku na przypiecku, ale budząc się miała zawsze ochotę wybiec na świat i słuchać szumu jodeł, których konary obciążał teraz ciężki śnieg. Każdego ranka musiała rozmyślać przez chwilę, gdzie jest, i czuła przygnębienie z powodu braku rodzimej hali. Dopiero głos dziadka i beczenie wzywających ją kóz, przywodziły jej wszystko napamięć. Wyskakiwała ze swej paki i biegła do stajni. Czwartego dnia powiedziała stanowczo:
— Muszę iść dzisiaj do babki. Niesposób zostawiać jej tak długo samą.
Nie zgodził się na to dziadek.
— Dziś, ani jutro nie pójdziesz! — powiedział. — Śnieg wielki leży na hali, a ciągle jeszcze pada. Silny Pietrek z trudnością jeno przebrnąć zdoła, zaś małą Heidi zasypałoby niewątpliwie i nikt by jej nie znalazł. Zaczekaj, aż przyjdzie mróz, a wówczas pójdziesz wygodnie po twardej skorupie.
Czekanie zasmuciło Heidi zrazu, ale wobec rozlicznych zajęć, dni mijały szparko.
Heidi chodziła rano i popołudniu do szkoły, ucząc się z wielkim zapałem. Pietrka widywała tam rzadko. Łagodny nauczyciel mawiał zazwyczaj:
— Znowu nie widzę Pietrka. Dobrzeby mu zrobiła nauka, ale na hali tyle śniegu, że pewnie nie mógł przebrnąć, biedaczysko.
Pietrek przychodził jednak codziennie niemal w odwiedziny do Heidi, po szkolnych godzinach.
Po kilku dniach zaświeciło słońce, ale na krótko jeno, jakby nie chciało patrzeć na białą szatę ziemi, tak różną od letniej. Zaszło wcześnie, księżyc lśnił nocą nad śnieżnemi rozłogami, a rano wszystko wokół błyszczało i rzucało skry. Pietrek wyskoczył, jak codziennie, przez okno w głęboki śnieg, tym razem jednak nie zapadł się wcale, lecz stuknął siedzeniem w twardą powłokę i zjechał duży kawał po stromem zboczu, niby puszczone sanki. Zdumiony wielce zaczął się na czworakach gramolić, stanął na nogach, i waląc z całej siły, by się przekonać, czy to prawda, obcasami, zdołał zaledwo małe kawałeczki lodu oderwać od grubej skorupy. Halę ściął silny mróz. Spodobało się to bardzo Pietrkowi, wiedział bowiem, że teraz może przybyć Heidi. Wrócił do domu, wypił mleko, które dlań przysposobiła matka, schował do kieszeni chleb i powiedział:
— Idę do szkoły!
— Dobrze! Idź i ucz się pilnie! — pochwaliła go.
Pietrek wyskoczył oknem, gdyż drzwi przymarzły do cna, siadł na sanki i zjechał błyskawicznie na dół. Gdy mijał osiedle, uczuł, że musiałby sankom i sobie zadać gwałt, hamując tutaj. Pęd uniósł go aż poza Mayendorf i zatrzymał się dopiero na równinie. Wstał i spojrzał wokoło. Szkołę rozpoczęto już dawno. Powrót trwaćby musiał około godziny. Miał tedy pod dostatkiem czasu do powrotu. Znalazł się w osiedlu, w chwili powrotu Heidi ze szkoły. Siedziała z dziadkiem przy stole i jadła obiad. Pietrek miał dziś pewną myśl specjalną, którą musiał zaraz wypowiedzieć.
— Już ściął! — rzekł, stanąwszy w izbie.
— Co znaczy to wojownicze hasło? — spytał dziadek.
— Mróz! — powiedział.
— O! — zawołała Heidi, domyślając się reszty, uradowana, że będzie mogła pójść do babki, potem zaś dodała z wyrzutem: — Czemuż nie było cię w szkole, mogłeś wszakże zjechać?
Raziło ją to, że nie spełnił obowiązku.
— Zajechałem za daleko sankami. Było już za późno! — powiedział.
— To jest dezercja! — zauważył dziadek. — Takich jak ty, bierze się za uszy.
Przerażony temi słowy Pietrek szarpał czapkę, gdyż bał się wielce starego Halnego Dziadka.
— Jesteś ponadto wodzem, tedy podwójnie powinieneś się wstydzić! — oświadczył. — Cóżbyś uczynił, gdyby któraś z kóz przestała cię słuchać i uciekała ze stada?
— Wybiłbym ją! — odrzekł tonem fachowca.
— A gdyby to uczynił chłopiec i dostał cięgi?
— Dobrzeby mu się stało!
— Wiedz tedy, kozi wodzu, że jeśli miniesz szkołę w chwili, gdy masz w niej siedzieć, masz się do mnie zgłosić po swą należytość.
Teraz zrozumiał Pietrek błyskawicznie sens całej rozmowy i że to on miał być owym chłopcem, zerknął, czy gdzie nie dostrzeże kija, lub bata. Ale Halny Dziadek powiedział łagodnym tonem:
— Chodźże i przekąś coś z nami. Potem zaprowadzisz Heidi do babki i wrócisz z nią wieczór tutaj na kolację.
Ten nieprzewidziany zwrot, zachwycił wprost Pietrka, a twarz jego wykrzywiała się na wszystkie strony z uciechy, usłuchał niezwłocznie i siadł obok Heidi. Heidi jeść nie mogła z radości, że idzie, przeto przysunęła Pietrkowi duży kartofel i kawał pieczonego sera, leżące jeszcze na jej talerzu, a dziadek napełnił także talerz chłopca, który, widząc cały wał przed sobą, wziął się do dzieła z zapałem nielada. Heidi wdziała ciepły płaszcz z kapuzą, otrzymany od Klary, i rzekła, gdy Pietrek wziął w usta ostatni kąsek:
— Chodźmy tedy!
Wyruszyli, a Heidi opowiedziała Pietrkowi, że Białuszka i Buraska nie chciały pierwszego dnia pobytu w nowej stajni jeść, miały głowy zwieszone i nie beczały wcale. Dziadek powiedział, że było im tak, jak Heidi we Frankfurcie, bowiem od urodzenia nie opuszczały hali.
Doszli na miejsce, a Pietrek nie powiedział słowa. Widocznie nurtowała go myśl jakaś. Stanął pod drzwiami i rzekł stanowczo:
— Wolę już chodzić do szkoły, niż zgłaszać się po bicie do dziadka!
Heidi była tego samego zdania i utrwaliła go w przedsięwzięciu. Zastała samą jeno Brygidę, zajętą łataniem. Babka leżała w łóżku, w komorze. Było jej zbyt zimno. Zdziwiło to bardzo Heidi, nawykłą do widzenia babki stale przy kołowrotku. Skoczyła do komory i ujrzała, że owinięta w szarą chustkę leży w wąskiem łóżku pod cienką kołdrą.
— Dzięki Bogu! — wykrzyknęła staruszka, posłyszawszy jej kroki. — Przez całą jesień trwożyła ją długa nieobecność Heidi i to, że jak mówił Pietrek, chodzi po hali z obcym panem z Frankfurtu. Była pewna, iż ten pan przyjechał po nią. A chociaż wrócił sam, nie znikła możliwość przybycia jakiegoś wysłannika, który mógł zabrać dziewczynkę. Przyskoczywszy do łóżka, spytała Heidi:
— Czyś bardzo chora, babko?
— Nie, nie, drogie dziecko! — uspokajała staruszka. — Mróz mi wszedł potrosze w kości.
— A czy ozdrowiejesz zaraz, gdy się ogrzeje na świecie? — badała porywczo.
— Mam w Bogu nadzieję, że prędzej jeszcze! Chciałam już dziś prząść, próbowałam nawet, ale jutro pewnie siądę znowu do kołowrotka! — zaręczyła, czując przestrach Heidi.
Przeraziło ją to istotnie, gdyż nie widziała babki w łóżku. Zdziwiła się ponadto, że leży owinięta chustką.
— We Frankfurcie biorą ludzie chustkę, wychodząc na przechadzkę z domu. — powiedziała. — Czyś sądziła, babko, że trzeba się nią okrywać, idąc spać?
— Wzięłam chustkę, moje dziecko, gdyż mi jest zimno! — wyjaśniła. — Kołdra moja trochę za cienka.
— Czemuż ci, babko, spada głowa? — badała dalej Heidi. — Powinna leżeć wysoko. Czegoś brak w tem łóżku!
— To prawda! — odrzekła, poprawiając poduszkę podobną do cienkiej deski. — Widzisz, poduszka moja nigdy wogóle nie była grubą, a teraz stwardniała całkiem i stała się płaska po wieloletniem leżeniu.
— Szkoda, że będąc we Frankfurcie, nie spytałam Klary, czy mogę zabrać swe łóżko. Są tam trzy miękkie poduszki, tak wysokie, żem się zawsze zesuwała z nich i trzeba było ciągle poprawiać głowę, gdyż w mieście sypia się wysoko. Czyby ci to sprawiło ulgę, babko?
— Oczywiście, poduszki grzeją, a leżąc wysoko, łatwiej jest oddychać! — zapewniła, poprawiając się znowu. — Nie mówmy jednak o tem, dziękować muszę Bogu za dużo rzeczy, których brak takim jak ja starcom. Dostaję codzień białe bułeczki, mam ciepłą chustkę i ty przyszłaś do mnie, droga Heidi. Możebyś mi co przeczytała?
Heidi zdjęła z półki starą książkę, zaczęła wyszukiwać różne piękne hymny, które znała teraz dobrze i które rada była sama usłyszeć po tak długiej przerwie.
Babka złożyła ręce, a smutna jej twarz przybrała taki wyraz, jakgdyby ją spotkało wielkie szczęście.
Po chwili przerwała Heidi, pytając:
— Czyś już zdrowa, babko?
— Dobrze mi, słodko! Ale czytaj jeszcze, dziecko, czytaj dalej.
Heidi skończyła hymn, potem zaś powtórzyła kilka razy zakończenie:

Gdy oko moje ćmić się zacznie,
Ty w ducha pokój wlej,
Bym miast umierać miał rozpacznie
Do chwały wpłynął twej.

Babka powtórzyła ten wiersz, oblicze jej rozpromieniła radość i oczekiwanie. Heidi była wielce zadowolona. Wspomniała jasny, pogodny dzień swego powrotu i wydało jej się, że takim właśnie powrotem do ojczyzny jest śmierć. Wykrzyknęła z zapałem:
— Wiem już teraz, co znaczy śmierć szczęśliwa!
Babka nie odpowiedziała, ale słowa te utkwiły jej w pamięci.
Po chwili rzekła Heidi:
— Już ciemno! Muszę wracać, ale rada jestem, że ci lepiej, babko!
Staruszka ujęła jej dłoń, mówiąc:
— Dobrze mi już, Heidi, chociaż muszę leżeć. O, nie masz pojęcia, jak smutno jest opuszczonemu, który pozbawiony ludzkiego słowa nie widzi ponadto promyka słońca. Przygnębiony, sądzi taki człowiek, że już niema dlań ratunku. Gdy jednak słucham twego czytania, robi mi się jasno i lekko, a potem hymny brzmią w duszy, jako wspomnienie.
Babka puściła jej rękę, a dziewczynka wybiegła, nawołując Pietrka, gdyż zapadła noc. Ale księżyc świecił jasno, tak że wydawało się, iż świta. Pietrek nastawił sanki, siadł na przodzie, Heidi za nim i ruszyli na dół, jakby lecieli na skrzydłach.[1]
Leżąc na sianie przy ciepłym piecu, wspomniała raz jeszcze babkę, której było tak niewygodnie leżeć. Słowa, jakie zamieniły, nie wychodziły jej z myśli, radaby była całe dnie spędzać na pocieszaniu staruszki, ale była zima i następna wizyta mogła przypaść, w razie niepogody, za jakieś dwa tygodnie. Dumała coraz smutniej, coby zrobić, by babka słyszała codziennie bodaj jeden hymn. Wkońcu jednak znalazła ratunek i tak ją to rozradowało, że ledwo mogła doczekać ranka dla wykonania swego zamysłu. Nagle przypomniała sobie, że nie zmówiła dotąd pacierza, usiadła tedy i zaniosła modły do Boga, nie chcąc go porzucać, nawet na dzień jeden.
Pomodliwszy się za siebie, dziadka i babkę, położyła się na miękkiem sianie i zasnęła, nie budząc się aż do samego świtu.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł W wydaniu angielskim do słów tych dołączona jest dodatkowa ilustracja, której brakuje w wydaniu polskim. Obejrzyj tutaj.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Johanna Spyri.