Gwiazda przewodnia/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jeanie Gould
Tytuł Gwiazda przewodnia
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Druk Drukarnia „Głosu Narodu“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Hartingh
Tytuł orygin. Marjorie’s Quest
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIV.

— Hej! strażniku! wody! a żywo! — zawołał Rex, rozpinając mundur zemdlonego.
Jeden z więźniów miał przy sobie manierkę z wódką; wlano więc zemdlonemu kilka kropel w usta i poczęto silnie rozcierać skronie i ręce. Po niejakim czasie chory zaczął dawać słabe oznaki powracającego życia.
— Powinni go byli umieścić w szpitalu — rzekł jeden z obecnych do Rexa. — We wczorajszej bitwie postrzelono mu silnie ramię, poczem dostał się do niewoli, zdaje mi się jednak, że felczer byle jako opatrzył mu ranę. — Czy go zna kto tutaj?
— Ja go znam. Jest to generał Clive z dywizji Crooka.
— Kto tu mówił do mnie? — omdlałym głosem szepnął chory — i co się ze mną stało?... Ach! prawda... zemdlałem.
— Tak, panie — odparł Rex. — A teraz wypij pan tę resztę wódki. Postaram się zaraz sprowadzić cyrulika. Czy pan bardzo cierpisz?
— Trochę mniej obecnie..., ale mniejsza o moje ramię. Kto pan jesteś?
— Reginald Gray, z dywizji Kustara.
— Gray?... Czy nie krewny sędziego Graya?
— Jestem jego jedynym synem. Czy znasz pan mego ojca?
— Osobiście go nie znam. Ale właśnie pisałem do niego niedawno, wypytując się o małą dziewczynkę, która czas jakiś przebywała w waszym domu.
— A to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności! — zawołał Rex. — Mój drogi generale, mogę panu udzielić wszelkich wiadomości, dotyczących tej maleńkiej... Usiądźmy ot tam w kącie, na mojem posłaniu... Będziemy mogli rozmawiać swobodnie.
Można sobie łatwo wyobrazić zdumienie Rexa, gdy generał opowiedział mu swoje przygody i zabiegi w odszukaniu utraconego dziecięcia...
Więc to był ojciec Marjorie, ten smutny człowiek, który po wielu latach z takiem rozczuleniem mówił o żonie swej i córce, a którego los rzucił z nim razem na więzienny barłóg! Czyżby przyrzeczenie, jakie uczynił niegdyś małej swej towarzyszce zabaw, iż odszuka jej ojca, miało się spełnić nareszcie?
Ale jeżeli zdziwienie Rexa nie miało granic, cóż dopiero powiedzieć o gorączkowem zajęciu, z jakiem generał Clive słuchał opowiadania młodego człowieka! Odpowiedź sędziego Graya na jego list nie doszła go, a Percy Clive postanowił nie pisać do brata, dopóki nie będzie w możności udzielenia mu już pewnych wiadomości o jego córce. To też cały pobyt Marjorie w domu sędziego, adoptacja jej przez panią Wilder i tajemnicze jej zniknięcie, wszystko to nowością było dla jej ojca. Co się później z nią stało, Rex nie umiał powiedzieć; nadmienił tylko o nadzwyczajnem podobieństwie miss Russel do straconego dziecka. Gdy zaś dodał to, co słyszał od Dory, że młoda nauczycielka wychowana była staraniem i kosztem pana Seldena Clive, wzruszenie generała przeszło niemal w spazmatyczny rozstrój. Zasłonił oczy rękami, a silna męska jego postać drżeć poczęła jak w febrze.
— Uspokój się pan, proszę — nalegał Rex. — Nie masz mi pan za co dziękować. Było to takie miłe, śliczne dziecko, że trudno było jej nie kochać. Zachowaj pan swoją wdzięczność dla mego ojca... mego drogiego ojca...
Tu usta jego zadrżały pod ciemnym wąsem na wspomnienie tego, do którego tak gorąco tęsknił.
— Co to jest?! — zawołał po chwili, zrywając się i nadsłuchując. — Jakiś ruch niezwykły w obozie... A, tak! jak mi Bóg miły! — zawołał, gdy odgłos rotowego ognia doszedł ich zdaleka. — Ach! gdybym tam był na miejscu!... Strażniku!
Ale strażnik nie słyszał.
Cała garstka więźniów zbiła się u wejścia w jedną gromadkę, przysłuchując się ciekawie i obliczając szanse ucieczki. Szanse te jednak nie przedstawiały się świetnie, gdyż w kilka godzin później więźniowie dowiedzieli się z rozmowy żołnierzy, iż Early o świcie zaatakował unjonistów i przepędził ich o trzy czy cztery mile dalej w głąb kraju.
Po długiem i niecierpliwem wyczekiwaniu zaszła zmiana w dotychczasowem położeniu więźniów. Kilku trupjerów wpadło na odwach i kazało im się sposobić do drogi.
— Macie być zaprowadzeni do szeregów — objaśniono ich węzłowato, zbywając milczeniom ich zapytania.
W rzeczywistości jednakże rzeczy zupełnie odmienny wzięły były obrót. Dzielny Till Sheridan (jak go powszechnie nazywano) w tylko co stoczonej potyczce raz jeszcze odniósł był zwycięskie wawrzyny.
Więźniowie jednak nie wiedzieli o tem; dopiero gdy im kazano ogólnie cofać się, nadzieja ucieczki zaczęła znowu budzić się w ich sercach. Rex, który cały czas był przy generale Clive, czekał tylko sposobności, aby odwrócić czujność straży i rzucić się w krzaki. Liczba trupjerów zaczęła się stopniowo umniejszać, ambulanse napełniły się rannymi i umierającymi, a koło południa rozpoczął się odwrót wojsk; panika wzrastała z każdą chwilą.
— Teraz czas na nas! — szepnął do Rexa jeden z więźniów i poskoczył, aby uchwycić za cugle przebiegającego luzem wierzchowca. — Wsadź pan naszego generała na tego konia, a my we dwóch damy sobie jakoś radę.
Korzystając z chwili ogólnego zamieszania, więźniowie rozpierzchli się w różne strony, a z nimi Rex z jednym towarzyszem, trzymając po obu stronach konia generała. Ujechawszy boczną drogą może milę, zbliżyli się do pola bitwy, o ile wnosić można było z dymu, unoszącego się dużemi kłębami w powietrzu, oraz z ludzi i koni, pędzących w bezładzie po gościńcu.
Zaledwie mieli czas rzucić się w zarośla, gdy w tumanie kurzu ujrzeli Kustara z obnażoną głową, galopującego co koń wyskoczy i pędzącego przed sobą znaczny oddział konfederatów tuż koło nich.
— Nie wytrzymam! — zawołał Rex, któremu serce uderzyło dumą i radością na widok swego pułku. — Stań na boku, generale, i ty, sierżańcie! Muszę i ja zmierzyć się z wrogiem.
Z okrzykiem triumfu popędził naprzód, przyłączył się do swoich, wyrwał szablę z rąk jakiegoś rannego, zmierzył się z jednym Ketsańczykiem, który go zlekka zranił w ramię, położył dwóch piechurów i pędził dalej, gdy jeden z żołnierzy, który dzielnie bił się obok niego, tknięty śmiertelnym strzałem, powalił się na niego, zalewając go całego strumieniem krwi swojej.
— Tym razem już po mnie — jęknął ranny, gdy Rex, zachwiawszy się na nogach, pochylił się ku niemu. — Czy nie mógłbyś, kolego, odciągnąć mnie gdziekolwiek na bok, abym choć umrzeć mógł spokojnie?
Nikt daremnie nie odwołał się jeszcze do serca Reginalda. Znużony i krwią zbroczony, przypadł do swego sierżanta, żądając jego pomocy w przeniesieniu rannego.
We dwóch podnieśli go ostrożnie, zanieśli w miejsce, gdzie generał ich oczekiwał, i złożyli na zielonej darni pod cieniem rozłożystego dębu.
— Jest tu trochę wódki we flaszce... — rzekł generał, patrząc z politowaniem na ponsową falę krwi, która wybuchała z piersi żołnierza za każdem jego odetchnieniem.
Słysząc dźwięk tego głosu, umierający drgnął gwałtownie.
— Kto tu mówił? — jęknął, chwytając powietrze. — Jerzy! Jerzy! czy ty mnie nie poznajesz?
Generał pochylił się nad nim.
— Wielki Boże! — krzyknął głosem, wyrażającym wstręt i ulgę zarazem. — Sądziłem, że już dawno nie żyjesz!
— Lepiejby było dla wielu, gdyby tak było wistocie! — z goryczą odparł Bodman, gdyż on to był, — a w tej liczbie i dla ciebie. Jerzy! jam cię kochał za dawnych naszych koleżeńskich dobrych czasów... ale nikczemnie obszedłem się z tobą w późniejszem życiu. Powiedz, że mi przebaczasz w ostatniej życia mego godzinie!... Ty nie wiesz, ile ja ci złego wyrządziłem, tobie i twoim — szepnął, gdy generał wzruszony uścisnął dłoń jego. — Gdy posłyszysz spowiedź moją, może nie zechcesz powtórzyć twego przebaczenia!... Dajcie mi tę resztę wódki!... bo siły mnie odbiegają i ciemno robi mi się przed oczami. Nie odchodź, młodzieńcze! — zawołał, gdy Rex, powodowany delikatnością, chciał się usunąć na bok. — Chcę mieć świadka tego, co powiem, a niczyje sądy ani nagany już mnie dziś nie obchodzą!
Jerzy, ty nie wiesz, jak nisko upadłem w społecznej skali — rzekł po chwilowej przerwie cokolwiek głośniej. — Zazdrościłem ci twego mienia, a gdy przyszedł twój list, wzywający mnie do przesłania żonie twojej sum, wyznaczonych przez twoich braci na wasze utrzymanie, zastał mnie w więzieniu. Przywłaszczyłem sobie te pieniądze, a list od twojej żony, pisany do ciebie i zaadresowany na moje ręce, odpieczętowałem. Z niego dowiedziałem się, że żona twoja pod przybranem nazwiskiem pani Williams wraz z dzieckiem puściła się w drogę do Ameryki, do ciebie. Byłeś zbyt chory wtedy, aby odkryć moje przeniewierstwo. Powitałem niby panią Clive na statku, którym przybyła i sprowadziłem ją do hotelu, w którym sam stałem.
Głęboki jęk wyrwał się z piersi generała.
— Przybyła — mówił dalej umierający — i gorączkowo żądała widzieć cię. Wiesz, że miałem zdolność naśladowania cudzego pisma... sfałszowałem więc list... niby od ciebie... wzywając ją, aby się udała do twego ojca i usiłowała go przebłagać... Wiesz, jak była niewinna i niepodejrzliwa... uwierzyła mi, i pojechała...
Nastała chwila głębokiego milczenia, które przerywał tylko chrapliwy oddech konającego.
— Byłem przygotowany do ucieczki, bo czułem to, że biedna kobieta powróci z niczem i znajdzie się sama, opuszczona, w obcym dla siebie kraju, gdzie nie znała nikogo... Twarz jej blada i znękana prześladowała mnie odtąd ciągle we śnie i na jawie. Uciekłem... po owej sprzeczce z twoim bratem... aż do Meksyku... Gdy powróciłem do Nowego Yorku, spadłem już wtedy na najniższy szczebel nędzy i upodlenia. A teraz... Jerzy... czy możesz mi jeszcze przebaczyć?
Wielkie krople potu występowały na znękane czoło generała, nie mógł słowa przemówić.
— Zapomniałem... — dodał po chwili ranny, ocknąwszy się jakby ze snu. — Mogę choć w ostatniej chwili naprawić ci cząstkę złego, jakie ci uczyniłem. Wczoraj spotkałem dziewczę, które, jeśli nie jest twoją córką, jest chyba żoną twoją, która wróciła z tamtego świata...
— Gdzie? — zawołali jednocześnie Rex i generał.
— Tam... na plantacji, w otoczeniu rodziny kwakierskiej. Odważna jest i szlachetna, jak ty, Jerzy... Ułatwiła mi ucieczkę, gdy mnie poszukiwano.
— Więc to pan jesteś tym szpiegiem Rogersem! — krzyknął Rex.
— Tak, a skąd pan wiesz o tem?... coraz więcej słabnącym głosem spytał umierający. — Nazywają ją Daisy Russel... była wychowana w domu brata twego, Seldena... widziałem ją tam... O Jerzy!... — dodał, załamując ręce — powtórz, że mi przebaczasz... Onaby mi przebaczyła!
Generał odzyskał nareszcie głos i, przyklęknąwszy nad człowiekiem, który mu tak śmiertelną wyrządził krzywdę, ujął w swoje dłonie stygnące jego ręce.
— Tak, Danie, przebaczam ci przez miłość tej, którą tak ciężko i niewinnie skrzywdziłeś... i przez pamięć dawnej naszej chłopięcej przyjaźni... O... niech Bóg ma miłosierdzie nad tobą... Dziękuję ci za wiadomość o mojem dziecku...
— On mi dziękuje!... On?!... o Boże!...
Ciężki oddech podniósł pierś konającego, wyrzucając z niej falę krwi.
Z oddechem tym uleciało i życie.
Nastała chwila głębokiego milczenia... Obecni odkryli głowy przed majestatem śmierci i przeżegnali się pocichu. Generał złożył troskliwie głowę zmarłego na darni i ciało jego obwinął w fałdy płaszcza. Potem zbliżył się do Rexa i sierżanta.
— Muszę udać się gdzieś... gdzie jest lekarz... aby mi opatrzył ranę — rzekł, wspierając się na ramieniu Rexa i zataczając się trochę. — Rana strasznie mi dokucza... ale nim się stąd oddalimy... czy nie możnaby naznaczyć tego miejsca?... Chciałbym go przyzwoicie pochować.
Sierżant, uczynił według jego życzenia, zaznaczywszy miejscowość; potem obaj z Rexem ostrożnie wsadzili generała na konia i ruszyli naprzód, bardzo wolno, gdyż pan Clive tak był wycieńczony, iż z największą trudnością zdołał się utrzymać na siodle.
O dwie mile dalej spotkali jakiś ambulans wraz z siostrami miłosierdzia, które zaraz zajęły się chorym. Był już na to wielki czas, gdyż w chwilę potem generał stracił zupełnie przytomność.
Rex, nie chcąc go opuścić w tym stanie, towarzyszył mu aż do Winchester, gdzie go umieszczono w jednym ze szpitali.
Młody kapitan tak był stroskany o swego towarzysza, iż nie miał nawet czasu rozpytać o szczegóły bitwy.
Gdy złożono rannego na wygodnem łóżku, pod czujnym dozorem siostry miłosierdzia, Rex zapragnął wyrwać się choć na chwilę, ale wpierw poszedł pomówić z głównym chirurgiem szpitala.
— Jest to ciężki wypadek — rzekł tenże — ręka musi być odjęta aż po ramię, i to śpiesznie, aby się gangrena nie wdała. Muszę niezwłocznie uśpić pacjenta i przystąpić do operacji, bo potem mogłoby już być za późno,
— Pójdę mu o tem powiedzieć — smutnie rzekł Rex.
Znużony, głodny i spragniony, waleczny młodzieniec nie pomyślał ani chwili o sobie. Wrócił do łoża chorego, którego zastał cokolwiek zdrowszym i zwiastował mu wyrok lekarzy. Pierś rannego podniosła się szybko kilka razy, dreszcz wstrząsnął silną jego postacią; potem nerwowym ruchem schwycił dłoń młodego swego przyjaciela i, odwróciwszy się do ściany, rzekł krótko, stłumionym nieco głosem:
— Im prędzej, tem lepiej.
Operacja odbyła się szczęśliwie, a chirurg z zadowoleniem patrzał na swego pacjenta, upewniając, że teraz już wszystko pajdzie dobrze.
Rex uczuł dopiero teraz, jak zapach chloroformu okropnie jest mdły i odurzający. Usiadł więc w milczeniu, z głową ukrytą w rękach i zaczął drzemać, gdy naraz dłoń czyjaś spoczęła na jego ramieniu i głos, drgający tłumionem wzruszeniem rozpaczy i radości, odezwał się tuż obok niego.
— Rexie! mój drogi chłopcze!
Zerwał się gwałtownie na nogi i z łkaniem niewypowiedzianej tęsknoty rzucił się na pierś ojcowską.
— Ojcze! och! mój drogi ojcze! to ty jesteś... jakże się cieszę... jakże szczęśliwy jestem, że cię widzę nareszcie! Jakże ty tu, ojczulku, przybyłeś?... w jakiż sposób mnie znalazłeś?
Sędzia Gray zwykł był potem opowiadać ze śmiechem, że Rex zabrał mu wtedy jedyną suchą chustkę, jaką posiadał, na co młody kapitan odpowiadał, że było to czystem niepodobieństwem, gdyż ojciec miał dwie, obie od łez wilgotne.
Sędzia, który po tysiącznych trudach i dopytywaniach, po zwiedzeniu wielu ambulansów i szpitali znalazł nareszcie swego jedynaka, zabrał zaraz ukochanego syna do swego mieszkania i kazał mu podać sutą wieczerzę. Podczas gdy zagłodzony młodzieniec posilał się, ojciec siedział przy nim, nie spuszczając oczu z odzyskanego skarbu swego.
Jak rozmawiali ze sobą tego wieczoru, to łatwo się domyślić. Jeżeli sędzia miał wiele do powiedzenia, miał też i wiele do usłyszenia i łatwo pojąć jego wzruszenie, gdy się dowiedział, że ta właśnie sierota, którą zaopiekował się kiedyś w jej niedoli, ocaliła życie jego ukochanemu jedynakowi.
— Więc generał Clive to jej ojciec! — zawołał sędzia, gdy Rex dokończył swego opowiadania. — Rexie! dotrzymałeś swego przyrzeczenia! odszukałeś ojca Marjorie i ją samą. A teraz, drogi ty mój paladynie i obrońco uciemiężonych dziewic, czas wielki, abyś o sobie samym pomyślał. Ta ranna twoja głowa nie tęgo wygląda. Potrzebujesz długiego wypoczynku... zabieraj się więc tymczasem do łóżka, a resztę rozmowy odłóżmy na jutro. Ale czy wiesz, że doszedłem do tego przekonania, że niema to, jak spać pod jednem tylko prześcieradłem na gołej ziemi? Co to na te barbarzyńskie obyczaje powie ciotka Rachela? Dobranoc ci, mój chłopcze!
Ale choć błękitne oczy Reginalda były już oddawna snem ożywczym sklejone, ojciec siedział przy nim do samego rana, wpatrując się z miłością w każdy rys twarzy ukochanego syna i z pełni wdzięcznością przejętego serca dziękował Bogu, że pozwolił mu odzyskać jedyną jego pociechę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeanie Gould i tłumacza: Zofia Hartingh.