Gwiazda przewodnia/Rozdział XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jeanie Gould
Tytuł Gwiazda przewodnia
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Druk Drukarnia „Głosu Narodu“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Hartingh
Tytuł orygin. Marjorie’s Quest
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXI.

— Czyś bardzo zajęty, Dżemsie? Ten pan mówi, że ma do ciebie bardzo pilny interes — mówiła miss Rachela, podając bratu bilet wizytowy.
Była to ta sama miss Rachela, którą widzieliśmy niegdyś. Lata przeszły po niej niepostrzeżenie. Zato szron siwizny przyprószył skronie sędziego Graya, podnosząc jeszcze szlachetność pięknych jego rysów, a piwne jego oczy zachowały dawny wyraz wesołości i ujmującej dobroci.
— Pan Percy Clive — czytał sędzia, spoglądając na kartę. — Ma się rozumieć, że przyjmuję... Proszę cię, Rachelo, poproś go tutaj.
— Miło mi bardzo widzieć pana — rzekł, uprzejmie witając gościa i prosząc go siedzieć. — Właśnie pisałem do pańskiego brata...
— Zgłaszał się zatem do pana listownie?... Nie potrzebuję więc tłumaczyć celu mego przybycia. I cóż mi pan możesz powiedzieć o tem dziecku?
— Marjorie istotnie czas jakiś przebywała w moim domu, ale od sześciu czy siedmiu lat, niestety, zupełnie straciłem ją z oczu.
W krótkich słowach opowiedział sędzia przygody sierotki, aż do chwili tajemniczego jej zniknięcia z domu państwa Wilder.
— Mam tu — dodał, otwierając szufladkę biurka — listy, które Barnej Brian mi zostawił, a oto odpowiedź, jaką otrzymałem od Barry i Williamsa z Londynu.
Percy Clive wydał okrzyk zdziwienia.
— To jest pismo mojego brata! a żona jego, Magdalena Hervé, pochodziła istotnie z Marsylji. Poznał ją tam w powrocie z Chin, i o ile wiem, rodzina jej, równie jak i nasza, sprzeciwiała się temu małżeństwu. Jerzy był ulubionym synem naszego ojca, to też gniew ojca nie miał granic, gdy się dowiedział o jego ożenieniu. Nie wiem, co mu wtedy odpisał, ale z tego listu widzę, że położył twarde warunki. Biedny Jerzy ciężkie miał przejścia. Nie mogąc zapracować na utrzymanie żony i dziecka w Anglji, przybył tutaj, aby po raz ostatni odwołać się do serca ojca, ale zaledwie wylądował, rozchorował się śmiertelnie w moim domu. Wtedy poleciłem Bodmanowi, zostającemu wówczas w usługach naszej firmy, aby przesłał pani Clive pewną sumę pieniężną. Jak przypuszczam, biedna kobieta, nie mając wiadomości od męża, puściła się w drogę zapewne pod przybranem nazwiskiem i dlatego Jerzy nie mógł nigdy potem, mimo najstaranniejszych poszukiwań, natrafić na jej ślad.
— Należało wtedy wybadać Bodmana — rzekł sędzia Gray. — Czy straciłeś go pan zupełnie z oczu?
— Kompletnie. Był to człowiek nałogowy, skutkiem czego został od nas wydalony. Przyjął to jednak bardzo obojętnie, o ile pamiętam.
— Bo niezawodnie przywłaszczył sobie sumę przeznaczoną dla pani Clive — zauważył sędzia.
— Na Boga! że mi też to wpierw nigdy na myśl nie przyszło! — zawołał pan Percy Clive, uderzając się w czoło. — Najniezawodniej tak zrobił, nikczemnik! Cóż teraz począć? Podać o nim ogłoszenie do gazet?
— Zapewne, że trzeba, żądając od ludzi jakichkolwiek o nim informacyj.
— Smutno pomyśleć, iż trafiliśmy na ślad biednego dziecka, aby go zaraz utracić! — rzekł pan Clive zamyślony. — Przypuszczam, że pan sędzia stracił także wszelką nadzieję odszukania jej.
— Tak sądziłem aż do dnia wczorajszego — rzekł sędzia.
— Co pan mówisz!? — wykrzyknął gość, zrywając się. — Czyżbyś co nowego o niej usłyszał?
— Zdaje mi się — odparł sędzia, uśmiechając się. — Otrzymałem wczoraj list od pana Wildera, który mi pisze, że ajent policyjny, któremu poruczył kiedyś tę sprawę, zgłosił się do niego w zeszłym tygodniu, mówiąc, iż pewna kobieta, imieniem Nancy, przyszła do policyjnego więzienia odwiedzić umierającą starą pijaczkę, która poranioną została w bójce ulicznej. Zdarzyło się szczęśliwie, że ajent ten znajdował się w izbie podczas tych odwiedzin i z rozmowy Nancy dowiedział się, iż głównym celem jej przybycia było wydobycie od starej kobiety zeznania, dotyczącego jakiejś skradzionej przed laty dziewczynki. Ajent, łakomiąc się zapewne na sutą nagrodę, obiecaną przez pana Wildera, wpadł na myśl wybadania obu kobiet. Stara Molly zaklinała się zrazu, iż o niczem nie wie, ale wkońcu, czując, iż śmierć się zbliża, zeznała, iż podniosła dziecko na schodach, przed bramą dużego czerwonego domu, położonego przy ulicy N., opodal alei Madsona. Otóż okazuje się, iż dom ten jest własnością pana Wildera.
— I gdzież się to dziecko podziało? — skwapliwie zapytał pan Clive.
— Tego pan Wilder nie umiał mi powiedzieć. Udał się on zaraz z ajentem policyjnym do Nancy, która mu powiedziała, że bogaci jacyś państwo zaopiekowali się dziewczynką, którą odebrali od żebraczki na ulicy w New Yorku. Nie umiała wymienić ich nazwiska, tylko powiedziała, że zostawili adres, pod którym miała im przesyłać wszelkie wiadomości, jakie zczasem będzie mogła zebrać o dziecku.
— I cóż dalej? — zapytał pan Clive, gdy sędzia zatrzymał się chwilę.
— Po pewnym czasie Nancy znalazła ukryty w sienniku sznurek złotych paciorków.
— Na Boga żywego! — wykrzyknął pan Clive, zrywając się na równe nogi i drżąc cały ze wzruszenia. — Czy... czy to być może?... Toż to istna bajka z tysiąca i jednej nocy!... Słuchaj pan!... ta kobieta przyniosła te paciorki do mnie. Adres mój zostawiony jej był przez brata mego Seldena, a łańcuszek jest własnością dziecka, które on adoptował. Jeżeli więc to jest ta sama dziewczynka... No! toż cały czas mieliśmy ją tak blisko nas!
Okrzyk dziękczynny wyrwał się z piersi sędziego.
— Chwała niech będzie Bogu Najwyższemu!
Usta jego zadrżały, a oczy zaszły łzami ze wzruszenia.
— Jakże się Rex ucieszy! — dodał sam do siebie, a widząc spojrzenie pana Clive, pytająco zwrócone ku sobie, objaśnił:
— Jest to mój syn, który bardzo był przywiązany do małej Marjorie i nigdy nie stracił nadziei odszukania jej. Dziewczynka także kochała go bardzo i o mało jej serduszko nie pękło, gdy musiała odjeżdżać, zostawiając go ciężko chorym. Nigdy już potem jej nie zobaczył...
— Czy to nie ten syn pański, który służy w wojsku i o którego dzielnem znalezieniu się wzmiankują ostatnie depesze Sheridana? — z zajęciem, zapytał pan Clive.
— Tak, to on — z dumą odparł ojciec.
— W takim razie winszuję panu. Możesz być dumnym z takiego syna, drogi sędzio! — gorąco rzekł pan Clive. — Zaledwie mogę uszom swoim dowierzać, tak zadziwiającą jest ta cała sprawa, dotycząca dziecka mego brata!... Co to za cudowne zrządzenie Boskie! Ale jakże sprawdzimy jej osobistość?
— Szczególna rzecz, iż tegoż samego pana Seldena Clive zapytywałem właśnie o informacje względem owego Bodmana — rzekł sędzia. — Było to właśnie wtedy, gdy Marjorie znikła w tak tajemniczy sposób. Czy panu wiadomo, kiedy brat pana ją znalazł?
— W październiku 18. . . roku — odparł zapytany po chwili namysłu. — Mój drogi sędzio, nie widzę innego sposobu, jak odwołać się raz jeszcze do twojej nieocenionej dobroci, prosząc cię, abyś nam nie odmówił tej łaski i jechał ze mną razem do Filadelfji. Naoczne poznanie dziecka, którem tak szlachetnie zaopiekowałeś się w niedoli, będzie stanowić najważniejszy dowód jej tożsamości. Ja nigdy jej nie widziałem, ale moja siostrzenica, pani Randolph, dużo mi o niej mówiła. Czy nie zrobiłoby to panu wielkiej różnicy zajechać ze mną do mego brata, zatrzymując się po drodze w Nowym Yorku dla zobaczenia się z panem Wilderem, z Nancy i z ajentem policji? Nie napiszę do Jerzego, dopóki nie będę mógł mu udzielić pewnych wiadomości.
— Pojechałbym, gdybym nawet był przeciążony robotą, co obecnie na szczęście niema miejsca — gorąco odparł sędzia. — Kocham wszystkie dzieci wogóle, ale mała Marjorie była mi wyjątkowo drogą. Będę więc panu służył jutro rano, a tymczasem pozwól, że poślę do hotelu po pańskie rzeczy. Nie przyjmuję żadnego tłumaczenia — dodał, pociskając sprężynę dzwonka. — A teraz przejdziemy do bibljoteki i pozwolisz mi pan przedstawić cię mojej siostrze. Żałuję tylko, że niema Rexa w domu; pokazałby panu bransoletkę, którą maleńka miała na rączce, gdy wraz z matką swoją zabłądziła do Wyn.
Miss Rachela nie posiadała się ze zdziwienia, gdy jej brat opowiedział dziwne koleje losu małej Marjorie. Zapomniała się o tyle, że zamiast cukru nasypała soli do herbaty i nawet nie spostrzegła wcale swojej pomyłki.
Po kolacji wydobyła ze skrzyni turecki szal, który odłożyła była na bok przed sześciu laty. Pan Clive przypatrzył mu się z ciekawością i słuchał z wielkiem zajęciem opowiadania, jak sędzia Gray napotkał biedną, przeziębłą sierotkę na drodze do Sejbruk i przywiózł ją otuloną w fałdach swego płaszcza.
W tejże chwili posłaniec miejski, roznoszący nadzwyczajne wiadomości z placu boju, zawołał pod oknami, podając świeżo wyszły z druku raport wojenny.
— Nowa bitwa! Dwa tysiące zabitych i rannych. Sheridan na placu bitwy.
— Dawaj, chłopcze! — blednąc nieznacznie, zawołał sędzia, i rzuciwszy mu kilka penny, rozwinął szybko papier i zaczął czytać.
— Bitwa pod Opequan Creek.
Przerzuciwszy wzrokiem kilka następnych wierszy, zatrzymał się na końcu.
Zabici: pułkownik Raymond. Ranni: major Boscom. Braknący: kapitan Reginald Gray.
Twarz ojca pokryła się śmiertelną bladością.
— Rachelo — rzekł zmienionym głosem — każ mi, proszę, natychmiast spakować podróżną torbę. Mam 35 minut czasu do odejścia pociągu do Nowego Yorku. Panie Clive, zechciej tymczasem rozgościć się u mnie, jak u siebie. Pojadę prosto do Washingtonu i wyrobię sobie pozwolenie przedostania się do obozu Sheridana. Muszę odszukać mego chłopca.
— I ja również mogę zmienić swoje plany i towarzyszyć panu przynajmniej aż do mego domu — z szczerem współczuciem odezwał się pan Clive. — Następnego dnia dopiero udam się do Filadelfji, a skoro tylko pan odnajdziesz kapitana, mam zaś nadzieję, że w pomyślnem zdrowiu, spotkamy się u mego brata.
Miss Rachela w kilka minut spakowała torbę i panowie pożegnali się pośpiesznie. Po drodze na dworzec kolei wstąpili do pani Livingston, aby jej powiedzieć, co zaszło. Sędzia Gray udawał spokojnego i pocieszał, jak mógł, biedną staruszkę, ciężko stroskaną o los ukochanego wnuka. Co się jednak działo w jego własnem sercu, to łatwo można sobie wyobrazić.
Podróżując bez wytchnienia dniem i nocą, zbierając, gdzie się dało, wiadomości po drodze, musiał walczyć ze straszną zmorą nieszczęścia, która ścigała go bezustannie. Zdawało mu się chwilami, że wolałby już widzieć walecznego swego jedynaka trupem położonego na pobojowisku, niż konającego z niedostatku i głodu w więziennych podziemiach Andersonville lub Libby.
Gdy nareszcie zbolały ojciec po wielu trudnościach i opóźnieniach stanął u celu podróży, siwawe włosy jego prawie całkiem zbielały ze zmartwienia, a zmarszczki głębokie zasępiły szlachetną pogodę jego czoła.
Generał Sheridan stoczył był nową zwycięską bitwę, gdy sędzia stanął w głównej jego kwaterze. Obóz przedstawiał nader ruchliwe widowisko, tak że z trudnością zdołał on zdobyć przystęp do wodza. Tenże jednak powitał go ze zwykłą sobie szorstką uprzejmością, z której był znany, a gdy się dowiedział, co go sprowadzało, obiecał uczynić wszystko, co będzie w jego mocy, aby mu dopomóc w odszukaniu syna. Przyrzekł mu nawet dać nazajutrz żołnierza, któryby go przeprowadził aż do granic okolicy, którą obecnie mocno niepokoił gerylasi Masbego.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeanie Gould i tłumacza: Zofia Hartingh.