Gwiazda przewodnia/Rozdział XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jeanie Gould
Tytuł Gwiazda przewodnia
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Druk Drukarnia „Głosu Narodu“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Hartingh
Tytuł orygin. Marjorie’s Quest
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXII.

Puk siedział na progu bawialnego pokoju, patrząc zamyślony w ogród. Kapitan Rex czytał głośno babci i Dorze „Hamleta”. Głos miał dźwięczny i harmonijny, a Dora słuchała go zamyślona, z poczuciem winy w sercu, spuszczając mimowoli powieki, gdy wzrok jego, pogodny i ufający, spotykał się z jej oczami. Puk zachowywał się przez cały ranek bardzo spokojnie, a czytanie, któremu się także przysłuchiwał, wywierało snać na nim wielkie wrażenie, bo prosił, aby mu powtórzyć rozmowę grabarzy.
Kapitan Rex, śmiejąc się, przychylił się do jego żądania, poczem złożył książkę i pomagał Dorze zwijać włóczkę.
Chłopczyk tymczasem, ujrzawszy zdaleka Katona, skubiącego gąsiora na obiad, pobiegł mu pomagać, a w zapale przewrócił cebrzyk gorącej wody i o mało co się nie poparzył. Na odgłos krzyku Chloe wybiegła z kuchni i jeszcze więcej narobiła hałasu, co słysząc, Dora wzruszyła ramionami i wyraziwszy zdanie, iż burzliwe elementy uspokoją się same przez się, dalej kokietowała młodego kapitana, który usiłował wywiedzieć się od niej historji młodej nauczycielki. Dora jednak nie umiała go dokładnie objaśnić, bo Marjorie zwierzała się jedynie tylko ciotce Deborze.
Opowiedziała mu tylko pobieżnie, iż młoda sierota adoptowaną była przez panią Randolph i jej kosztem kształcona na pensji pani Moulton.
Cały ten ranek zszedł bardzo przyjemnie. Babcia w zwykły swój malowniczy sposób opowiedziała kilka zdarzeń z dawnych czasów, które zachwyciły Rexa. Obiecywał sobie w duchu, że po skończonej wojnie musi sprowadzić tu kiedy swego ojca, aby poznał tę piękną i patrjarchalną postać sędziwej kwakierki, królującej powagą i godnością nad całem swojem otoczeniem. Obiad również przeszedł wesoło. Kapitan rozkrawał pieczyste, mówiąc, że okazały ptak musiał w prostej linji pochodzić od gęsi kapitolińskich, które uratowały Rzym.
— Oto kość, zawierająca przepowiednie, Puku — rzekł, podając mu ją. — Schowaj ją aż do powrotu Pozy, a gdy się nią przełamiecie, to mi ją dasz jako trofeum.
— Co to jest trofeum? — spytał chłopczyk.
— Jakżeby ci to wytłumaczyć?... — odparł kapitan, zwracając się po radę do Dory, ale w tejże chwili Józek, syn Katona, wpadł do pokoju z twarzą śmiertelnie przerażoną.
— O! pani! — zawołał bez tchu prawie, podbiegając do pani Frost — żołnierze idą, ci, w szarych kurtkach. Mały Sam podsłuchał ich rozmawiających za krzakiem... Mówili, że idą szukać szpiega, który się ukrywa we dworze!
Dora zbladła, jak ściana. Kapitan zerwał się na równe nogi.
— Niech się pani nie lęka — rzekł do staruszki, — postaram się uciec, Kato mi dopomoże.
Babka wyprostowała się energicznie.
— Stój, przyjacielu! — rzekła nakazująco, podnosząc rękę. W domu nie będziesz bezpieczny, bo przeszukają go pewnie od strychu do piwnic. Masz pięć minut czasu, nie więcej. Katonie! idź ukryj pana w stogu siana, który stoi przy stodole. Młodzieńcze! nie bój się o nas! Bóg nas ma w swojej pieczy!
Rex przystanął chwilę, aby sędziwą dłoń zacnej matrony przycisnąć do wdzięcznych ust swoich. Potem wybiegł za Katonem, który wskazał mu otwór w stogu. Była to ostatnia, słaba bardzo deska jego ratunku. Katon zatkał szybko otwór sianem, zostawiając jedną czy dwie szpary, aby więzień mógł oddychać. Potem biegnąc, powrócił do dworu i stanął na zwykłem swem miejscu za krzesłem „jejmości” w chwili, gdy oddział wojska zajechał przed bramę.
Dora tymczasem śpiesznie usunęła nakrycie kapitana Rexa, a spostrzegłszy, że Puk wymknął się z pokoju, odstawiła i jego krzesło, poczem zasiadła na swojem miejscu, na pozór spokojna, myśląc sobie w duchu:
— Wolałabym była odgryźć sobie język, aniżeli powiedzieć to, co powiedziałam Harremu.
Ale były to już daremne życzenia. Złe odstać się nie mogło. Serce jej zaszło zgryzotą i trwogą, gdy usłyszała oficerów, wydających rozkazy, aby otoczyć dwór naokoło i przeszukać ściśle murzyńskie chaty.
— Co widzę, pułkownik Hayes! — zawołała Dora, udając zdziwioną. — Skądże pan przybywasz?
— Zdaje mi się, przyjacielu, iż pozwalasz sobie zbytniej swobody w moim domu — z powagą przemówiła matrona.
— Przepraszam panią... — odparł wojskowy, opamiętawszy się i zdejmując czapkę. — Spełniam tylko obowiązek służbowy. Musisz nam pani wybaczyć.
— Nie zostawiasz mi wyboru... — spokojnie rzekła pani Frost.
— Otrzymaliśmy sekretne zawiadomienie, iż szpieg Rogers, o którym wspominałem wczoraj wieczór, był, czy też znajduje się jeszcze tutaj... Zmuszony więc jestem przeszukać wszystkie zabudowania. Nie przypuszczam, aby się znajdował w samym dworze, ale tych gałganów murzynów nigdy nie można być pewnym... Ot ten stary drab, naprzykład, wygląda, jakby mi niejedno mógł powiedzieć... — dodał, zwracając się nagle do Katona i patrząc mu bystro w oczy.
— Ja! panie wielmożny! ja tyle wiem, co nowonarodzone dziecko!... — bronił się Kato, udając niewinnego.
— No! no! nie łżyj, stary!... ale — dodał, rozglądając się dokoła — gdzież jest reszta rodziny? Miss Debora i ta blada, ładna panienka z północy?
— Pojechały w odwiedziny do krewnego — zimno odparła Dora.
Kapitan był widocznie pod dobrą datą, a poufałe, grubjańskie zachowanie jego obudzało w niej wstręt mimowolny.
— Czy to tylko prawda? — spytał, śmiejąc się z niedowierzaniem. — No, przekonamy się. I cóż, pani... — dodał, zwracając się do pani Frost — czy moi ludzie mogą iść na górę? Przyrzekłem Peytonowi, że wszystko odbędzie się spokojnie.
— Wielce ci jestem za to obowiązana — ironicznie odparła matrona, spokojnie zabierając się do robienia pończochy. — Katonie, idź oprowadź tych ludzi po domu i przekonaj ich, że nie udzielamy schronienia zdrajcom. Usiądź pan i spocznij — dodała poważnie, spoglądając na rozognione trunkiem oblicze oficera.
— Dziękuję pani; pójdę pilnować moich ludzi.
Dora i babka, pozostawszy same, zamieniły znaczące spojrzenia.
— Gdzie jest Puk? — spytała pani Frost po chwili, przewlekając druty z niewzruszonym spokojem, który do rozpaczy doprowadzał Dorę.
— Czy ja wiem? — odparła. — Pewnie... ale przerwała w pół słowa, widząc wciskający się do pokoju szary mundur, którego właściciel głupowato rozejrzał się dokoła, potem zaś podążył na górę za drugimi.
Ale wróćmy do Puka. Korzystając z zamieszania, wymknął się z pokoju i wraz z Blotem pobiegł za kapitanem Rexem i Katonem. Manewrował zaś tak zręcznie, że nikt go nie dostrzegł. Ale zaledwie Katon odszedł ku domowi, Reginald w głębi stogu doznał elektrycznego wstrząśnienia, usłyszawszy tuż obok triumfujący głosik, który wołał do niego:
— Bądź pan spokojny! Blot i ja siedzimy na straży i umiemy dotrzymywać obietnic naszych!
Nie pozostawało mu nic innego do czynienia, jak przyczaić się cicho; serce jednak uderzyło mu silniej w piersi, gdy usłyszał, że oddział żołnierzy zbliża się do stodoły.
— Hej! malcze! co tam robisz? — zawołał grubjańsko sierżant.
— Dzień dobry panu! — grzecznie pozdrowił go Puk. — Uczę mojego psa sztuczek. Ukłoń się, Blot!
Blot zaszczekał i, przyskoczywszy ztyłu do łydek sierżanta, wyrwał mu zębami spory kawałek spodni, objawiając tym sposobem dosadnie sympatje swoje dla sprawy Związku.
— Żebyś zdechł, podły psiaku! — zawrzeszczał sierżant, usiłując kopnąć go nogą, czego Blot uniknął, zręcznie odskakując na bok.
Przeszukiwanie domu nie trwało długo, choć żołnierze szperali po wszystkich kątach i do wściekłości doprowadzili Chloe, przewrócili bowiem beczkę z przygotowanemi do prania mydlinami. Następnie rozproszyli się po zabudowaniach gospodarskich i po chatach murzynów.
— Gadaj, malcze! — spytał jeden z żołnierzy, — czy nie widziałeś jakiego człowieka koło tych chat?
— Człowieka?... — odparł Puk po namyśle. — Owszem.
— Kiedy? — zawołano chórem.
— Wczoraj — uroczyście odparł Puk, choć uśmiech figlarny igrał mu dokoła ust.
— Jakże wyglądał?
— Miał siwe włosy...
— To nie on! — odpowiedziano zgodnie.
— I trochę utykał na nogę?...
— Widywałeś go kiedy przedtem?
— Bardzo często. Oto właśnie idzie!
Wszyscy żołnierze obrócili się szybko, chwytając za broń, i ujrzeli nadbiegającego starego Katona.
— Ty, bębnie! dam ja tobie zato! — krzyknął z wściekłością sierżant. — Gadaj, co wiesz, albo pożałujesz tego!
— Puść pan mego pieska! — zawołał Puk, widząc, że żołnierz zręcznym ruchem pochwycił Blota i targał go niemiłosiernie za uszy.
— A bestja!... będzie mię kąsał w łydki! Masz zato! — i silniem uderzeniem potraktował biedne zwierzę, które zaczęło skomleć żałośnie.
— Będziesz sobie żarty z nas stroił! Poczekaj, nie oddam ci psa, póki mi nie odpowiesz porządnie na moje zapytania. Mieliście tutaj ostatniemi czasy szpiega Yankesa?
— Co to jest szpieg? — zapytał Puk.
— Bodaj cię!... No! czy był tu kto obcy?
Póki chłopczyk mógł dawać wymijające odpowiedzi, póty wykręcał się, jak mógł. Ale wychowany w kwakierskiej prostocie i szczerości, nigdy dotąd niewinnych swych ustek nie skalał kłamstwem. Cóżby na to powiedziała Pozy, gdyby tym razem rozminął się z prawdą? Możeby niebo zapadło się nad jego głową, albo ziemia pochłonęła go żywcem? Chłopczyna zbladł, ale podniósł w górę śmiałe wejrzenie błękitnych swych ocząt.
— Tak, mieliśmy — odparł. — Ale oddajcie mi, proszę, mojego psa.
— A co?! nie mówiłem? — triumfująco wykrzyknął sierżant.
— Mały panicz sam nie wie, co plecie! — zawołał Kato, śmiertelnie wystraszony. — Myśli pewnie o krewnym swoim, Samuelu Hicks, który tu był przed kilku dniami.
— Milcz, stary bałwanie! — przerwał sierżant, uderzając go pięścią. — No! i cóż dalej, chłopcze?
— Nie mam nic więcej do powiedzenia — odparł Puk. — Cicho! Blot! cicho, biedny mój piesku!
— Powiem ci coś, ty przeklęty malcze! — wrzasnął rozzłoszczony sierżant, z którego towarzysze zaczynali już drwić i śmiać się głośno, że dał się w pole wyprowadzić dziewięcioletniemu dziecku. — Jeżeli mi tu zaraz nie wyśpiewasz, co wiesz, to pożałujesz tego gorzko. Był tu obcy jaki człowiek?... gdzie się podział?
— Nie powiem — śmiało odparł chłopiec, kładąc obie rączki w kieszonki i wyzywająco spoglądając na pieniącego się od złości sierżanta.
— Co się tu dzieje? — spytał pułkownik Hayes, pojawiając się na placu.
Objaśniono go w kilku słowach.
— Bądź grzecznym chłopaczkiem — odezwał się, podchodząc, choć Puk cofał się od niego ze wstrętem. — Powiedz, co się stało z tym nieznajomym? Wiemy, że nie lubisz Yankesów.
— Myli się pan — zuchwale odparło dziecko. — Chciałbym sam być Yankesem i pójść bić się z wami.
Pułkownik zaklął ze złością i już się zamierzył, aby uderzyć dziecko, gdy sobie przypomniał, że przyrzekł Peytonowi nie dopuszczać się żadnych gwałtów.
— Kiedy tak, zobaczymy zaraz, czy nie odpowiesz na moje pytanie, ty mały rebeljancie! Billu! — krzyknął na sierżanta — weź powróz i powieś tego psa!
Puk nie dowierzał, aby spełniono to okrucieństwo nad niewinnem zwierzęciem. Stał nieruchomy, drżąc, ale nie spuszczając oka ze swego faworyta, któremu sierżant wiązał sznur dokoła szyi. Pułkownik śmiał się szatańsko.
— No! prędzej, chłopcze! mówisz, czy nie?
— O! panie, ulituj się! — błagał Katon. — Nie dręcz biednego zwierzęcia! Mały panicz tak do niego przywiązany.
— Daję ci minutę czasu! — rzekł pułkownik do Puka.
— Przyrzekłem... a ja nigdy nie łamię słowa! — odparł chłopczyk, bohatersko połykając łzy, gradem cisnące się do oczu. Blocie! o! Blocie! mój drogi, jedyny piesku!...
Wtem stóg siana poza jego plecami poruszył się gwałtownie, ale obecni, zajęci egzekucją, nie zauważyli tego.
— W górę z nim! — zakomenderował pułkownik.
Sierżant pociągnął za węzeł; biedny psina drgnął konwulsyjnie i wytrzeszczone białka oczu zwrócił błagalnie na swego małego pana. Puk, zasłoniwszy oczy rękami, z cichym jękiem odwrócił się od nich.
— Puśćcie togo psa, oprawcy! — zagrzmiał donośny głos pełen oburzenia, a wysoka młodzieńcza postać jednym skokiem stanęła pośród nich.
Bill z samego zdziwienia puścił sznur, a Blot, dyszący jeszcze, choć nawpół zdławiony, upadł na ziemię.
— Jesteś wcielonym szatanem! — zawołał kapitan Rex, wymierzając pułkownikowi tak silne uderzenie pięścią w twarz, że ten zatoczył się kilka kroków dalej.
— Niech Bóg Wszechmogący ulituje się nad nami! — zawołał Katon, odchodząc od siebie i łamiąc ręce ze strachu, gdy żołnierze rzucili się na bezbronnego, krępując go. — O! panie, drogi panie; oni cię zato zabiją!...
Hayes podniósł się zwolna i zbliżył do więźnia. Rex dumnie odrzucił wtył piękną swą głowę, a uśmiech pogardliwy osiadł mu na ustach; spokojnie i wyniośle spojrzał w oczy wrogowi.
— Będziesz wisiał zato! — syknął, potrząsając pięścią. — Głupcze! gdybyś się był mniej litował nad psem, mógłbyś ujść cało z życiem!
Puk, który siedział na ziemi, tuląc uratowanego pieska w swoich objęciach, podniósł oczy, a łzy, które tłumił dotąd, zalewały mu całą twarzyczkę, pałającą niewysłowionem oburzeniem.
— Jesteś dzielnym, dzielnym żołnierzem! — zawołał, łkając. — Chciałbym być kiedyś podobnym do ciebie. Poszedłbym tłuc tych szkaradnych buntowników, których nienawidzę z całej duszy! — i w bezsilnem uniesieniu pogroził im małą swą piąstką.
— Puku! — odparł kapitan Rex stłumionym od wzruszenia głosem — jesteś bohaterem! Cokolwiek się stanie ze mną, powtórz ciotce Debby, że ja to powiedziałem. Chciałbym opowiedzieć naszym chłopcom na Północy, jak tutaj dzieci umieją dotrzymywać przyrzeczeń!
Babcia i Dora siedziały na piazzecie, gdy cały oddział wojska zbliżył się ku nim. Na ostatku szedł zrozpaczony Katon i szlochający Puk z Blotem na ręku.
— Mamy go! — triumfująco zawołał Hayes.
— Przyjacielu — odparła babka z przerażeniem, ujrzawszy Rexa otoczonego żołnierzami — przyprowadź tu tego młodzieńca.
Pułkownik zawahał się, ale po chwili skinął na swoich ludzi, aby podprowadzili więźnia.
Słońce oświecało w pełni szlachetną twarz bohaterskiego młodziana, skrępowanego powrozami. Źrenice jego pałały dumą i nieustraszoną odwagą.
— Czy śmiesz twierdzić, że to jest szpieg? — spytała matrona, patrząc śmiało w oczy pułkownikowi.
— Przynajmniej jako taki będzie wisiał — śmiejąc się okrutnie, odparł dowódca.
— Dokąd go prowadzicie? — siląc się na spokój, zapytała babka.
— Do obozu Earlego. Tam sąd wojenny w ciągu dwudziestu czterech godzin rozsądzi jego sprawę i skaże go na kulę w piersi, albo stryczek — z brutalnem zadowoleniem objaśnił Hayes.
— Człowiecze! — z niewysłowioną pogardą odparła sędziwa kwakierka — nie wiem, co bardziej podziwiać: złośliwość twoją, czy nieludzkie okrucieństwo!
— Przykro mi, że z mojej przyczyny narażoną pani zostałaś na to przejście... — wdał się między nich Reginald. — Jeżeli żyć będę, posłyszysz pani wkrótce o mnie; jeżeli zginę, pomódl się za moją duszę.
— Modlę się za ciebie, synu! — odparła staruszka głęboko wzruszona, patrząc zamglonym od łez wzrokiem na męską postać więźnia, chylącą się kornie pod błogosławiącą jej dłonią. — Niech Bóg naszych purytańskich przodków ma cię w opiece i chroni od złego!
Pułkownik, niezdolny pohamować się dłużej, wybuchnął całym gradem przekleństw przeciw purytanom i rządom federalnym.
— Precz z mego domu! — zawołała nagle matrona, podnosząc się w całej swej wysokości, a w łagodnych jej oczach błysnęło tak straszne oburzenie, drżącą dłoń wyciągnęła tak nakazującym ruchem i tyle zdawała się mieć w sobie duchowej siły, że pułkownik drgnął i cofnął się pomimowoli. — Dziwię się, że dach mój nie zapadnie się nad twoją głową i trupem nie położy cię na miejscu. Możesz nie szczędzić swoich obelg mojej siwej głowie, która wkrótce już spocznie na ostatniem swojem posłaniu, ale nie waż się w obecności mojej urągać wierze moich ojców i poniżać mojego sztandaru, bo dłoń moja zbyt jest bezsilną, aby podnieść go w górę!
Pułkownik, nie odpowiedziawszy słowa, dał hasło do odwrotu.
Dora stała na schodach, gdy Rex zstępował ze stopni.
— Żegnam panią — rzekł, uśmiechając się odważnie. — Ucałuj mnie, Puku, i powiedz miss Daisy, aby pamiętała...
Ale nie mógł dokończyć. Wsadzono go na koń między dwóch żołnierzy i ruszono galopem. Głową i wzrokiem przesławszy pozostałym ostatnie pożegnanie, Reginald zniknął im z oczu wśród tumanów kurzu.
— Uratował życie mojemu biednemu Blotowi! — wołał Puk, padając ze łkaniem do nóg babci — i... i powiedział mi, że jestem bohaterem; będę go kochać za to całe życie moje! On większy jest i lepszy, niż Saul, i Jonatan, i Dawid, wszyscy trzej razem wzięci!
I z twarzyczką przyłożoną do głowy Blota zanosił się od płaczu; nie można go było niczem pocieszyć.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jeanie Gould i tłumacza: Zofia Hartingh.