Gruby i cienki

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Gruby i cienki
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. Толстый и тонкий
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Gruby i cienki.

Spotkali się na dworcu Mikołajowskim. Jeden z nich był gruby, drugi — cienki. Grubas przed chwilą zjadł obiad w bufecie kolejowym, jego świecące wargi, jakgdyby zaciągnięte warstwą tłuszczu, przypominały dojrzałe wiśnie. Rozchodził się dookoła niego zapach xeresu i fleur d‘orange. Cienki właśnie wyszedł z wagonu i uginał się pod ciężarem walizek, pakunków i zawiniątek. Niosło od niego wędliną i najgorszego gatunku kawą. Tuż za nim dreptała chuderlawa kobiecinka — jego żona. Pochód zamykał wysoki gimnazjalista, mrużąc jedno oko — ich syn.
— Porfiryj! — krzyknął gruby, spostrzegłszy cienkiego — czy być może? Czyś to ty aby! Kupę lat, kupę lat!
— Nie może być! — strasznie się ździwił chudy. — Misza! przyjacielu lat dziecinnych! Cóż ty tu robisz?
Objęli się i po trzykroć ucałowali, spoglądając na siebie oczyma pełnemi łez. Widać było, że spotkała ich miła niespodzianka.
— Mój drogi — zaczął cienki, po odbyciu powitalnej ceremonji. — No, wiesz, tegom nie oczekiwał! A to ci niespodzianka! Niech ci się przypatrzę. Nic się nie zmienił. Wciąż jeszcze przystojny! Tak samo miły, tak samo elegancki! Miły Boże! Jak ci się powodzi? Ożeniłeś się? Jesteś bogaty? A ja, jak widzisz jestem żonaty... Oto moja połowica, Luiza, z domu Wancenbach... luteranka... A to mój syn, Natanjel, już w trzeciej klasie! Spójrz Natanku — mój przyjaciel lat dziecinnych. Do szkół razemśmy chodzili!
Nataniel chwilkę pomyślał i zdjął czapkę.
— Do szkół razemśmy chodzili! — ciągnął dalej cienki. — Pamiętasz, jak cię przezywali? Nazwali cię Herostratesem, boś wypalił papierosem dziurę w książce, będącej własnością szkoły. A mnie skarżypytą, bom był lizus. Ho, ho... Dzieciuchy! Nie bój się, Natanku. Zbliż się... Tak! A to moja żona z domu Wancenbach... luteranka.
Natanjel po chwilowym namyśle schował się za ojca.
— No, a co u ciebie słychać? — spytał gruby, patrząc z zachwytem na cienkiego. Jesteś może na urzędzie? Dosłużyłeś się jakowejś rangi?
— Tak, jestem urzędnikiem państwowym. A od dwu lat piastuję rangę asesora kolegjalnego. Mam order Stanisława. Cóż to jednak znaczy... Pensja licha. Pal ją zresztą djabli! Moja żona daje lekcje muzyki, a ja, prywatnie oczywiście, robię papierośnice z drzewa. Doskonałe papierośnice! Po rubelku sztuka! Hurtem — rzecz prosta — zniżka. W ten sposób jakoś się koniec z końcem wiąże! Pracowałem w departamencie. Teraz dostałem przydział tutaj, w tym samym zresztą dziale, na stanowisko pomocnika referenta. Tu się teraz będzie pracowało. No, a ty? Pewnieś już dociągnął do radcy stanu? Co?
— Nie, mój kochany! Celuj wyżej — oznajmił gruby. — Do tajnego już dojechałem... Udekorowany dwiema gwiazdami.
Cienki zbladł nagle, osłupiał, po chwili jednak twarz jego wykrzywił szeroki uśmiech, jak to mówią, od ucha do ucha; zdawało się, że z jego niepozornej osoby emanować będzie światło. Skurczył się, zgarbił, stał się jeszcze cieńszy... To samo prawie działo się z jego pakunkami: skurczyły się i jakoś zmarszczyły... Wydłużony podbródek żony jeszcze bardziej się wydłużył; Natanjel przyjął pozycję na baczność i zapiął mundurek na wszystkie guziki.
— Za pozwoleniem waszej ekscelencji, bardzo mi miło! Przyjaciel lat dziecinnych, a teraz dygnitarz! Chi, chi...
— Dajżeż spokój — skrzywił się gruby. — Po co ten ton? Od tylu lat jesteśmy przyjaciółmi, skąd więc ta uniżoność?
— Ekscelencja wybaczy! Jakżeż ma być inaczej? — zaśmiał się głupkowato cienki i skurczył się jeszcze bardziej. Łaskawe względy waszej ekscelencji to dla mnie, jak dla zeschniętej ziemi, deszczyk ożywczy. A oto, ekscelencjo, mój syn Natanjel... moja żona — Luiza, luteranka, do pewnego stopnia...
Początkowo gruby miał zamiar protestować, jednakowoż na twarzy cienkiego malowała się tak wielka pokora, tyle słodyczy i odpychającej uniżoności, że wreszcie radca tajny poczuł niesmak. Odwrócił się, podając cienkiemu na pożegnanie rękę. Cienki z nabożeństwem uścisnął trzy palce, zgiął się we dwoje w ukłonie i zachichotał jak Chińczyk: „chi, chi, chi“. Żona uśmiechnęła się. Natanjel szurgnął nogą i przy tej sposobności upuścił czapkę.
Byli przyjemnie zdziwieni i oszołomieni.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.